Vermont całe w śniegu

Znowu zapraszam Was na stok – nie mam innego wyboru. Połknęłam bakcyla i nikt mnie nie zatrzyma przed następną wyprawą na narty. Tym razem chciałabym polecić coś w północno-wschodniej części Stanów. Chodzi o znane wszystkim narciarzom Vermont. Wiem, że to słynna narciarska mekka i opisując to miejsce nie odkryję żadnej Ameryki. Muszę jednak to zrobić, bo moi znajomi z Nowego Jorku cały czas opowiadają mi o tym miejscu i pytają, kiedy w końcu Wam go zaproponuję. Nie byłam tam jednak osobiście, opieram się na relacjach znajomych, którzy bardzo lubią to miejsce i często go odwiedzają.

fot. Jeden z najsłynniejszych ośrodków narciarskich – Vermont

Vermont to jeden ze stanów Nowej Anglii. Na północy graniczy z Kanadą, na południu ze stanem Massachusetts, na wschodzie z New Hampshire, a na zachodzie z Nowym Jorkiem. Właśnie stąd moi zwariowani na punkcie nart znajomi wyruszają prawie co weekend. Pierwsze miejsce zajmuje Killington, który jest największym narciarskim kombinatem na Wschodnim Wybrzeżu. Składa się z wielu połączonych ze sobą gór, mnóstwa wyciągów i różnorodnych tras. To najpopularniejsze miejsce, więc najbardziej oblegane. Moi znajomi, którzy są wytrawnymi narciarzami chwalą to miejsce ze względu na różnicę poziomów, tzw. vertical drop, czyli różnicę między wysokością górnej stacji najwyżej położonego wyciągu a dolną stacją najniższego. To właśnie ośrodek Killington może się poszczycić 900-metrową różnicą wniesień. Imponujące prawda? Poza tym będąc w Killington możecie odbyć przejażdżkę ogrzewaną ośmioosobową gondolą K1 Express, która wygodnie i szybko zawiezie Was na sam szczyt.

Musicie zaopatrzyć się w mapkę szlaków, żeby nie pogubić się w plątaninie połączonych ze sobą gór i dolin. Moi znajomi nieraz mieli problemy z dotarciem do właściwej bazy, w której zaparkowali samochód. Potem muszę wysłuchiwać tych wszystkich mrożących krew w żyłach opowieści. Ponownie więc – proszę, wybierając się do Killington nie zapomnijcie o zabraniu ze sobą mapy szlaków.

fot. Stoki w ośrodku Sugarbush

Moi nowojorscy przyjaciele uwielbiają również ośrodek narciarski Sugarbush. Wyruszając z Killington można do niego dotrzeć drogą numer 100 i cała podróż zajmuje zaledwie niecała godzinę. W Sugarbush znajdują się trzy wielkie góry, z których najwyższa Mount Ellen ma imponującą różnicę poziomów, bo aż 2650 stóp. Obszar narciarski Mount Ellen obfituje w kilkanaście wyciągów o wszystkich stopniach trudności. Piękna okolica i zróżnicowanie terenu na wyciągnięcie ręki. Położony nieco dalej na północ leży mniejszy ośrodek narciarski o nazwie Mad River Glenn. Jest to najstarszy ośrodek gdzie prowadzący na najwyższy wierzchołek wyciąg z pojedynczymi krzesełkami pochodzi jeszcze z 1948 roku. To bardzo piękny i malowniczy teren, jednak niedostępny dla snowboardzistów. W związku z powyższym raczej go nie odwiedzę. Chyba że w celu zwiedzenia zabytkowego wyciągu. Czasami warto pozostawić rzeczy takie jakimi są. Nie warto wszystkiego zmienić na siłę. Ma to na pewno swój urok.

fot. Malowniczy szczyt góry Stowe

Na koniec zostawiłam perełkę północnego Vermont, Górę Stowe. Położona na zboczu najwyższego szczytu tego stanu (Mount Mansfield), a jednocześnie pięknych Gór Zielonych – to po prostu bajka. Pełna uroczych, malutkich miejscowości, w których poczujecie się jakbyście wypoczywali w alpejskiej wiosce w Austrii, we Włoszech lub Francji. Tutaj moi znajomi czują się najlepiej i stąd mają najpiękniejsze zdjęcia. Zachęcam Was do wybrania się w te rejony, chociaż sama muszę zadowolić się mniejszymi górkami w mojej okolicy. Tylko na razie, bo w niedalekiej przyszłości wybiorę się do Nowego Jorku, a wtedy moi znajomi nie będą mieli innego wyjścia jak tylko zawieźć mnie w te malownicze rejony. Obiecali!

Agnieszka

Categories: Podróże
Tags: Vermont

Write a Comment

Your e-mail address will not be published.
Required fields are marked*