Nie ma reformy. Przez dzieci?

Nie ma reformy. Przez dzieci?

Kryzys na południowej granicy zmienia reformatorskie plany prezydenta Obamy, a amerykańskie społeczeństwo przechodzi próbę tolerancji. Czy zda ją Chicago, którego burmistrz zapowiedział, że z otwartymi ramionami przyjmie tysiąc małoletnich imigrantów z Ameryki Środkowej?

Grupa dzieci deportowana ze Stanów Zjednoczonych, na lotnisku w Gwatemali fot.Esteban Biba/EPA

Grupa dzieci deportowana ze Stanów Zjednoczonych, na lotnisku w Gwatemali fot.Esteban Biba/EPA

Kryzys na granicy z Meksykiem w szybkim tempie skorygował plany Baracka Obamy co do wydawania dekretów prezydenckich mających zmienić ogólnokrajowy system imigracyjny. Teraz Obama musi stawić czoła zupełnie nowym wyzwaniom – prawnym, administracyjnym i politycznym.

Zjeść ciastko i mieć ciastko

Napływ 57 tys. młodocianych imigrantów z krajów Ameryki Środkowej zmusza Obamę do podniesienia rygorów w zakresie deportacji w chwili, gdy chciałby zezwolić większej liczbie nielegalnych na pozostanie w kraju. Choć przedstawiciele Białego Domu utrzymują, że Obama nie ma zamiaru rezygnować z realizacji publicznie złożonej obietnicy „naprawy systemu imigracyjnego, jak tylko będzie mógł”, to jednak przyznają, że obecny kryzys bardzo to zadanie utrudni.

Oznaką wywieranego ze wszystkich stron nacisku na prezydenta są niedawne wypowiedzi demokratycznych sojuszników prezydenta w Kongresie, w tym kongresmanki Nancy Pelosi z Kalifornii, zapowiadających swój sprzeciw wobec planów usprawnienia procesu deportacji dzieci. − Czy ta jedyna ustawa imigracyjna, którą zamierzamy uchwalić, ma jednocześnie zaszkodzić dzieciom? – pytała w wywiadzie dla „New York Timesa” Pelosi.

Najnowsze badania opinii publicznej dowodzą, że większość Amerykanów nie popiera prezydenckich metod zmagania się z obecnym kryzysem na zielonej granicy, a poparcie dla szerokiej reformy imigracyjnej wzrasta.

Łamigłówki prawników

Zarówno w Białym Domu, jak i w Departamencie Sprawiedliwości oraz Departamencie Bezpieczeństwa Kraju adwokaci usilnie pracują nad znalezieniem prawnego usprawiedliwienia dla przyspieszenia deportacji dzieci i jednocześnie ułatwienia deportacji imigrantów od lat zasiedziałych w Stanach Zjednoczonych.

Największym wyzwaniem jest – jak twierdzą prawnicy pracujący dla rządu, jak i pozarządowi – unikanie podejmowania arbitralnych decyzji o tym, kto może zostać, a kto musi kraj opuścić. − To skomplikowane zadanie prawne. Tak było zawsze, ale teraz problem ten osiągnął wyższy poziom – mówi Cecilia Munoz, czołowa doradczyni Obamy ds. imigracji.

I tak zespół doradców Obamy, który mógłby odegrać znaczącą rolę w przygotowaniu jednostronnych zmian politycznych, jest zaangażowany w pilną debatę o tym, jakie uprawnienia posiada administracja prezydenta, by przyspieszyć deportację dzieci przekraczających nielegalnie, bez opieki dorosłych, granicę Stanów Zjednoczonych…

Sekretarz ds. bezpieczeństwa kraju Jeh C. Johnson od maja wizytował południową granicę już pięciokrotnie. W Waszyngtonie niemal każdego dnia udaje się też na Kapitol, by po pierwsze zdać ustawodawcom relację z rozwiązywania kryzysu, a po drugie zdobyć poparcie dla prezydenckiego wniosku o wyasygnowanie 3,7 mld dol. na rozwiązanie problemu rosnącej fali imigrantów z Ameryki Środkowej. Jak twierdzi Doris Meissner, szefowa Urzędu Imigracji i Naturalizacji za prezydentury Billa Clintona, „pod względem operacyjnym znacznie wzrosło obciążenie ludzi i agencji zaangażowanych w uszczelnianie granicy”.

