Chłopaki, których pokochała Polonia. Pozostał żal, wdzięczność i… niezwrócone pieniądze

Daniel i Kamil Nowoscielscy podczas wizyty w naszej redakcji w grudniu 2015 roku. Z prawej grób Kamila w Polsce fot.Piotr Serocki/Marta Maksymowicz

W tym roku w dniu Wszystkich Świętych oraz Dniu Zadusznym znicze po raz pierwszy zapłonęły w Polsce na grobie Kamila Nowosielskiego, którego rodacy z Chicago przez parę dobrych lat wspierali w walce z glejakiem, złośliwym nowotworem mózgu. Historia Kamila i walczącego o jego życie brata Daniela ujęła serca Polonii. Choć Kamil odszedł w grudniu ubiegłego roku, walka poniekąd nadal trwa. Dla bliskich Kamila – o pokonanie żalu i tęsknoty, dla Daniela – o powrót do normalnego życia, dla przyjaciół – o akceptację jego śmierci i niestracenie wiary. Jest jeszcze walka o ostatnie pieniądze ze zbiórki, które nigdy nie trafiły do rodziny zmarłego.

Wielkie serca Polonii

W 2012 roku u 26-latka z Lubania na Dolnym Śląsku zdiagnozowano złośliwego guza mózgu, agresywnego glejaka. Po wyczerpaniu wszystkich możliwości leczenia w Polsce i Europie, największe rokowania i najlepsze rezultaty dawała klinika doktora Burzyńskiego w Houston w Teksasie. Od 2013 roku Kamil Nowosielski i nieodłącznie towarzyszący mu, starszy o rok brat Daniel jeździli po klinikach w całych Stanach w poszukiwaniu skutecznego leczenia dla Kamila.

Jako pierwsza „chłopaków” poznała w Kalifornii Katarzyna Kurza. W klinice doktora Lubeckiego usłyszała polską mowę, a po rozmowie z braćmi historia walczących o życie młodych mężczyzn z Polski tak ją poruszyła i zadziwiła, że opowiedziała o nich znajomym z Chicago i skontaktowała chłopaków z miejscową Polonią. Od tej pory bracia zawsze „zahaczali” o Chicago i szybko przekonali się, jak wielkie serca ma Polonia. Na miejscu znaleźli lekarza, bardzo szybko pozyskali przyjaciół, którzy umożliwili im pomoc – dach nad głową, wyżywienie i liczne akcje pomocowe. Pod koniec 2015 roku bracia Nowosielscy odwiedzili również naszą redakcję, gdzie opowiadali o diagnozie, walce, i wielkich planach Kamila na powrót do zdrowia.

Daniel Nowosielski, który wciąż dochodzi do siebie po śmierci brata, nie jest w stanie zliczyć osób, które im pomogły, liczby akcji, ani sum, które zostały zebrane podczas rozmaitych polonijnych imprez, radiotonów oraz „do puszek”. Podczas pobytu w Stanach całe życie chłopaków podporządkowane było walce z glejakiem. W pomoc włączyło się wiele organizacji, biznesów i prywatnych osób. – Gdy tylko była jakaś potrzeba, trzeba było coś zakupić, szybko organizowało się akcję, zbierało pieniądze i od razu wydawaliśmy na bieżące sprawy – wspomina Daniel.

Kamil jak brat

Głos Małgorzaty Matuszak łamie się, gdy pytam ją o Kamila. Chłopaki mieszkali u niej przez jakiś czas. Wzięła ich pod swój dach, bo sama przed laty sama miała chore dziecko i jej również, jako młodej matce przechodzącej gehennę, Stany Zjednoczony dały nadzieję, dziecku zdrowie. – Kochany. Wesoły, cudowny, przewspaniały. Bardzo chciał żyć. A Daniel… To niesamowite, jak oni walczyli… Ta jego odpowiedzialność, ta wiara, wola walki. Ja tych braci własnym dzieciom daję za przykład. Wraz z nimi wierzyłam, że wiara czyni cuda – wspomina Małgosia.

