Nieoczekiwany koniec lata

Po latach w Stanach wciąż jest w drodze. W pracy jeździ wielką ciężarówką, po pracy biega. Konrad Jop swoją amerykańską przygodę zaczynał w centrum świata, w szalonej atmosferze Nowego Jorku. 11 września zabawa nagle się skończyła.

“Do odwiedzenia Stanów zainspirowała mnie jedna z moich ulubionych książek – „W drodze” Jacka Kerouaca. W Nowym Jorku wylądowałem w wakacje 2001 roku, miałem tu rodzinę. Masa ludzi, przeogromna liczba sezonowych pracowników, stawki w budowlance spadły do 6 dol. na godzinę. Zamieszkałem w pokoju na Brooklynie, poznałem kilka osób i udało mi się załatwić pracę na Manhattanie. Zostałem busboy’em w barze Absolutely 4, przy Czwartej alei. Zaraz obok była restauracja Tiffany’ego, bar dla bogatych lesbijek i znany gejowski klub Psychic. Dzielnica była osobliwa, jądro ciemności nowojorskiego freaka. Dla heteroseksualnego chłopaka z Nowego Sącza to był kulturowy szok. Drag queens, ekscentryczni artyści, dobrze zbudowani wąsaci panowie w skórzanych kamizelkach i policyjnych czapkach, dziewczyny jak anioły, biegające wciąż na castingi niespełnione aktorki i piosenkarki.

Z angielskiego na maturze miałem czwórkę, ale w praktyce okazało się, że umiem na trzy z dwoma. Jak się zestresowałem, plątał mi się język i wychodziły przedziwne konstrukcje. Kiedyś powiedziałem do szefa „Me hungry, you everything, me not”. Chodził za mną i się śmiał. Po dwóch dniach pracy wygrzebałem z dna plecaka książkę do nauki angielskiej gramatyki i czytałem ją codziennie w drodze do pracy. W barze praktycznie nie istniała polityczna poprawność. Właściciel – Żyd jak sobie popił, opowiadał mi dowcipy o Polakach, a ja mu, a jakże – o Żydach. Nikt się nie obrażał. Biliśmy rekordy niepoprawności.

Jakoś po miesiącu szef zapytał mnie, czy potrafię gotować. Odpowiedziałem: „Oczywiście, że tak”. Złapałem za telefon i mówię do kuzyna: „Kup mi książkę kucharską. Od jutra jestem kucharzem”. Zacząłem pomagać w gotowaniu żonie szefa, która jak tylko zobaczyła, że sobie radzę, zostawiła mnie przy garach samego. Przeskoczyłem na inny poziom. Dostałem podwyżkę, do tego działkę z napiwków. Każdej nocy zostawałem do końca, żeby posprzątać. Zamiatałem salę i za każdym razem znajdowałem na podłodze zgubione przez klientów pieniądze.

Na stojakach leżały lokalne gazety i każda na pierwszej stronie miała napis „WAR”. Przeszły mnie ciarki. Oto byłem w oku światowego zamieszania. Na Manhattanie straszny chaos, pełno policji, straży pożarnej…

fot.arch. Konrada Jopa/Milad Mosapoor/Wikipedia/Cesar De Luca, Jason Szenes/EPA

fot.arch. Konrada Jopa/Milad Mosapoor/Wikipedia/Cesar De Luca, Jason Szenes/EPA

Dosyć szybko opanowałem angielski, wkręcałem się w towarzystwo. Impreza trwała non stop, alkohol lał się strumieniami, marihuanę palono wszędzie. Dobry vibe, niesamowici ludzie, nieustanny flirt, bo Nowy Jork to miasto singli. W barze galeria postaci, bo Absolutely 4 nie był barem gejowskim, przychodziła tam galeria postaci. Był czarny bramkarz, na którego mówiliśmy Budda, wielkie chłopisko, jak stanął w drzwiach, to rzeczywiście wypełniał całą futrynę. Była Edyta z Węgier, która miała sesje dla Playboya, była bokserka amatorka, do tego lesbijka, postrach okolicznych lumpów. Cała menażeria ciekawych kolorowych typów. Pamiętam faceta o imieniu Ariel, który zaprosił mnie kiedyś na imprezę do siebie do domu. Wtedy pierwszy raz zobaczyłem, w jakich warunkach mieszkają ludzie na Manhattanie. W jednym pokoju wielkości malutkiej sypialni mieściła się kuchnia, łazienka, łóżko i fotel, który trzeba było postawić na łóżku, żeby otworzyć drzwi. Był też kaloryfer, który wydawał przedziwne psychodeliczne dźwięki, zastępując telewizor i radio.