Prezydent nie zarzuca reformy

Obama próbuje tłumaczyć się przed latynoskimi ustawodawcami, że kryzys na granicy i jego plany ograniczenia deportacji zostały źle zrozumiane przez opinię publiczną. Choć na przykład kongresman Luis Gutierrez, demokrata z Illinois, mówi, że jest przekonany, iż jeszcze tego lata prezydent gotów byłby do podjęcia kroków, które uchronią wielu imigrantów przed deportacją. − Zwróciliśmy się do prezydenta, by był tak wielki i wspaniałomyślny, jak mali i małoduszni są republikanie. Obiecał, że będzie tak wielkoduszny, jak to tylko możliwe – powiedział Gutierrez. Podkreślił jednak, że „obecny kryzys skomplikował sprawy nam wszystkim”.

Przedstawiciele Białego Domu twierdzą, że prezydent zdawał sobie sprawę, iż kryzys na granicy może być potencjalną bombą polityczną, gdy 30 czerwca w Ogrodzie Różanym Białego Domu ogłaszał gotowość rządzenia prezydenckimi dekretami. Już wtedy nazwał problem napływu dzieci z Ameryki Środkowej „kryzysem humanitarnym na granicy”, który „podkreśla konieczność rezygnacji z podziałów politycznych i podjęcia się naprawy systemu imigracyjnego raz na zawsze”.

− Republikanie uznali kryzys nad Rio Grande jako powód do rezygnacji z reformy imigracyjnej. My tak nie uważamy. Amerykanie uważają kwestię imigracyjną za pilny problem do rozwiązania i pragną, by obecna administracja naprawiła ostatecznie ten szwankujący system – twierdzi Jennifer Palmieri, dyrektor ds. kontaktów zewnętrznych Białego Domu.

Opinia publiczna być może opowiada się za gruntowną reformą imigracyjną. Można jednak znaleźć dowody, że kryzys na granicy wpływa na spadek popularności prezydenta. Sondaż przeprowadzony w połowie tego miesiąca przez Pew Research Center wykazał, że liczba respondentów popierających „znaczące zmiany w systemie imigracyjnym” wynosi obecnie 61 proc., podczas gdy w lutym nie przekraczała 49 procent. Równocześnie aż 56 proc. negatywnie wyraża się o sposobie, w jaki prezydent rozwiązuje obecny kryzys, podczas gdy pozytywną opinię w tej kwestii ma tylko 28 proc. ankietowanych.

Nie ujawniając szczegółów, przedstawiciele Białego Domu twierdzą, że najbardziej prawdopodobne kroki, jakie podejmie prezydent, będą zgodne z wysiłkami administracji na rzecz zmniejszenia liczby deportacji nieudokumentowanych imigrantów, którzy są już zasiedziali w Stanach Zjednoczonych i nie są w konflikcie z prawem. Uważają, że zabranie środków przeznaczonych na deportację zasymilowanych rodzin pozwoli organom ścigania skoncentrować wysiłki na rozpatrywaniu wniosków azylowych najnowszych imigrantów i deportację tych, którzy nie kwalifikują się do pozostania w USA. – Takie przesłanki od dawien dawna stanowią podstawę systemu imigracyjnego w tym kraju – przypomina Peters J. Spiro, specjalista prawa imigracyjnego w Temple University Law School. – Od dawna istnieje rozróżnienie pomiędzy nieudokumentowanymi imigrantami, którzy znajdują się na terytorium Stanów Zjednoczonych, a tymi poza granicami, którzy chcą się tu dostać.