Kochałam Kamila jak brata – mówi Marta Maksymowicz, która chłopaków poznała latem 2016 roku. – Od początku ujął mnie swoim ciepłem, serdecznością, optymizmem. Nie przestawał wierzyć i marzyć do końca. Jego optymizm był zadziwiający. Marta wspomina, jak po którejś z niepomyślnych diagnoz była załamana, a Kamil pocieszał ją przez telefon. – Nie przejmuj się, będzie dobrze – mówił. – Daniel był zupełnie inny. Spokojny, bardziej opanowany, bardziej zamknięty w sobie. Dla Kamila zrobiłby wszystko, brat był dla niego całym światem. Robił wszystko, żeby go ratować. Marta do tego stopnia zżyła się z braćmi Nowosielskimi, że na miesiąc przed śmiercią Kamila poleciała do Polski zawieźć mu „lek ostatniej nadziei”, zakupiony za pieniądze z zorganizowanej błyskawicznie zbiórki. – Był już w ciężkim stanie. Przez całą noc trzymałam go za rękę w szpitalu. Jego mama nie spała kolejną noc z rzędu, tata ledwo trzymał się na nogach z nerwów. Ale ten lek wyciągnął go troszkę. Daniela już wówczas nie było. Nie wytrzymał emocjonalnie.

Trzymałem się cudów

W styczniu 2017 roku Kamilowi nagle pogorszyło się. Daniel szybko zdecydował o powrocie do Polski. – To był bardzo trudny rok. Kamil praktycznie cały rok leżał w łóżku, nikt nie mógł pracować. Mama była na urlopie przez cały rok, ojciec dostał zawału, potem wyrzucili go z pracy, ja miałem wypadek samochodowy… – wylicza Daniel. – Jednak najstraszniejszą rzeczą było oglądanie, jak Kamilowi się pogarsza i nasza całkowita bezradność. Pod koniec choroby straciłem już siły, wyjechałem z domu, nie mogłem tego oglądać. Nie było mnie w ostatnich tygodniach jego życia, ani przy jego śmierci, ani na pogrzebie. Za ostatnie oszczędności pojechałem do Lourdes po świętą wodę dla Kamila. Nazwoziłem mu wszystkie święte wody i święte rzeczy. Trzymałem się tych cudów. A w 2017 r. było ich dużo. Było wiele kryzysów, Kamil lądował w szpitalu, myśleliśmy, że to już koniec, a potem ni stąd ni zowąd mu się poprawiało. Było tak na przykład po spowiedzi rodziców. Innym razem, w grudniu, gdy był już w szpitalu w beznadziejnym stanie, rodzice mówili, że się uśmiechnął, że zaczął kontaktować. Nie spodziewałem się, że to już będzie koniec. Poleciałem też do Stanów po robione na specjalne zamówienie eksperymentalne leki. Przyszły dzień po śmierci Kamila. Do dziś stoją w lodówce u znajomych w Chicago.

Kamil zmarł 11 grudnia. Daniel nie był w stanie wrócić do Polski jeszcze przez kilka miesięcy. Spędził je w łóżku, w głębokiej depresji, odcięty od świata. – Chciałem być z nim, ale nie miałem siły patrzeć, jak najważniejsza osoba w moim życiu odchodzi. Całymi dniami ryczałem. Czułem też ogromną odpowiedzialność, bo przecież ja podejmowałem wszystkie decyzje dotyczące leczenia. Po powrocie do Polski nastąpiło kolejne uderzenie. Wspólne mieszkanie, pokój Kamila, te wszystkie miejsca – tylko bez niego. To były straszne przeżycia, zacząłem mieć problemy z własnym zdrowiem na tle nerwowym – relacjonuje Daniel.

