Nie potrafię uciec od polskości

O polskości, wyobcowaniu i byciu imigrantem, niemożności ucieczki od własnej tożsamości i korzeni, a także o tym, że historia zatacza koła, z amerykańskim pisarzem polskiego pochodzenia, Johnem Guzlowskim rozmawia Grzegorz Dziedzic.

Grzegorz Dziedzic: – Woli Pan rozmawiać po polsku, czy po angielsku?

John Guzlowski: – Myślę, że lepiej będzie, jeśli porozmawiamy po angielsku. Mój polski jest bolesny dla uszu. Często powtarzam, że posługuję się „kuchennym polskim”. Od mojej wyprowadzki z Chicago minęło 40 lat. Od kiedy przestałem mieszkać w otoczeniu Polaków, praktycznie nie mam styczności z językiem polskim i z polskością. Ale ilekroć jadę do Polski, staram się rozmawiać po polsku. Z reguły ludzie rozumieją, co do nich mówię, a ja rozumiem ich.

Rodzice dali Panu na imię Zbigniew. Może powinienem tak się do Pana zwracać?

– Rzeczywiście, to było moje pierwsze imię. Na moim profilu na Twitterze wciąż używam dwóch imion – John Zbigniew Guzlowski.

Zatem – John Guzlowski. Amerykański pisarz i poeta polskiego pochodzenia. Bardziej amerykański, czy bardziej polski?

– To ciekawe pytanie. Sam się często zastanawiam, czy czuję się bardziej Polakiem, czy Amerykaninem. I dochodzę do wniosku, że ani jednym ani drugim. Zawsze byłem outsiderem. Kiedy dorastałem w Chicago w polsko-amerykańskiej społeczności, czułem się inny niż moi amerykańscy koledzy. A oni traktowali mnie jak kogoś innego, obcego. Do dzisiaj nie czuję się Amerykaninem, a to po części przez moje polskie nazwisko. Przez ostatnie 20 lat mieszkałem na południu USA – w Kentucky, w Alabamie, Georgii, a teraz w Virginii. W Georgii często odbierałem ubrania z pobliskiej pralni chemicznej i podawałem swoje nazwisko – Guzlowski. Za każdym razem właścicielka pralni wybuchała śmiechem. Próbowała je wymówić i głośno zastanawiała się, kto nadał mi takie dziwaczne nazwisko. Pewnego dnia nie wytrzymałem i powiedziałem, że już nigdy więcej nie skorzystam z tej pralni, choć miałem do niej najbliżej. Takie rzeczy zdarzają mi się bardzo często. Na południu nie ma zbyt wielu Polaków. Ani liberałów. Czuję się zatem trochę obcy, ale myślę, że pisarze po prostu tak mają.

No cóż, jest Pan imigrantem w pierwszym pokoleniu, nawet jeśli przybył Pan do Ameryki jako dziecko.

– Absolutnie tak. Mojej córce tłumaczę, że to ona, a nie ja jest Amerykanką w pierwszym pokoleniu. Jestem imigrantem, uchodźcą wojennym, urodzonym w obcym dalekim kraju. Myślę, że dlatego tak często identyfikuję się imigrantami i uchodźcami. Pamiętam, jak miałem odczyt poetycki w Nowym Jorku, na którym spotkałem poetę z Kambodży. Złapaliśmy kontakt, bo mieliśmy wspólne doświadczenia, które nas zbliżyły. Obaj byliśmy uchodźcami, których los, jako dzieci, rzucił do Ameryki.
Skoro już mówimy o imigracji, czy nie wydaje się Panu, że historia zatoczyła znowu koło? Po raz nie wiadomo już który, w Ameryce nastały dla imigrantów ciężkie czasy.
– Szczerze mówiąc, to nie uważam, żeby kiedykolwiek w USA były czasy sprzyjające imigrantom. Czytałem biografię Abrahama Lincolna, w której Lincoln mówił o irlandzkich imigrantach, którzy w jego czasach osiedlali się w Illinois. Lincoln uważał, że nawet jeśli otrzymywali amerykańskie obywatelstwo, nie powinni mieć prawa do głosowania, ponieważ byli inni. Podobnie traktowani byli Włosi, imigranci z Europy Wschodniej i Żydzi. Postawy anty-imigranckie i antysemityzm w Stanach Zjednoczonych były powszechne, także wśród pisarzy. Henry James, Ernest Hemingway, T.S. Elliot, Ezra Pound i wielu innych – byli antysemitami. Pamiętam, jak traktowani byli moi rodzice, kiedy zamieszkaliśmy w Chicago. Byli obcy. To co się nie zmieniło do dziś, to poczucie plemienności. Amerykanie wciąż boją się imigrantów, nie chcą wpuścić ich do swojego plemienia. Nie chcemy i nie lubimy obcych.