Zwolennicy imigracji wciąż jednak argumentują, że ponowne zwrócenie uwagi na problemy na granicy zwiększy jedynie wolę prezydenta do rozszerzania swoich uprawnień na rzecz ochrony nieudokumentowanych obcokrajowców. − Spuścizna prezydencka znalazła się na szali. Czy rzeczywiście Obama chciałby być pamiętany jako „główny deportujący”, a jedynym wartym uwagi osiągnięciem podczas drugiej kadencji miałoby być zaostrzenie ochrony granic i masowe deportacje? – Obama jest prezydentem. Musi podjąć konkretne działania – twierdzi Frank Sharry, dyrektor wykonawczy Americas Voice, organizacji działającej na rzecz reformy imigracyjnej.

Czy prezydent Obama chciałby być pamiętany jako „główny deportujący”?

 

Amerykanie nie chcą schronisk

Kobieta z synem deportowani z USA na lotnisku w Gwatemali fot.Esteban Biba/EPA

Kobieta z synem deportowani z USA na lotnisku w Gwatemali fot.Esteban Biba/EPA

Amerykanie są przeciwni imigrantom nie tylko w sondażach. Nie omieszkają też otwarcie wyrażać swoich poglądów w tej kwestii, tak jak zrobił to Gregg Griffith, za domem którego w Teksasie otwarto schronisko dla dzieci z Ameryki Środkowej, które przekroczyły granicę nielegalnie. − To pieniądze z moich podatków, które przeznacza się na opiekę obcokrajowców, czy jak tam się ich nazywa – mówi 51-letni Griffith, członek ochotniczej straży pożarnej i laborant w lokalnej fabryce chemicznej. – Ja nie chcę sprawować opieki nad obcokrajowcami. To nie mój problem. Mamy dzieci w powiecie Brazoria, które są w sierocińcu. Chyba najpierw o nie powinniśmy zadbać.

Wobec napływu tysięcy dzieci z Ameryki Środkowej, przekraczających granicę bez opieki dorosłych, władze przeczesują kraj w poszukiwaniu dla nich schronienia. Wobec sprzeciwów lokalnych mieszkańców, niektórych bardzo gwałtownych, musiały zrezygnować z takich ośrodków w Kalifornii, Connecticut, Iowa, Nowym Jorku i innych stanach.

Niektórzy protestujący uczestniczący w marszu przeciwko schronisku dla dzieci w Vassar w Michigan byli uzbrojeni w karabiny półautomatyczne i broń ręczną. W Wirginii zamiar rozlokowania dzieci w opuszczonym kampusie Saint Paul’s College w Lawrenceville wywołał takie oburzenie lokalnej społeczności, że władze musiały wycofać się z tego pomysłu, mimo że podpisano już umowę na wynajem na najbliższe pięć miesięcy. Ktoś wymalował graffiti na ścianach byłych koszar wojskowych w Westminster w stanie Maryland, gdy rozeszła się pogłoska, że mają tam zostać przywiezione zagraniczne dzieci.

Fala protestów przeciw nieletnim imigrantom rośnie z każdym tygodniem. Przytaczane są względy zdrowotne i bezpieczeństwa. Władze League City w Teksasie uchwaliły rezolucję sprzeciwiającą się otwarciu w tym mieście jakiegokolwiek ośrodka, choć rząd federalny wcale nie nosił się z takim zamiarem. W rezolucji stwierdza się m.in.: „nielegalni cierpią na choroby typowe dla kraju swego pochodzenia i przenoszą je na naszą społeczność”.

Organizacja zajmująca się na polecenie władz federalnych prowadzeniem schronisk dla dzieci z Ameryki Środkowej kategorycznie zaprzecza zarzutom, że nieletni stanowią zagrożenie zdrowotne dla lokalnych mieszkańców. Krista Piferrer, rzeczniczka Baptist Child and Family Services (B.C.F.S.), pod którego opieką jest schronisko w Lackland Air Force Base w San Antonio, wylicza, że w grupie wielu tysięcy przybyłych stwierdzono 133 przypadki wszy u dzieci, 25 przypadków strupów pourazowych, 15 zachorowań na ospę wietrzną i jeden przypadek grypy H1N1. − Stwierdzone schorzenia są takie same, z jakimi mają do czynienia higienistki szkolne. Nie uważamy, by te dzieci były realnym zagrożeniem dla zdrowia publicznego – argumentuje Piferrer, której organizacja prowadzi podobne ośrodki dla dzieci w Kalifornii, Oklahomie i Teksasie.

