Po lepsze życie. Pierwszy rok w Chicago: czy jesteśmy już Polonią?


Odcinek 12 (przedostatni)

Agnieszka i Rafał z córką Wiktorią i synem Patrykiem 8 czerwca 2016 r. przylecieli do Chicago. Przez pierwszy rok towarzyszymy im w ich amerykańskiej przygodzie, której początki dobrze pamięta każdy, kto uwierzył w mit o Ameryce.
Wiktoria obchodziła szóste urodziny. Z tej okazji w domu odbyło się przyjęcie. – Były balony, przyszli goście – Oliwier, Tymon, Tosia i Amelka, wszyscy świetnie się bawili. Dostałam lego, a mama zrobiła tort z uśmieszkiem – opowiada Wiktoria. – A balony były latające! Pokazać?

Rafałowi skończył się semestr kursu języka angielskiego. Zdał test końcowy, z początkowych 218 punktów, po semestrze podskoczył na 248 i awansował na kolejny poziom, który rozpocznie we wrześniu. – Porównuję moją znajomość angielskiego sprzed roku i teraz, i jest duży postęp. Rozumiem praktycznie wszystko, co się do mnie mówi i coraz swobodniej odpowiadam. Mam jeszcze czasem problemy ze zrozumieniem Meksykanów i Hindusów, którzy mają ciężki akcent. Ale cieszę się, że nie mam żadnych blokad, że potrafię się porozumieć. To niesamowite, ile człowiek potrafi przyswoić przez rok, biorąc pod uwagę, że przebywamy w środowisku głównie polskim.

Z nowości, to cała rodzina wybrała się na puszczanie latawca do pobliskiego Busse Woods. – Stwierdziliśmy, że Chicago to jest miasto idealne do puszczaniu latawców. W Polsce trzeba się naprawdę nabiegać po tych łąkach, a i tak za chwilę latawiec ciągnąłeś za sobą po trawie. A tu – wystarczy stanąć, puścić linkę i gotowe! Dzieci się cieszą, a ty się nawet nie spociłeś. Zwijasz i do domu – śmieje się Rafał. Inna sprawa, że dzieciaki tak przewiało, że oboje złapali anginę i do dziś biorą antybiotyki.

I jeszcze jedno nowe doświadczenie – test spalin. – Nasza hondzia przeszła test i mamy na dwa lata spokój. Ale czemu o tym mówię… jechałem na test spalin do Schaumburga przez Itaskę po Irving Park. I nagle poczułem się jak w Polsce. Wąziutka droga, drzewa na poboczach, aż miło mi się zrobiło.

Czas podsumowań

Niedługo minie rok, odkąd wylądowali w Chicago, a to dobry moment na retrospekcję i podsumowania. – Rok temu odliczaliśmy dni do wylotu do Stanów. Pamiętam, że wiele godzin spędziliśmy na internetowym USA forum, na którym doświadczeniami wymieniali się ludzie, którzy, tak jak my, wylosowali zielone karty. Dyskutowaliśmy na temat obaw i wątpliwości dotyczących emigracji do USA. Dzisiaj mogę śmiało powiedzieć i zachęcić – pakujcie się i przylatujcie, nie ma się czego bać! Choć przyznaję, że wyjazd całą rodziną do Stanów to ogromne przedsięwzięcie i odpowiedzialność. Przyjechaliśmy zupełnie w ciemno, do Jerry’ego, którego poznaliśmy przez internet. Nie wyobrażasz sobie jaki to stres, kiedy lecisz przez pół świata z żoną i dwójką dzieci zupełnie w ciemno i nie wiesz, co stanie się jutro, co cię czeka na miejscu – mówi Rafał.

Pytam, czy bogatsi o doświadczenia ostatniego roku, zrobiliby cokolwiek inaczej. – Nic – mówi krótko Rafał. – Nawet błędy, które popełniliśmy, doprowadziły do czegoś dobrego, do poznania konkretnych ludzi i podjęcia następnych decyzji. Sprawdziło się polskie przysłowie, że „nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło”.

Przyznają, Ameryka zaskoczyła ich wszystkim. – Rafał na początku był Ameryką zdegustowany, zaskoczyła go bylejakością, niechlujstwem, kablami wystającymi z ziemi – mówi Agnieszka.

– My tu przyjechaliśmy z czystej i odnowionej za fundusze unijne Polski, która przyzwyczaiła do dość wysokich standardów. A tutaj nagle się poczułem, jakbym cofnął się o dwadzieścia lat. Już na lotnisku, zaraz po wylądowaniu zobaczyłem podjeżdżające pickupy i myślę „elegancko, Ameryka”. Ale wykładzina w stylu wczesnego Gomułki na wyjściu z terminalu wzbudziła moje podejrzenia. A potem było tylko gorzej – wspomina Rafał. – Ale po roku możemy śmiało stwierdzić, że Ameryka to świetny kraj do życia, jak się już przyzwyczaisz, to robi się fajnie. Przede wszystkim względy ekonomiczne. Pomiędzy Polską a Stanami jest przepaść jeśli chodzi o zarobki i siłę nabywczą pieniądza. Ostatnio oglądałem na TVN, jak krytykowali Misiewicza, że zarabiał 12 tys. złotych na miesiąc. A ja sobie wtedy pomyślałem, że przecież ja tutaj zarabiam podobnie, a na amerykańskie realia to żadna fortuna.

