Test sprawnościowy na szóstkę

poczatki

Karolina Stepek dokonała rzeczy niewyobrażalnej − w rok po zwalczeniu wyjątkowo złośliwej odmiany raka piersi została chicagowską policjantką. Nie była to pierwsza i na pewno nie ostatnia batalia stoczona na amerykańskiej ziemi przez polską imigrantkę. Karolina nie poddaje się przeciwnościom losu. Wciąż ma kolejne pomysły i plany na przyszłość.

Karolina Stepek wychowywała się w skromnych warunkach w małej miejscowości nadbałtyckiej koło Koszalina. Ojciec był rybakiem. Matka zajmowała się domem i wychowaniem dwóch córek. Mimo trudnego dzieciństwa Karolina uczyła się dobrze i dostała się na studia. Będąc studentką wzornictwa przemysłowego na Politechnice Koszalińskiej, dorabiała jako spikerka w lokalnej telewizji Bryza i marzyła o podróżowaniu. – Mam w sobie żyłkę wędrowca i lubię się sprawdzać w nowych warunkach – mówi.

Udało się jej dostać stypendium na studia w Kopenhadze i zaraz po powrocie z Danii dowiedziała się o programie au pair. Wtedy był to zupełnie nowy program, jeszcze mało w Polsce znany. – Udało mi się zdać egzamin z angielskiego i zakwalifikować na wyjazd. Zawsze pragnęłam odwiedzić Stany, zobaczyć ten wspaniały, ogromny kraj – opowiada.

Do USA przyleciała w marcu 2000 r. w ramach programu au pair, czyli jako opiekunka do dzieci. Dostała kontrakt na 13-miesięczny pobyt. Najpierw trafiła do rodziny w Ann Arbor w stanie Michigan, ale okazało się, że nie było to dobre miejsce. Agencja była jednak przygotowana na wypadek wzajemnego niedopasowania opiekunki i rodziny, i zaproponowała jej trzy inne opcje w stanach: Georgia, Nowy Jork i Illinois. – Nie wiedziałam, jakiego mam dokonać wyboru. Nic nie wiedziałam o tych miejscach. Rzuciłam monetą i wypadło na Illinois.

Tym razem została skierowana do zamożnej rodziny w Wilmette na północnym przedmieściu Chicago. Do jej obowiązków należała opieka nad dwoma chłopcami w wieku 14 i 8 lat. Była zadowolona z pracy i z ludzi, u których się znalazła. – Rodzina była fantastyczna. Czas płynął szybko. Zbliżał się dzień powrotu do rodzinnego kraju. Choć nigdy nie planowałam dłuższego pobytu w Stanach w celach zarobkowych, to zaczęłam rozważać pozostanie. Miałam jednak wątpliwości, czy sobie poradzę bez rodziny, bez matki. Pamiętam, jak siedziałam w swoim pokoju, na łóżku, z biletem lotniczym w rękach i myślałam, że w Polsce jest ciężko i co by było, gdybym tam nie wróciła. Decyzję podjęłam w jednej sekundzie. Podarłam bilet lotniczy. Postanowiłam poddać samą siebie życiowej próbie. Mając 23 lata, wierzyłam, że sobie poradzę. Na koncie miałam trochę zaoszczędzonych pieniędzy. Po tygodniu znalazłam pracę. Ze znajomymi wynajęłam mieszkanie. Łóżko sprawiałam sobie po kawałku, bo nie stać mnie było na jednorazowy zakup. Nabyłam też starego golfa. Jeździł dobrze, ale dopiero później, gdy do środka wlała się woda, spostrzegłam dziurę w dachu.

fot.Sebastian Kowalski/Fitness by Karolina Facebook

fot.Sebastian Kowalski/Fitness by Karolina Facebook

Dokładała starań, by nie być „nielegalna”. Przestudiowała stronę internetową władz imigracyjnych i korzystając z niej, składała kolejne wnioski o przedłużenie wizy. Postanowiła też dobrze nauczyć się angielskiego. – Znałam kilka Polek, które nawet po piętnastoletnim pobycie w USA nie znały języka i niestety ani nie potrafiły nic załatwić, ani zadbać o swoje sprawy. Nie chciałam być do nich podobna.

Rozpoczęła studia w Wright College, ale to jej nie wystarczało. Pragnęła zaspokoić swoje zainteresowania i potrzeby intelektualne, dlatego została studentką Columbia College Chicago, gdzie uzyskała licencjat i magisterium w dziedzinie pisania beletrystyki (ang. fiction writing). W międzyczasie uregulowała swój status pobytowy po wyjściu za mąż za amerykańskiego obywatela. Podjęła pracę w kancelarii adwokackiej, ale postanowiła dalej realizować swoje zainteresowania.

