Od pucybuta do konserwatora

Od pucybuta do konserwatora

poczatki

Trzymałam w ręku płótno Leona Wyczółkowskiego i łzy same płynęły mi z oczu. Ja, skromna absolwentka wydziału sztuk pięknych Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu, specjalność restauracja dzieł sztuki, trzymałam w ręku dzieło warte wiele tysięcy dolarów. Mogłam je oglądać do woli i jeszcze dostać za to pieniądze. Nie za oglądanie wprawdzie, bo miałam je odnowić – co nie zapowiadało się tak łatwo. Fakt, że miałam potrzebne wykształcenie, ale z doświadczeniem nie było najlepiej. Musiałam gdzieś je zdobyć, ale jak…

Wyjazd na polecenie

Przyjechałam do Ameryki, bo tak chciał mój tata. Mój ojciec był zakochany w Ameryce. Uważał, że to najcudowniejszy, najbardziej wolny kraj na świecie. Były lata 80. ubiegłego wieku, komunizm w pełnym rozkwicie, a ojciec wiecznie mi przypominał, że w Polsce nie ma dla mnie żadnej przyszłości i muszę koniecznie z tego kraju wyjechać. Mieliśmy wprawdzie jakąś rodzinę we Francji, ale dochodziły nas sygnały, że w kraju nad Loarą obcokrajowcy nie są mile widziani. W Ameryce to co innego. Wszyscy praktycznie są cudzoziemcami i przyjezdnym najłatwiej ułożyć sobie życie właśnie tutaj. Odnaleźliśmy więc jakąś rodzinę w Baltimore w Maryland i na jej zaproszenie zjawiłam się na amerykańskiej ziemi. Przyjęta zostałam, owszem, miło, lecz od początku wiedziałam, że wiele mi nie pomoże, zwłaszcza w znalezieniu pracy w zawodzie, a przylatując tutaj innej sobie nie wyobrażałam.

Pierwsze dwa lata minęły na opiece nad osobami starszymi. Nie była to praca moich marzeń, ale miałam pieniądze na życie, a w tym czasie mogłam szukać takiej pracy, która mi chociaż częściowo przypadnie do gustu. Chciałam wracać, ale ojciec skutecznie wybijał mi ten pomysł z głowy, telefonicznie podtrzymując mnie na duchu i usilnie zapewniając, że wszystko musi się jakoś po mojej myśli ułożyć. Nie przesadzę, gdy powiem, że wysłałam koło setki podań o przyjęcie do pracy. Załączając oczywiście opis swoich umiejętności, ale bez doświadczenia, jako że kurs na Amerykę obrałam zaraz po skończeniu studiów. Większość instytucji nawet nie udzieliła odpowiedzi, a jedna – pamiętam ją dobrze: nowojorskie Metropolitan Museum of Art – odpowiedziała, że jeśli naprawdę umiem to wszystko, co umieściłam w résumé, to w rzeczywistości nic nie umiem, bo to jest fizycznie niemożliwe, by jeden człowiek potrafił tyle zrobić. A ja napisałam prawdę: że potrafię konserwować skórę, pergamin, papier, potrafię złocić, jestem przygotowana fotograficznie itd. Wszystko na nic. Centrum konserwacji w Filadelfii napisało z kolei, że mam zbyt wysokie kwalifikacje i oczywiście również odmawia zatrudnienia mnie.

Wspólnie łatwiej 

Nie pozostało mi więc nic innego jak tylko przenieść się do Chicago, by połączyć się z moim chłopakiem, a późniejszym mężem. Zbyszek też jest konserwatorem zabytków po tej samej toruńskiej uczelni, więc wspólnie podjęliśmy jeszcze bardziej intensywne poszukiwania pracy w naszym zawodzie. We dwójkę było raźniej i była szansa, że takie zajęcie znajdzie przynajmniej jedno z nas. Znów zaczęło się rozsyłanie podań we wszystkie możliwe miejsca.

