Nie ma mocnych na Izrael, czyli czego nie powiedział Kerry

Nie ma mocnych na Izrael, czyli czego nie powiedział Kerry

Izrael zawsze znajduje argumenty przeciw porozumieniu z Palestyńczykami i nieustannie cieszy się poparciem amerykańskich wyborców. Kolejne fiasko amerykańskiej dyplomacji nikogo nie zaskoczyło.

Sekretarz stanu USA John Kerry fot.PAP/EPA

Sekretarz stanu USA John Kerry fot.PAP/EPA

Każdy niezależny obserwator przyzna, że prowadzone od dekad pokojowe rozmowy izraelsko-palestyńskie nigdy nie dojdą do pożądanego finału, jeśli wbrew międzynarodowym postanowieniom Izrael będzie budował żydowskie osiedla na ziemiach palestyńskich. Każdy inny argument, w tym nawet jedno słowo przeciw Izraelowi, może zniweczyć wieloletnie wysiłki na rzecz pokoju. Ilekroć uczestnik negocjacji wychyli się z krytyką pod adresem Izraela, rozmowy są zawieszane, a nieostrożny polityk natychmiast musi przepraszać. Tak też się stało w przypadku sekretarza stanu USA Johna Kerry’ego.

Dyplomatyczny błąd

W ubiegły piątek na zamkniętym posiedzeniu Komisji Trójstronnej Kerry ostrzegł, że jeśli Izrael nie doprowadzi do porozumienia, to może przekształcić się w państwo apartheidu. W Izraelu i wśród jego sprzymierzeńców w Kongresie USA zawrzało. Już w poniedziałek Kerry tłumaczył się gęsto z nieprawidłowego użycia słów. A wszystko dlatego, że nie owijając prawdy w bawełnę, popełnił poważny błąd, tym większy, że jako szef amerykańskiej dyplomacji powinien wiedzieć, jak takie słowa zostaną przyjęte.

Kerry zapomniał, że nawet wyjątkowo odporny na zaczepki Semitów Jimmy Carter, krytykowany przez proizraelskie organizacje po wydaniu książki pt.:„Palestine: Peace or Apartheid”, musiał tłumaczyć, że użyte przez niego słowo „apartheid” odnosiło się tylko do Zachodniego Brzegu, a nie do sytuacji w samym Izraelu, choć nie od dziś wiadomo, że Palestyńczycy są traktowani jak obywatele drugiej kategorii.

Osobiste urazy 

Na zamkniętym posiedzeniu w Waszyngtonie sekretarz Kerry ostrzegł, że fiasko negocjacji może popchnąć Palestyńczyków do wznowienia ataków przeciw obywatelom Izraela. Sugerował, że osiągnięcie porozumienia będzie możliwe, jeśli dojdzie do wymiany obecnych liderów obu stron konfliktu na nowych. Stwierdzeniem tym poważnie dopiekł Benjaminowi Netanjahu, którego niechęć do prezydenta Obamy, zresztą odwzajemniana, nie jest tajemnicą. Premier Izraela przypuszczalnie uznał, że prezydent USA uważa go za najpoważniejszą przeszkodę na drodze do pokoju. Nie może wybaczyć Obamie jego wizyty na Bliskim Wschodzie, gdy na początku swojej pierwszej kadencji szef amerykańskiego państwa udał się do Egiptu, rozmawiał z liderami Zachodniego Brzegu, odwiedził Betlejem i bez przystanku w Izraelu pojechał do Jordanii na spotkanie z królem Abudllahem II. Po zdecydowanie antyarabskich posunięciach swojego poprzednika G.W. Busha, który państwom Bliskiego Wschodu dostarczył wiele powodów do przypuszczeń, że Waszyngton chodzi na izraelskim sznurku, Obama zaznaczył w ten sposób, że inne kraje tej części świata są dla USA równie ważne.

Jeszcze większe pretensje Netanjahu ma z powodu wizyty, którą amerykański przywódca złożył z okazji 60. rocznicy niepodległości Izraela. Obama odmówił wówczas wystąpienia w Knesecie, ale spotkał się ze studentami. Znalazł z nimi wspólny język, mówiąc o konieczności stworzenia państwa palestyńskiego. Miał nadzieję, że poprzez coraz bardziej wpływową izraelską lewicę zdoła skłonić Izrael do poważnych negocjacji z Palestyńczykami i doprowadzi ostatecznie do porozumienia, a tym samym zlikwiduje główną przyczynę bliskowschodnich konfliktów. Nadzieje spaliły na panewce, głównie dlatego, że jego stanowisko torpedowali sami Amerykanie.