Pamiętam, jak siedziałam w swoim pokoju, z biletem lotniczym w rękach i myślałam, że w Polsce jest ciężko i co by było, gdybym tam nie wróciła. Decyzję podjęłam w jednej sekundzie. Podarłam bilet lotniczy

Kontynuowała pisanie książek rozpoczętych na studiach. W 2012 r. otworzyła klub fitness w Glenview. Zawsze kochała aktywność fizyczną i uprawiała różne dyscypliny sportowe. Niestety harmonię życia zakłóciła poważna kontuzja ramienia i leczenie, któremu musiała się poddać. Nie była w stanie utrzymać swojej firmy. Ponownie znalazła się na rozdrożu – w obliczu rozwodu i bez pracy. Straciła mieszkanie w Arlington Heights i musiała zamieszkać w suterenie w chicagowskim Rogers Park. Szczęście ponownie się do niej uśmiechnęło, gdy znalazła pracę w charakterze analityka komputerowego w firmie Nokia. – Wychodząc z impasu, uświadomiłam sobie, że w Stanach wszystko się świetnie układa tylko wtedy, gdy dopisuje nam zdrowie – podkreśla.

Nie przypuszczała, że już wkrótce namacalnie się o tym przekona, bo los podda ją nowej, tym razem okrutnej próbie. W kwietniu 2013 r. wyczuła pod prysznicem małe zgrubienie na prawej piersi. Nie bolało, ale skonsultowała się ze swoją lekarką. Tydzień później trafiła do szpitala na biopsję, która wykazała obecność wyjątkowo złośliwego raka piersi. – Nie rozczulałam się nad sobą i nie zadawałam sobie pytania „dlaczego ja?”. Włączył mi się instynkt samozachowawczy i postanowiłam walczyć z chorobą. Poddałam się operacji odjęcia jednej piersi. Podczas mastektomii usunięto też kilka gruczołów chłonnych, w których na szczęście nie było komórek nowotworowych, co oznaczało, że nie doszło do przerzutów. Pierwszy dzień po zabiegu spędziłam w łóżku, ale drugiego dnia wstałam, ubrałam się, przyjaciele zabrali mnie na lunch. Cieszyłam się, że mogę oddychać świeżym powietrzem. Choć wszystko mnie bolało, byłam osłabiona, postanowiłam, że nie będę siedzieć w domu.

Po usunięciu z pooperacyjnych ran sączków do drenażu zdecydowała, że powróci na salę gimnastyczną. Przeczytała, że najnowsze badania kliniczne wykazały pozytywny wpływ intensywnych ćwiczeń fizycznych na pacjentów onkologicznych. – Lekarze zalecali mi tylko co najwyżej spokojny marsz na tredmilu (mechanicznej bieżni), ale to mnie nie satysfakcjonowało. Zdecydowałam się na porządny trening wysiłkowy nóg, ponieważ w grę nie wchodziły górne partie ciała z gojącymi się ranami. Na siłowni wzbudzałam sensację. Wszyscy mi mówili, jak bardzo ich inspiruję. Czułam dobrą energię życzliwości i miłości – wspomina.

Wiedziała, że tylko silny organizm i mocne ciało mogą zwalczyć nowotwór. Postanowiła, że nie dopuści do zaniku mięśni. Choć nie miała apetytu, jadła zdrowe, odżywcze i wysokobiałkowe posiłki. Po dwóch tygodniach po rozpoczęciu chemioterapii zaczęły wypadać jej włosy. – Bardzo to przeżyłam, ale poprosiłam kolegę fotografika, by przyszedł z aparatem. Sesja fotograficzna przekształciła się w happening, podczas którego obcinałam włosy nożem, nożyczkami, ogoliłam część głowy, zrobiłam „mohawka”, a na koniec zgoliłam wszystko. To był bardzo udany wieczór…

Chemioterapia trwała 20 tygodni. Po niej Karolina przeszła operację rekonstrukcji piersi oraz radioterapię. Przychodziły chwile zwątpienia i słabości. Za każdym razem nakazywała samej sobie „zebrać się do kupy” i powracała do rutyny ćwiczeń, zdrowego odżywania i wysypiania się. Liczyła na swój żelazny organizm i nie zawiodła się. W rok po pokonaniu choroby zdała egzamin do chicagowskiej policji, a następnie ukończyła akademię policyjną i rozpoczęła służbę. Lubi to, co robi, choć pracuje w trudnym dystrykcie. W planie ma kolejne studia – może prawo lub psychologię sądową. Chce pomagać innym ludziom i ich inspirować.

Dziś, dwa lata po diagnozie, Karolina mówi, że walka z nowotworem była jej najważniejszą życiową lekcją.

Alicja Otap

a.otap@zwiazkowy.com

Categories: Początek w Ameryce

Write a Comment

Your e-mail address will not be published.
Required fields are marked*