… dzwonił osobisty konserwator znanej milionerki Barbary Piaseckiej-Johnson niezwykle rozeźlony faktem, że do jego pracodawczyni wysłaliśmy rzekomo beznadziejne, niedbałe résumé

Ginące papiery

Tymczasem nagminnie ginęły nasze imigracyjne dokumenty od sponsorów. Najpierw zgubił je Departament Pracy. Odnalazł po roku. Później zaginęły w urzędzie imigracyjnym. Po roku znów się odnalazły, by zaginąć ponownie. W ten sposób straciliśmy ogółem cztery lata. Straciliśmy nadzieję do tego stopnia, że już jako małżeństwo złożyliśmy dokumenty na emigrację do Kanady. Rozmowy kwalifikacyjne z kanadyjskim konsulem zakończyły się sukcesem i otrzymaliśmy nawet wizy imigracyjne do Kanady. Tymczasem nadeszła wiadomość, że za kilka dni mamy się zgłosić w amerykańskiej ambasadzie w Warszawie. W szaleńczym tempie wyjechaliśmy więc do Polski, gdzie, ku naszemu zaskoczeniu, wszystko zostało załatwione sprawnie i szybko. Wracaliśmy więc do Ameryki wprawdzie jako legalni rezydenci, lecz wciąż bez perspektyw na znalezienie przyzwoitej pracy.

Wieczorny telefon

Choć o stałą pracę było nadal ciężko, to jednak zaczęły nadchodzić pierwsze zamówienia, w których mogliśmy wykorzystać nasze umiejętności. Na ratunek przyszedł nam chicagowski Dom Podhalan, który zlecił nam odnowienie trzech dużych płócien. Jeździliśmy na południe miasta autobusem, trzy godziny w jedną stronę, ale chcieliśmy tę pracę wykonać wyjątkowo dobrze. Raz, że dla polskiego zleceniodawcy, a po drugie były one początkiem naszego portfolio, które – mieliśmy nadzieję – będzie się szybko rozbudowywać. Następne zamówienia jednak nie nadchodziły, ale pewnego późnego wieczoru zaskoczył nas telefon od bardzo oburzonego dżentelmena. Oto dzwonił osobisty konserwator znanej milionerki Barbary Piaseckiej-Johnson niezwykle rozeźlony faktem, że do jego pracodawczyni wysłaliśmy rzekomo beznadziejne, niedbałe résumé. Dzwonił jednak na wyraźne polecenie milionerki, by pomóc polonijnym konserwatorom. Ostatecznie rozmowę zakończyliśmy w spokojnym tonie. Rozmówca nie obiecywał wprawdzie zatrudnienia przy konserwacji dzieł z kolekcji milionerki, ale obiecał polecić nas właścicielom nowojorskich galerii, którzy przy jego poparciu gotowi będą dać nam zlecenia. I tak też się stało. Przenieśliśmy się w okolice Nowego Jorku i zaczynając praktycznie od zera, nabywaliśmy doświadczenie potrzebne w tym bardzo konkurencyjnym w Ameryce zawodzie. Znajomość z osobistym konserwatorem nieżyjącej milionerki utrzymujemy do dziś.

Zadzwoniliśmy więc do rekomendowanej przez niego galerii, by się dowiedzieć, że zawsze są tam potrzebni konserwatorzy. Zostaliśmy przyjęci z otwartymi rękami, otrzymując zlecenia, pod którymi się dosłownie ugięliśmy. Otrzymaliśmy chyba najtrudniejsze do konserwacji dzieła w historii sztuki. Ale podołaliśmy zadaniu wyśmienicie. Wśród nich znalazła się akwarela polskiego malarza Leona Wyczółkowskiego… Do dzisiaj mam zdjęcia tego i innych obiektów, które przypominają naszą drogę od pucybuta do… może nie milionera, ale liczących się członków społeczności konserwatorskiej w Ameryce. Zajęło nam to ponad 10 lat, ale chyba było warto. Obecnie mamy dwie oddzielne, prywatne firmy wykonujące duże zlecenia dla klientów z całych Stanów Zjednoczonych. Ale to już temat na oddzielną opowieść.

Joanny i Zbigniewa (nazwiska do wiadomości redakcji) wysłuchał Andrzej Kazimierczak

a.kazimierczak@gmail.com

fot.Angelika Warmuth/EPA

 

Categories: Początek w Ameryce

Comments

  1. Ela
    Ela 25 lipca, 2015, 22:45

    No nareszcie, nie dziwka i nie mamusia, która dla dolarów zostawia w kraju małe dziecko. Brawo dla pary konserwatorów.

    Reply this comment

Write a Comment

Your e-mail address will not be published.
Required fields are marked*