Sondaże Gallupa nieustannie wskazują większą sympatię obywateli USA do Izraela niż do Palestyńczyków. Jak zwykle, najbardziej proizraelską postawę demonstrują republikanie, zwłaszcza związani z Kościołami, które uznały argument, że państwo żydowskie jest prawowitym właścicielem okupowanych ziem arabskich. Wobec takich przekonań prezydent nie mógł wywierać zbyt silnych nacisków na Izrael – w obawie, że Amerykanie okrzykną go sympatykiem arabskich terrorystów.

Apartheid − słowo nacechowane emocjonalnie

Burza rozpętana z powodu użycia przez Kerry’ego słowa „apartheid”, sugeruje, że Izrael może wykorzystać tę wpadkę do odwołania negocjacji albo wymuszenia ustępstw.

W artykule opublikowanym w „New York Times” w 2011 roku były sędzia sądu konstytucyjnego Afryki Południowej Richard Goldstone, który stał na czele misji badającej sytuację w Gazie w latach 2008−2009, argumentował, że porównywanie traktowania Palestyńczyków z metodami stosowanymi w systemie apartheidu jest dla Izraela obraźliwe i nie ma nic wspólnego z rzeczywistością. Goldstone wyjaśnił, że takie oszczerstwa mogą popchnąć Izrael do wycofania się z negocjacji.

Również Barack Obama jeszcze jako senator zgadzał się z opinią, że użycie określenia „polityka apartheidu” wobec polityki Izraela nie doprowadzi do zamierzonego celu ze względu na zbyt silny ładunek emocjonalny. Kerry nie wziął pod uwagę ostrzeżeń Goldstone’a ani opinii Obamy. Po prostu otwarcie powiedział to, co naprawdę myśli, i ściągnął na siebie falę potępienia, łącznie z głosami o ustąpienie ze stanowiska.

W obronie Izraela stanęło proizraelskie lobby – Amerykańsko-Izraelski Komitet Spraw Publicznych (AIPAC) oraz ustawodawcy, a wśród nich senatorowie: John McCain, Edward Cruz i Barbara Boxer oraz lider większości republikańskiej w Izbie Reprezentantów Eric Cantor.

Równocześnie w obronie Johna Kerry’ego wystąpiła amerykańsko-żydowska organizacja JSreet, która potępiła rzecznika Departamentu Stanu za pospieszne usprawiedliwianie swojego szefa za mówienie prawdy.

Częściowo problemem jest ciągłe liczenie się z tym, a nawet obawa o to, co powie Izrael. Gdyby − jak po objęciu urzędu zapewniał Obama − obie strony konfliktu traktowano jak równych partnerów, to dziś nikt nie śmiałby przerywać negocjacji z powodu jednego słowa.

Izrael karze Palestyńczyków

W tym samym dniu, w którym McCain wściekał się na Kerry’ego, Izrael ukarał Palestyńczyków nowymi sankcjami. Można przypuszczać, że okazali zbyt wielką radość z powodu pierwszej właściwej oceny ich sytuacji. Izrael odwołał zezwolenia na budowę domów i założenie sieci telefonii komórkowej na okupowanym Zachodnim Brzegu, ogłosił zamrożenie palestyńskich funduszy zdeponowanych w izraelskich bankach i wprowadził nowe restrykcje podróży poza tymi, które już obowiązywały.

Bezradne władze palestyńskie zwróciły się o pomoc do Ligi Arabskiej. Pozostawione z pustym skarbcem nie były nawet w stanie wypłacić żołdu żołnierzom.

Kolejny kryzys

Nie jest chyba zaskoczeniem, że wznowione dziewięć miesięcy temu negocjacje przechodzą kolejny kryzys. Ani Izrael, ani Palestyńczycy nie spełnili obietnic złożonych na początku rozmów. Ponieważ Izrael nie wypuścił w zapowiadanym terminie palestyńskich więźniów, to Palestyńczycy, wbrew wcześniejszym zobowiązaniom, przystąpili do szeregu międzynarodowych porozumień. I tak zakończyły się marzenia amerykańskiej dyplomacji, która wierzyła, że w kwietniu dojdzie do podpisania izraelsko-palestyńskiego porozumienia zbudowanego na wzajemnym zaufaniu. Niewątpliwie Kerry, albo jego następca, znów spróbuje ściągnąć skłócone strony do wspólnego stołu. Świat znów będzie udawał, że pokojowy układ jest możliwy, choć wszystkim wiadomo, że Izrael nigdy nie zgodzi się na powrót do granic sprzed wojny w 1967 roku ani na oddanie Palestyńczykom wschodniej Jerozolimy.

Elżbieta Glinka

e.glinka@zwiazkowy.com

Write a Comment

Your e-mail address will not be published.
Required fields are marked*