W pracy zaczęli mówić do mnie chef Konrad. Zdarzało się, że obce dziewczyny wpadały nagle do kuchni i praktycznie rzucały się na mnie, zdejmowały bieliznę… działo się. Wszystko się rozkręcało. Co noc w barze tłum taki, że ludzie stali w takim ścisku, że można było zasnąć na stojąco. Ten zgiełk trwał od czwartku do niedzieli, a potem nadciągał znowu jak gigantyczna fala. Ogromne wrażenie zrobił na mnie nowojorski maraton. Wtedy podjąłem decyzję, że też tak chcę i zacząłem biegać. Maraton, już w Chicago, przebiegłem dwa lata później.

To był wtorek. Jak zwykle wróciłem do domu około czwartej nad ranem i poszedłem spać. Budzi mnie kolega, macha jakąś nadpaloną kartką i krzyczy, że Arabowie atakują Nowy Jork. Mówię: „Daj mi spokój, znowu się zjarałeś i gadasz bzdury”. „Chodź i sam zobacz. World Trade Center runęło. To jest kartka z biblioteki, po całym Nowym Jorku takie latają”. Wyszedłem z tego bejzmentu, lekko skacowany i zaniemówiłem. To wyglądało jak wulkan. Absurdalnie dymiąca klęska, jakiej w życiu nie widziałem. Na samej górze naszego budynku mieszkała Kaśka, była striptizerką w jakimś ruskim barze, jako jedyna miała telewizor. Poszliśmy do niej. Mimo że po raz pierwszy widziałem ją bez makijażu, bardziej zaszokowało mnie to, co zobaczyłem na ekranie. To wyglądało jak czołówka filmu akcji z Brucem Willisem, totalnie odrealnione obrazy. Po południu pojechałem na Manhattan, choć bar był zamknięty. W Nowym Jorku popularne są narożne sklepiki, takie kioski, gdzie kupisz gazetę i zrobią ci kanapkę. Na stojakach przed nimi leżały lokalne gazety i każda na pierwszej stronie miała napis „WAR”. Przeszły mnie ciarki. Oto byłem w oku światowego zamieszania. Na Manhattanie straszny chaos, pełno policji, straży pożarnej, ludzie zachowywali się w najróżniejsze, irracjonalne sposoby. Jedni płakali, inni się całowali, patrzyli tępo albo pili na umór.

Bar otworzyliśmy w czwartek i przyszło kilka osób, w piątek podobnie, ale w weekend lokal świecił pustkami. Ktoś rzucił hasło, że Nowy Jork to miasto przyjezdnych. To prawda, w pierwszym tygodniu po 9/11 miasto opustoszało, zostali praktycznie rdzenni mieszkańcy, większość szukających szczęścia wyjechało szukać go gdzie indziej. Pustki. Ale od razu powstała niezwykła solidarność. Obcy ludzie podawali mi rękę, przytulali, okazywali wsparcie. Ci, którzy pozostali, postanowili być razem, zbliżyli się do siebie. Po szalonym okresie zabawy ten nagły zwrot akcji sprawił, że dostałem piękną lekcję człowieczeństwa. To było niezwykłe lato”.

Opowiadał: Konrad Jop

Wysłuchał: Grzegorz Dziedzic

gdziedzic@zwiazkowy.com

Categories: Początek w Ameryce

Write a Comment

Your e-mail address will not be published.
Required fields are marked*