Jest Pan uchodźcą wojennym, urodzonym w obozie przejściowym w Niemczech. Jaki wpływ na Pańskie życie ma bycie uchodźcą?

– Po drugiej wojnie światowej w Niemczech przebywało 10 milionów uchodźców wojennych, nie tylko Polaków. Ci ludzie nie mogli wrócić do krajów swojego pochodzenia. Europa zwróciła się o pomoc do Stanów Zjednoczonych, a te po trzech latach wahań zdecydowała się na przyjęcie 275 tysięcy uchodźców. Z dziesięciu milionów! Wśród nich byłem ja, moja siostra i moi rodzice. Po przybyciu do Stanów moja rodzina przez rok pracowała na farmie, żeby oddać pieniądze za podróż. To była ciężka praca. Miałem trzy lata i też pomagałem rodzicom na farmie. Mama opowiadała mi, że pewnego dnia zapytałem ją, czy możemy już wrócić do obozu dla uchodźców do Niemiec, żebyśmy nie musieli tak ciężko pracować. Dzisiaj, kiedy czytam o rodzinach rozdzielanych na granicy, reaguję na te historie bardzo emocjonalnie. Pamiętam moment, kiedy przypłynęliśmy do Ameryki. Wysiedliśmy Na Ellis Island i w tłumie ludzi straciliśmy z oczu mojego ojca. Rozglądaliśmy się, szukaliśmy go, ale nie mogliśmy go znaleźć. To było 67 lat temu, a ja do dziś pamiętam swój paniczny strach.

Wojenne przeżycia Pańskich rodziców, trauma wojenna i imigracja – to główne tematy Pańskiej twórczości. Dlaczego właśnie o nich pisze Pan w swoich książkach?

– Jestem przekonany, że pisarze nie wybierają sobie tematów, piszą raczej z potrzeby zaspokojenia pewnej kompulsywnej potrzeby. O moich rodzicach po raz pierwszy napisałem w 1979 roku. Robiłem wtedy doktorat z literatury amerykańskiej, niedawno się ożeniłem i miałem głowę zaprzątniętą wieloma sprawami. Nie myślałem wtedy wiele o moich rodzicach. Ale pewnego dnia siedziałem przy biurku i przy okazji studiowania jakiegoś tematu napisałem kilka zdań o moich rodzicach. Od tego czasu minęło blisko 40 lat, a ja wciąż o nich piszę. Kiedy poszedłem na studia, odseparowałem się od moich rodziców, ale kiedy zacząłem o nich pisać, poczułem nieodpartą potrzebę, żeby ponownie nawiązać z nimi kontakt. Teraz, kiedy moi rodzice nie żyją od wielu lat, jedyne, co wciąż mnie z nimi łączy, to moje pisanie o ich przeżyciach. Kiedy podczas spotkań autorskich i wykładów mówię o moich rodzicach, czuję ich obecność. Powtarzając historie, które opowiadali mi 60 lat temu, czuję, jakby siedzieli obok mnie. Dlatego wciąż o nich piszę i mówię.

Ma Pan doktorat z literatury amerykańskiej. Nie ma Pan polskiego akcentu. Czy nigdy nie kusiło Pana, żeby porzucić swoją polską tożsamość i wszystkie te polskie tematy, a wraz z nimi piętno bycia imigrantem? A następnie zostać poczytnym i bogatym amerykańskim pisarzem?

– Może i mógłbym, ale jak już mówiłem, to nie pisarz wybiera temat, to temat wybiera pisarza. Kończę właśnie pracę nad moją trzecią powieścią kryminalną. Głównym bohaterem moich kryminałów jest Amerykanin, policjant z Chicago, a drugim policjant żydowskiego pochodzenia. W książce jest też wielu Polaków. Nawet pisząc kryminały, nie potrafię uciec od polskości, od Humboldt Park i Polonijnego Trójkąta i Milwaukee Avenue. Nie potrafię uciec od polskich barów, sklepów i restauracji, wśród których dorastałem. Ten imigrancki, polsko-amerykański świat jest jedynym, jaki znam. Nie potrafię od niego uciec, więc o nim piszę. Skończyłem właśnie pisać tom poezji o XVI-wiecznym japońskim mnichu buddyjskim, który wyrusza w podroż nad ocean. Nie jestem Japończykiem, mnichem ani buddystą, ale co ciekawe, w tych wierszach piszę dużo o moich własnych przeżyciach. Napisałem też kilka opowiadań science fiction i to chyba jedyne fragmenty mojej twórczości, w których nie ma elementów polskości.