Rzeczywiście, stać ich na opłacenie mieszkania, dwa samochody, jedzenie, ubranie, drobne przyjemności i jeszcze można coś odłożyć. A w Polsce, jak mówi Rafał,niestety, sprawdziło się powiedzenie jego śp. dziadka, że „będziecie głodni chodzić, ale po brukowanych chodnikach!”. – To oczywiście metafora, bo głodu w Polsce raczej nie ma, ale co z tego, że jest ładnie i na wysoki połysk, skoro ludzi na mało co stać? Dobrze, że dostali chociaż 500 plus dla wielu ludzi taka kasa to jak zbawienie – mówi Rafał.

Luz blues

W ciągu prawie roku w Stanach udało osiągnąć im się stabilizację, za którą przyszedł spokój. – Przez pierwsze pół roku, dopóki Rafał nie dostał stałej pracy, przychodziły nam do głowy myśli o powrocie. Ale do czego? Wszystko, co mieliśmy w Polsce sprzedaliśmy – mówi Agnieszka.

Ameryka dała im luz, sprawy materialne zeszły na drugi plan, bo nie muszą martwić się o przetrwanie od pierwszego do pierwszego. Pracować trzeba, ale można skupić się na karierze, wyznaczyć sobie cele i mieć marzenia. – Dostajesz wypłatę, kupujesz jedzenie do domu i nawet nie myślisz, że wydałeś te pieniądze, nie frustrujesz się, że wydałeś w spożywczym połowę wypłaty, jak to bywało w Polsce – mówi Agnieszka. – Dużo się w Stanach nauczyliśmy. Przede wszystkim żyć w otoczeniu innych ludzi, nie Polaków. Otworzyły nam się oczy, staliśmy się bardziej otwarci.

– W Polsce, jakby Murzyn przeszedł przez moją miejscowość, to trzy tygodnie później wszyscy by o tym mówili. W małych miejscowościach w Polsce nie ma tolerancji dla jakiejkolwiek inności. Polacy są konserwatywni, są trochę nacjonalistami, wielu rzeczy do siebie nie dopuszczają. Dlatego Polak musi wyjechać choć na chwilę z Polski, żeby zmienić swoje myślenie. W Polsce wciąż nadaje się na Żydów i Arabów, a kto tam widział kiedy Żyda albo Araba? Chyba w telewizji. Choć to nie jest tak, że Polacy z natury są rasistami, ksenofobami i wciąż narzekają. Są jacy są, bo są warunkowani ekonomicznie, nie czują się swobodnie, cały czas są spięci. Młodzi ludzie wciąż nie mają perspektyw, a żeby w Polsce mieć własny dom lub mieszkanie trzeba by sprzedać własna nerkę – konstatuje gorzko Rafał.

Agnieszka: – Może się nam wydawać, jacy jesteśmy otwarci i tolerancyjni, póki nie mamy kontaktu z innością. Ale to takie teoretyczne otwarcie. Rzeczywiście otwierasz się, kiedy na co dzień obcujesz z ludźmi z innych ras i kultur. Dopóki nie wyjedziesz, nie dowiesz się, że pod tą teoretyczną tolerancją siedzi w tobie typowo polski Polak. Dlatego ważna jest zmiana perspektywy, pozwala zobaczyć siebie i Polskę w innym świetle. Z daleka wszystko wygląda inaczej.
Rafał: – Wielokrotnie złapałem tego Polaka w sobie i pomyślałem, jak to się dzieje, że takie oceny i opinie same przychodzą mi do głowy. I poszedłem dalej – co mogę z nimi teraz zrobić? To cenna wiedza o sobie.

Czy jesteśmy już Polonią?

Pytam Rafała i Agnieszkę o ich zdanie na temat chicagowskiej Polonii. Rafał twierdzi, że przed przyjazdem do Stanów nie miał wyrobionego zdania, a Agnieszka dodaje, że z Polonią kojarzyli się jej zawsze górale i głosowanie na PiS. Zastanawiają się, czy po roku w Stanach, w Polsce będą odbierani jako Polonia, jak szpanerzy ze słomą w butach. Zdaniem Rafała, takie generalizowanie jest krzywdzące.