Grób Kamila w Polsce
fot.Marta Maksymowicz

Od pięciu do pięciuset

Latem 2016 roku chłopaki wpadli na pomysł założenia konta na GoFundMe. – Dowiedziałem się, że to najpopularniejsza forma zbierania pieniędzy. Ponieważ do otwarcia konta potrzebny był numer Social Security, o pomoc poprosili jedną z wolontariuszek. Przez blisko półtora roku 168 darczyńców, wpłacając od pięciu do pięciuset dolarów, złożyło łącznie 6871 dolarów. Wolontariuszka Aneta J. na bieżąco przekazywała czeki Danielowi. Pieniądze szły na eksperymentalne leki i podróże po klinikach. Problemy zaczęły się tak naprawdę, gdy Nowosielscy wrócili do Polski. – Był też taki czas, kiedy przestaliśmy się odzywać, bo sytuacja ze zdrowiem Kamila zaczęła wymykać nam się z rąk – przyznaje Daniel. Gdy po przerwie poprosiliśmy ją ponownie o wypłatę, zaczęły się problemy. Wymówki, wykręty, opóźnienia. Wówczas na Facebooku osoby zaangażowane w sprawę stworzyły „grupę nacisku”, dzięki której w bólach, ale udało się wyegzekwować od Anety J. znakomitą część tych środków. Według Daniela i z zapisów wiadomości na grupie, po śmierci Kamila do spłacenia pozostało jeszcze 530 dolarów.

Śmierć Kamila przygnębiła wiele osób. Dalsi i bliżsi przyjaciele błyskawicznie zebrali blisko tysiąc dolarów na wieniec dla Kamila i pomoc rodzinie w pokryciu kosztów pogrzebu. Sprawa nieoddanych 530 dolarów jakby ucichła, gdyż wolontariusze wyczerpali swoje środki nacisku, musieli mierzyć się z własnymi emocjami po śmierci Kamila i wracać do swoich spraw i własnego życia. Jednak kwestia pieniędzy wraca na facebookowej grupie co jakiś czas jak bumerang, pozostawiając niesmak, szereg pytań, a u wielu osób zwyczajny gniew.

Konto GoFundMe na rzecz Kamila Nowosielskiego 1 listopada br. było nadal aktywne. Nie ma tam również aktualizacji i informacji, że Kamil od blisko roku nie żyje. Daniel Nowosielski prosi nas, by nie publikować nazwiska Anety J. Jego zdaniem, nie życzyłby sobie tego jego brat Kamil. Nie chce również, żeby sprawa przyćmiła ogromne dobro, którego chłopaki doświadczyli od chicagowskiej Polonii. Ale odpuścić tak po prostu? Napisaliśmy wiadomości do Anety J. z prośbą o kontakt z redakcją. Próbowaliśmy również skontaktować się z nią telefonicznie, lecz połączenie z jej znanym numerem nie może być zrealizowane. Sprawę zgłosiliśmy również do GoFundMe i od organizacji otrzymaliśmy niezbędne formularze, i przekazaliśmy Danielowi.

Tak chciałby Kamil

– Kamil na pewno by jej to wybaczył i usprawiedliwił. Gdyby był dziś z nami, nie chciałby, żeby tą sprawą zbyt długo żyć, żeby chować urazę. Ja taki nie jestem. Zawsze walczyłem do samego końca. Jednak w tym wypadku muszę iść tropem Kamila… – mówi Daniel. Pytamy, co chciałby powiedzieć Anecie, która przestała odpisywać na jego wiadomości, za pośrednictwem naszej gazety. – Prosiłbym ją, żeby oddała, jeżeli nie nam, to innej rodzinie, która na ten moment może być w podobnej potrzebie. Tego chciałby Kamil.

Daniel powoli staje na nogi. Jego rodzice wrócili do pracy, on sam zaczął załatwiać różne sprawy nadrabiać zaległości. – Dziękuję wszystkim, którzy nam pomagali, za całe dobro, które spotkało nas w Stanach. To zawsze będzie wspomnienie ogromnej życzliwości, której nic nie przyćmi. Proszę, nie patrzcie na potrzebujących przez pryzmat tej jednej sytuacji. Nie przestawajcie dawać, nie przestawajcie pomagać. Dobro i życzliwość zdecydowanie zwyciężają.

Joanna Marszałek
j.marszalek@zwiazkowy.com

Categories: Polonia

Write a Comment

Your e-mail address will not be published.
Required fields are marked*