Super Bowl, czyli… polityka

George H. W. Bush (z lewej) i Barbara Bush podczas LI Super Bowl w Houston w Texasie fot.Larry W. Smith/EPA

George H. W. Bush (z lewej) i Barbara Bush podczas LI Super Bowl w Houston w Teksasie fot.Larry W. Smith/EPA

„Super Bowl utrwala swój wizerunek jako przeciwieństwo podziałów ogarniających Stany Zjednoczone” – uważa Tim Calkins, profesor markietingu na Northwestern University. To sportowy odpowiednik Święta Dziękczynienia – wydarzenie, które powinno łączyć wszystkich. Ale pokusa, aby wykorzystać wydarzenia o największej oglądalności do promowania przekazu o podłożu ideologicznym, czy wręcz politycznym jest ogromna. Zwłaszcza w niespokojnych czasach.

Podobnie jest z ceremonią wręczania Oscarów. Wielkie show przygotowywane kosztem milionów dolarów ma być kwintesencją tego co najlepsze i najszlachetniejsze w Hollywood. Ale obok kamer skierowanych na twarze ludzi kina, rejestrujących każde mrugnięcie zarówno zwycięzców jak i przegranych zawsze znajdzie się miejsce na politykę. Bo amerykańskie kino to przecież nie tylko pusta rozrywka. To także misja, przesłanie, ideały, w które wierzą twórcy. Więc nie ma miejsca na obojętność. I to nie tylko po stronie artystów, czy sportowców.

Podzieleni kibice

Od polityki na tegorocznym Super Bowl trudno było uciec. Na meczu pojawił się wiceprezydent Mike Pence. Quarterback Tom Brady już wcześniej opowiadał otwarcie o swojej przyjaźni z Donaldem Trumpem (prezydent oglądał transmisję w West Palm Beach i obstawiał wygraną Pats). Trener Bill Belichick oraz właściciel klubu New England Patriots Bob Kraft też nie wstydzą się tej znajomości, co dla wielu kibiców z liberalnej Nowej Anglii stanowiło pewien problem. Do tego stopnia, że spora ich grupa postanowiła, że za każde przyłożenie (touchdown) Patriotów zadeklaruje pewną sumę pieniędzy na wsparcie inicjatyw, które stoją w wyraźnej sprzeczności z obecną polityką ekipy Trumpa. A ponieważ zdobytych punktów nie brakowało, na konta takich instytucji jak Planned Parenthood czy American Civil Liberties Union powędrowały spore sumki. Wszystko po to, aby „odkupić” fakt, że w samym klubie dominują inne poglądy.

Polityka w… reklamie

Super Bowl i Oscary są zawsze festiwalem reklam. W pierwszą niedzielę lutego część telewidzów przyznaje otwarcie, że bardziej od wydarzeń na boisku interesują ich przerwy w grze i to, co przygotowały dla nich wielkie firmy reklamowe sowicie opłacone przez komercyjnych gigantów. To przecież właśnie podczas finału rozgrywek futbolu amerykańskiego oraz podczas ceremonii rozdania Oscarów zaczyna się wiele kampanii marketingowych, które prowadzone są przez następne długie miesiące.

Nie inaczej było i w tym roku. Tym bardziej, że atmosfera w kraju jest gorąca, a po objęciu władzy przez nowego prezydenta emocje bynajmniej nie wygasły. Tym razem co prawda występująca w przerwie meczu z minirecitalem Lady Gaga „odpuściła” sobie polityczne aluzje (choć jej występ był apologią tolerancji i akceptacji), a mecz zaczął się od owacji na stojąco dla sędziwej byłej pierwszej pary – George’a H.W. Busha i jego żony Barbary, którzy pojawili się na ceremonii rzutu monetą. Ale jeśli ktoś wydaje miliony dolarów na reklamę, dlaczego nie pozwolić na deklarację własnych poglądów?

fot.Tannen Maury/EPA

fot.Tannen Maury/EPA

W tym roku stopień napięcia okazał się na tyle duży, że pojawiły się głosy wzywające do całkowitego bojkotu produktów firm emitujących spoty z politycznym podtekstem

