Ameryka dla byka

Ameryka dla byka

poczatki

W pierwszym tygodniu w Ameryce kupiła konserwę mięsną. Okazało się, że to jedzenie dla psa. W trzecim miesiącu wyszła za mąż, żeby dostać papiery, po roku kupiła dom. 30 lat później mówi, że Ameryki nigdy nie zamieniłaby na żadne inne miejsce na świecie.

Na ogarnięcie się w nowej rzeczywistości Elżbieta Skutnik miała pół roku, czyli tyle, ile trwała wiza turystyczna. Co w jej przypadku oznaczało: „mam wszystko do zyskania i nic do stracenia”. Młoda wdowa do Ameryki przypłynęła Batorym w sierpniu 1984 roku. W Chicago przytuliła ją ciotka kolegi z Polski. Miała ze sobą 300 dolarów, małą walizkę z bardzo skromną garderobą i słownik polsko-angielski, który musiała szybko odesłać do kraju. Zacisnęła więc zęby, uznając, że „skoro radzą tu sobie ci z południa, to ona, z samego Wrocławia, nie jest przecież gorsza”.

Przeżyła szok pierwszego dnia, kiedy kolega zabrał ją na zakupy po bieliznę, której prawie ze sobą nie zabrała. – Mijani na ulicy ludzie mówili mi „hi” i się do mnie uśmiechali, a ja ich przecież nie znałam. Szybko kupiłam ten zwyczaj, tym bardziej, że wtedy i tak nic więcej po angielsku nie umiałam powiedzieć. Ale ta życzliwość bardzo mi się spodobała. A sklep, do którego weszliśmy – z jedną całą salą z majtkami, drugą ze stanikami i trzecią z pidżamami – po prostu mnie obezwładnił. To był dla mnie jakiś kosmos.

Od samego początku nastawiła się na Amerykę pozytywnie, może dlatego, że już wypływając z portu w Gdyni, wiedziała, że Batory wiezie ją na emigrację, a tę chciała traktować jako drugą szansę w życiu, a nie jako dopust boży. Zostawiła w kraju 3-letnią córkę, której sprowadzenie miało być priorytetem. Na razie jednak trzeba było postawić pierwsze kroki na nowej ziemi.

– Na drugi czy trzeci dzień po przyjeździe do Chicago pojechałam autobusem wzdłuż Milwaukee i wysiadłam na skrzyżowaniu z Belmont. Tam były same polskie napisy. Po kolei wchodziłam do sklepów i restauracji, pytając o pracę. Ale tak z miejsca nikt nie miał mi nic do zaoferowania. Szybko jednak znalazłam pracę w postaci opieki nad starszą panią w zamerykanizowanej polskiej rodzinie w Schaumburgu. Szukanie pracy zajęło mi raptem dwa tygodnie.

Pierwszy krok uznała za zrobiony. Teraz trzeba było pomyśleć o legalizacji pobytu. Syn staruszki, którą się opiekowała, podsunął jej „Gwiazdę Polarną”, którą od czasu do czasu kupował. To w niej uwagę Elżbiety zwróciły ogłoszenia matrymonialne. Postanowiła wysłać swoje, nie owijając w bawełnę swoich zamiarów.

– Wysłałam ogłoszenie, dołączając money order. Napisałam, że jestem wdową z dzieckiem i szukam pana, który ma stały pobyt. Zgłosiło się sześciu. Umówiłam się z dwoma. Pierwszy z nich, góral, w rozmowie telefonicznej zasugerował przed spotkaniem, żebym się ładnie ubrała, ponieważ zaprasza mnie do restauracji. Tą restauracją okazał się McDonald’s. Nie wiedziałam wtedy, co to jest. Nie wierzyłam własnym oczom – ja, po polsku wyelegantowana – a tam ludzie w byle jakich spodniach piją kawę z plastików i jedzą frytki. Ale nie to było najgorsze. W czasie rozmowy mój potencjalny partner stwierdził, poklepując mnie po ramieniu, że „musi mnie parę razy przelecieć”, a jak mu będę pasowała w łóżku, wtedy powie żonie, że się z nią rozwodzi. Pamiętam, że miałam kwadratowe oczy.

Drugiemu, który przypadł jej do gustu, w ciągu tygodnia postawiła twarde warunki: żadnego mieszkania na kartę rowerową, „nie mam czasu na randki, bo czas mnie goni, wiek mnie goni, córka w Polsce czeka”. Ślub odbył się w niecałe dwa miesiące od poznania. Małżeństwem są do dziś.

Na Milwaukee po kolei wchodziłam do sklepów i restauracji, pytając o pracę. Ale tak z miejsca nikt nie miał mi nic do zaoferowania

Kolejny etap odhaczony. Teraz już było tylko z górki. Pod nieobecność męża wzięła któregoś dnia samochód i na polskim prawie jazdy pojechała na Elston, żeby zrobić amerykańskie. Po angielsku rozumiała: right, left, straight. Ale się udało. Teraz już mogła bez stresu dojeżdżać „na swoje domki” do Evanson, Winnetki, Kenilwolth. Sama je sobie zresztą znalazła i większość z nich ciągle trzyma. Od 30 lat.