Porozmawiajmy o Pańskiej powieści kryminalnej, która niedługo zostanie wznowiona. Akcja „Suitcase Charlie” rozgrywa się w latach 50. w Chicago i jest w niej mnóstwo polskich wątków. Czytelnik może poczuć, jakby przenosił się do polskich dzielnic. Ile jest w tej książce fikcji, a ile Pańskich prawdziwych wspomnień?

– W „Suitcase Charlie” wracam do wydarzeń, o których myślałem i rozmawiałem jako chłopiec. W latach 1955-57 w Chicago doszło do serii brutalnych morderstw, których ofiarami były dzieci. Ich ciała znajdowano w miejskich parkach. Ja wychowałem się obok Parku Humboldta. W sąsiedztwie powstał mit tajemniczego mordercy dzieci. Nazywaliśmy go właśnie Suitcase Charlie. Baliśmy się go, mówiliśmy o nim, widzieliśmy go w każdym, kto nocą szedł ulicą niosąc walizkę w ręku. To powieść o strachu i o tym, jak ludzie odpowiadają na ciągły strach. Większość moich kolegów z dzieciństwa pochodziła z rodzin, które przeszły piekło wojny, obozów koncentracyjnych i obozów pracy. Nasi rodzice żyli w ciągłym strachu, od którego nigdy się nie wyzwolili. Dla nas, dzieciaków, postać mordercy dzieci była uosobieniem tego strachu i brutalności, której ślady nosili w sobie nasi rodzice. Zagadkę morderstw dzieci z Chicago rozwiązano dopiero ponad 40 lat później, a ich sprawca został aresztowany i zmarł w więzieniu. Powieśc „Suitcase Charlie” jest właśnie wznawiana i ukaże się w połowie października. Mam nadzieję, że zainteresuje wielu czytelników, również Polaków mieszkających w Chicago.

Czy zamierza pan przetłumaczyć ją na język polski? Polacy uwielbiają kryminały, to chyba najlepiej sprzedające się książki.

– Lata temu mój przyjaciel, polski poeta i tłumacz Henryk Cierniak przetłumaczył kilka rozdziałów, ale nie udało mu się zainteresować tą książką żadnego wydawnictwa. Ale skoro w Polsce panuje obecnie moda na kryminały, może warto spróbować znowu.

Od kilku tygodni pisze Pan felietony dla „Dziennika Związkowego”. Dlaczego zdecydował się Pan na tę współpracę i jakie to uczucie pisać dla polonijnego czytelnika?

– To niezwykłe doświadczenie. Linki do moich felietonów wysłałem mojej siostrze, która mieszka w Darien, niedaleko Chicago. Była zachwycona, bo tak jak ja pamiętała, że nasi rodzice czytali „Dziennik Związkowy”. Przeczytała moje felietony i powiedziała, że gdyby rodzice żyli, byliby ze mnie dumni. Nigdy nie przypuszczałem, że będę mógł pisać dla „Dziennika Związkowego” i jestem wdzięczny za tę możliwość. W jakimś sensie, symbolicznie, to że piszę dla polonijnej gazety ukazującej się w Chicago, jest zamknięciem pewnego cyklu, bo przecież wychowałem się w polskiej dzielnicy w Chicago. Chociaż mówię „kuchennym polskim” i nie potrafię nawet pisać po polsku, dzięki pisaniu dla polonijnej gazety czuję niezwykłe połączenie z moimi polskimi korzeniami. Możliwość pisania felietonów dla „Dziennika Związkowego” to dla mnie niezwykle cenny dar.

Mam nadzieję, że Pańska współpraca z „Dziennikiem Związkowym” potrwa przez wiele lat. Dziękuję za rozmowę.

gdziedzic@zwiazkowy.com

Zdjęcia: z archiwum Johna Guzlowskiego

Categories: Polonia, Wywiad, Wywiady

Comments

  1. Andzia
    Andzia 20 października, 2018, 13:33

    Thank you for the interview. There are a lot of us immigrants like John. I did not grow up in Chicago, but I understand his feeling like am outsider! Looking forward to reading his mystery books.

    Reply this comment

Write a Comment

Your e-mail address will not be published.
Required fields are marked*