Obawy lokalnych społeczności jednak nie znikają. – Nie chcemy, by nas przedstawiono jako miasto nieprzyjazne. Choć z drugiej strony prawda jest taka, że zgodziłeś się mieszkać obok uczelni, a nie obok czegoś, co wymaga obecności agentów Departamentu Bezpieczeństwa Kraju − twierdzi Robert J. Pecht, radny z Lawrenceville w Wirginii.

Innego zdania jest 65-letnia Brenda Browning, mieszkanka tego samego teksańskiego miasta co Griffith. Brenda mieszka tak blisko schroniska, że jej wnuki mogą z huśtawki dotknąć płotu oddzielającego jej dom od ośrodka. Teksanka nie skarży się na obecność zagranicznych dzieci. Twierdzi, że w okolicy nie ma problemu przestępczości, a dzieci nie stanowią zagrożenia zdrowotnego. Wystawiła nawet swój dom na sprzedaż, by przekonać się, czy schronisko nie odstrasza potencjalnych nabywców. Nawet jeśli tak, to akceptuje obecność ośrodka.  − Mam mieszane uczucia – mówi Browning. – Wiem, że to nie jest wina dzieci, że umieszczono je w tym miejscu. Mam słabość do dzieci.

Chicago „miastem ogromnego serca”

Tymczasem Chicago stanęło w tym tygodniu na czele społeczności gotowych udzielić schronienia dzieciom, które uciekły przed przemocą w krajach Ameryki Środkowej. Przywołując postać swojego dziadka, który ratował się przed pogromami uciekając do Ameryki, burmistrz Rahm Emanuel stwierdził, że może przyjąć tysiąc nielegalnie przybyłych dzieci. − Mój dziadek zmuszony był opuścić Mołdawię jako 13-letnie dziecko. Rodzice umieścili go na pokładzie płynącego do Ameryki statku, by uchronić go przed pogromami w Europie Wschodniej. Nie znając słowa po angielsku, trafił do Chicago – uzasadniał swoją decyzję Emanuel. – Te dzieci również uciekają przed przemocą. Weźmiemy tysiąc z nich. Jesteśmy miastem nie tylko wielkich ramion, ale też ogromnego serca. Witamy ich u siebie i zapewnimy wszystko, co tylko Chicago może zaoferować.

Burmistrz ujawnił, że na spotkaniu z Jesse Jacksonem sen., omawiając pomoc humanitarną, pastor przypomniał decyzję prezydenta Franklina Roosevelta, który nakazał zawrócić do faszystowskich Niemiec statek SS St. Louis z żydowskimi dziećmi na pokładzie. Połowa pasażerów tej jednostki zginęła w późniejszych latach tragiczną śmiercią w hitlerowskich obozach koncentracyjnych.

Do akcji humanitarnej pragnie włączyć się też katolicka Archidiecezja Chicago, która zwróciła się już do władz federalnych o wyrażenie na to zgody. Administracja Emanuela wystąpiła z apelem do organizacji prawniczych o wyświadczenie nieodpłatnie usług na rzecz imigranckich dzieci.

Z ostatniej chwili

Wobec perspektywy niemożności uzyskania wymaganej większości głosów republikańscy przywódcy w Izbie Reprezentantów odwołali głosowanie nad propozycją ustawy o zwiększeniu funduszy na uszczelnienie południowej granicy USA. Tym samym członkowie Kongresu rozjadą się na 5-tygodniowe urlopy nie przyznając prezydentowi Obamie środków na rozwiązanie humanitarnego kryzysu na granicy.

(Na podst. NYT, CT, NZH – ak)

Write a Comment

Your e-mail address will not be published.
Required fields are marked*