Bardzo szybko także kupili dom wielorodzinny, a wynajem pozwolił im stanąć na nogi. – Myśląc o początkach w Ameryce, muszę przyznać, że to był dla mnie szok. Po roku stać mnie na dom! Oczywiście ten dom należał do banku i jak każdy inny właściciel przez pierwsze lata dajesz bankowi haracz, zanim zaczniesz spłacać pożyczkę, ale przecież wszyscy tak robią. Myślałam wtedy, że rzeczywiście czuwa nade mną jakaś opatrzność, że mój optymizm i dobre nastawienie do tego kraju odpłaca mi tym, że się jakoś wszystko udaje.

Jednak ze sprowadzeniem córki z Polski nie było tak łatwo i tak szybko, jak chciała; trwało to całe pięć lat. Kiedy 8-letnia Agnieszka przyleciała do Chicago, Elżbieta czuła się w Ameryce jak u siebie.

Pytana o cenę emigracji, mówi, że to brak czasu na naukę angielskiego, że cała para poszła na kształcenie Agnieszki, ale było warto. Córka skończyła studia, pracuje w departamencie policji. Poświęcenia nie odbiera jednak jako rezygnacji z siebie. Nie ma w niej też zgorzknienia degradacją zawodową. We Wrocławiu pracowała w lokalnej telewizji przy montażu i „uwielbiała tę pracę”, w Chicago zaczęła od sprzątania domków i nadal je sprząta. I jak mówi, „nie zamieniłaby się dziś na żadną inną pracę”.

Ciągnęło ją zawsze do ludzi. Na początku poza mężem nie miała tu żadnych znajomych. Kiedy już pozałatwiała najważniejsze sprawy życiowe, była gotowa, by poszukać kontaktów towarzyskich. W „Dzienniku Związkowym” znalazła ogłoszenia o spotkaniach różnych polonijnych organizacji i klubów. Pojechała na jedno, drugie, zetknęła się z tutejszą Polonią. Zrobiła na niej dobre wrażenie, została jej częścią.

– Nadal odbieram Amerykę bardzo pozytywnie, chociaż naturalnie widzę też jej wady. Ale kiedy słyszę w środowisku polskim narzekania na ten kraj, to pytam: „Dlaczego nie wrócisz skoro ci tu tak źle?”.

Bo to, że Elżbiecie Skutnik spod znaku Byka, w Ameryce źle nie jest, najlepiej świadczy fakt, że w Polsce nie była od chwili wyjazdu…

Małgorzata Błaszczuk

fot.Zol87/Wikipedia/123RF Stock Photos

Categories: Początek w Ameryce

Comments

  1. Oli
    Oli 28 June, 2015, 16:20

    Ja tam nie wiem co lepsze monowanie filmu czy sprzątanie syfu.

    Reply this comment
  2. dudaszmaciarz
    dudaszmaciarz 29 June, 2015, 19:53

    nie zamieniłaby hameryki na nic innego ale na wybory chodzi jak cała zresztą polonia która od 30 lat w polsce nei była i głosuje tak jak jej rydzyk rozkaże ( w sensie jak prawicowe scierwa namącą ludziskom w hameryce we łbach tak beda głosowały)

    Reply this comment
  3. ela
    ela 30 June, 2015, 12:20

    Nie bardzo pojmuję po co marnować w gazecie miejsce na opowieść o niestety typowej Polce, której osiągnięciem jest kupno domu po roku sprzątania amerykańskich brudów, z uprzedzeniami wobec tych “z południa” i spokojnym podejściem do faktu, że nie miała czasu nauczyć się angielskiego. To właśnie takie panie, które po zakupy czy serwisu przychodzą z dziećmi w wieku szkolnym, by tłumaczyły, co mamusia chce, przyczyniają się do utrwalania uprzedzeń o głupim Polaku. To właśnie ci ludzie szaleją, gdy chce się im odebrać polsky.tv, bo przecież kilkaset kanałów telewizji amerykańskiej to nie dla nich, gdyż 30 lat w USA to za krótki okres czasu, by opanować język. Bohaterka artykułu za nic nie zmieniłaby pracy. Oczywiście, przecież sprzątając nie płaci podatków i dlatego ma ten dom i pewnie inne rzeczy, którymi może się pochwalić koleżankom. A właściwie, jakie miało być przesłanie tej żałosnej opowieści? Że tak trzeba, że tak się opłaca? To po prostu przykre, przykre jest również to, że gazeta zamieszcza materiały o niczym.

    Reply this comment
  4. SARA
    SARA 30 July, 2015, 12:21

    Pani Ela , wlasciwie podsumowala sens zycia polskich sprzataczek w Stanach
    jest to uwlaczajaca praca ,dla nieukow i prostakow
    ale liczy sie dolar ,niewazne w jaki sposob zarabiany,opinia amerykanow kazdy zna
    ciemny polak do sprzatania syfow , to nasza ojczyzna musi ,byc dumna…….

    Reply this comment

Write a Comment

Your e-mail address will not be published.
Required fields are marked*