Tej pokusie uległy wielkie amerykańskie firmy, atakujące przede wszystkim postawy ksenofobiczne i seksistowskie. To w zasadzie nic nowego – w historii transmisji Super Bowl i Oscarów, nie brak było i w przeszłości tego rodzaju akcentów – zarówno w treści telewizyjnych spotów, jak i na scenie. Podczas ceremonii rozdawania Oscarów prowadzący uroczystość potrafili niemiłosiernie żartować sobie z rządzących. A ponieważ Hollywood znany jest z liberalnych inklinacji, najbardziej używano sobie na republikańskich prezydentach, przede wszystkim zaś na George’u W. Bushu. Zwykle stanowiło to okazję do poniedziałkowych dyskusji w pracy, czy – już w dobie mediów społecznościowych – do wymiany opinii na Facebooku i Twitterze. W tym roku stopień napięcia okazał się na tyle duży, że pojawiły się głosy wzywające do całkowitego bojkotu produktów firm emitujących spoty z politycznym podtekstem.

Bojkot desek i Budweisera?

Na takie ryzyko naraził się Budweiser, który wyemitował reklamę pokazującą współzałożyciela spółki Adolphusa Buscha, dobijającego po wielu przygodach do St. Louis, aby tu zrealizować swój amerykański sen – warzyć piwo. Proimigracyjna wymowa spotu wypuszczonego zaledwie w kilka dni po ogłoszeniu zakazu wjazdu do USA obywateli kilku krajów muzułmańskich była więcej niż oczywista. Wielu zwolenników Donalda Trumpa zaczęło wzywać na portalach społecznościowych do bojkotu produktów piwnego giganta. Jednak Anheuser-Busch nie ma większych powodów do niepokoju – większość konsumentów Budweisera stanowią demokraci, a ci docenili wymowę reklamy.

Zdecydowanie proimigrancką wymowę miała także reklama firmy 84 Lumber, zajmującej się produkcją i sprzedażą drewna. Minisaga o matce i córce podróżującej przez Meksyk, aby dostać się na czarno do USA. Spółce pozwolono na wyemitowanie tylko 90 sekund. Całość sześciominutowego filmu dostępna na YouTube kończy się przesłaniem „The will to succeed is always welcome here”. Trudno o bardziej wyraźną deklarację intencji. Ale w odróżnieniu od Budweisera, 84 Lumber ryzykuje dużo więcej w przypadku powodzenia bojkotu. Wśród amerykańskich kontraktorów jest sporo osób o konserwatywnych poglądach. I nie wszyscy polegają na pracy latynoskich pracowników.

To oczywiście nie wszystko. AirBnb, serwis stwarzający możliwość wynajęcia na krótki okres mieszkania w wielu miastach na świecie, zapłacił za spot propagujący tolerancję i wzajemną akceptację. Google zabrał widzów do domów wszystkich Amerykanów – białych, czarnych, Azjatów, Latynosów, czy osób z Bliskiego Wschodu – kolejny sygnał, że w USA wszyscy powinni czuć się u siebie. Z podobnym przesłaniem wystąpiła Coca Cola. Audi wypuścił reklamowy „kawałek” nawiązujący do idei równouprawnienia kobiet pod względem płacowym. A marka kosmetyczna “It’s a 10″ pozwoliła sobie na subtelny żart z włosów… prezydenta Trumpa.

W Hollywood na pewno już tak subtelnie nie będzie. Biorąc pod uwagę stopień zaangażowania wielu gwiazd w kampanię Hillary Clinton i stopień niechęci do Donalda Trumpa, 26 lutego ze sceny usłyszymy niejeden ryzykowny żart, a dopuszczeni do głosu zdobywcy statuetek podzielą się z całym światem swoją abominacją do obecnej ekipy rządzącej w Białym Domu. Apele o jedność pewnie będą głosem wołającego na puszczy. Taki jest urok amerykańskiej demokracji.

Jolanta Telega

j.telega@zwiazkowy.com

Categories: Ameryka, Polityka, Polityka

Write a Comment

Your e-mail address will not be published.
Required fields are marked*