– Przeplatanie polskiego i angielskiego, te „hajłeje” i „garbecie” w wypowiedzi, nie świadczy o buractwie i ograniczeniu, wręcz przeciwnie – o wysokich umiejętnościach adaptacyjnych. Taki człowiek szybko potrafi się przestawić na nową rzeczywistość, szybko się uczy. Trzeba zazdrościć, a nie potępiać. Taka osoba po trzech tygodniach w Polsce wraca zresztą do „językowej normy”. A szpanerstwo? W Polsce na markowe buty musisz pracować trzy dni, więc idziesz na bazar i kupujesz jakieś „adaśki” za 60-80 złotych, bo też w nich pochodzisz. A w Stanach na „najki” pracujesz dwie albo trzy godziny. Inna sprawa, że niemarkowych po prostu nie znajdziesz. Ale Polak spojrzy na ciebie, podliczy ile masz na sobie i jest przekonany, że specjalnie się do Polski tak odstawiłeś, żeby mu zrobić na złość i pokazać, jak ci dobrze w tej Ameryce. Bo przecież na co dzień chodzisz potargany jak żul – śmieje się Rafał.

– Nawet jeśli będą nas w Polsce postrzegać jako Polonię, i tak się o tym nie dowiemy – dodaje Agnieszka.
Zastanawiamy się wspólnie, jakie będą ich pierwsze reakcje na polską rzeczywistość. Rafał jest przekonany, że Polska niczym go nie zaskoczy. Agnieszka nie jest taka pewna. – Moja koleżanka na wakacjach w Polsce, po dwóch latach pobytu w Chicago, poszła do sklepu i przy kasie, kiedy ekspedientka ułożyła już z towarów górkę usłyszała „czemu pani tego nie pakuje?”. Zapomniała, że musi sama sobie spakować zakupy do własnej siatki.

– Mamy taką koleżankę z Sarasoty na Florydzie, Karolinę, która była zaskoczona po dwóch latach w Stanach, że nikt się do niej nie uśmiechał na wakacjach w Polsce. Tu wszyscy mają „happy face”. A tam wszyscy posępni, smutni, styrani życiem. Ale powtarzam, nie dziwię się, bo winna jest ekonomia – mówi Rafał.

Najbardziej zasymilowali się Patryk i Wiktoria. Wiki z jednej strony chętnie odwiedzi dziadków i pozostawione w Polsce zabawki, ale z drugiej, nie chce lecieć. – Boi się, że nie wrócimy, że zostaniemy, nawet raz się rozpłakała. Ma tu swój pokój, koleżanki, niedługo upragnioną pierwszą klasę. Ale jestem przekonana, że po wakacjach dzieci nie będą z kolei chciały wyjeżdżać z Polski – mówi Aga.

Reset na wakacjach

Przez ostatni rok dużo się zmieniło w życiu Rafała, Agnieszki, Wiktorii i Patryka, zwanego Ptysiem. Zmieniło się w poziomie życia, ale też w mentalności i myśleniu. – Nie jesteśmy już w rozkroku, nie przeliczamy już wszystkiego na złotówki. Naszym celem jest zostać w Stanach przynajmniej do uzyskania obywatelstwa. Ale patrzę na nasze dzieci i wiem, że im dłużej w Ameryce, tym trudniej wrócić – mówi Rafał.

Agnieszka dodaje: – Najważniejsze, żeby nie zamykać sobie dróg i nie palić mostów. I pielęgnować język polski u dzieci.
10 czerwca rodzina wylatuje na wakacje do Polski. Rafał z Agnieszką obiecali sobie, że na zasłużonych wakacjach w Polsce odpoczną, „zresetują się” i wrócą do Chicago, do normalnego życia. Będą wracać do siebie.

Grzegorz Dziedzic

Zdjęcia: Grzegorz Dziedzic, arch. rodz.

  • 1 4
  • 3 2
  • 2 4
Categories: Po lepsze życie

Comments

  1. zza kałuży
    zza kałuży 21 maja, 2017, 14:24

    Bardzo miły artykuł, część bardzo miłego cyklu artykułów. No bo i temat wdzięczny, czyli młodzi ludzie, rodzice zdrowych dzieci, a wszyscy tworzący raczej bezproblemową, uśmiechniętą rodzinę.
    Do tej pory życie im się układało, trzeba odpukać w niemalowane aby tak pozostało do końca świata i jeden dzień dłużej. 😉
    *
    Bardzo rozsądna jest nauka języka, jeszcze lepiej jak za nią nastąpi kontynuacja edukacji. Także dla żony! Kobiety zresztą są zwykle zdolniejsze… 😉
    *
    Pozdrawiam!

    Reply this comment
  2. KG
    KG 22 maja, 2017, 01:56

    Wspaniali mądrzy i odważni ludzie , nie zmarnowali swojej szansy. Powodzenia 🙂

    Reply this comment
  3. Chicagowoman
    Chicagowoman 22 maja, 2017, 04:37

    Bardzo miły i prawdziwy ten atykół z przyjemnoscia sie go czyta 🙂 przedewszystkim opisuje prawdziwosc życia na obu plaszczyznach pozytywnej i negatywnej. Fajne jest to ze mamy takie mozliwosci aby wyjezdzac i poprawiac swoj byt materialny ale przedewszystkim emocjonalny i uczyc sie jak zrzucic z naszej psychiki ten pospiech, zamartwianie, narzekanie, zajmowanie sie niepotrzebymi sprawami jakie zostaly nam nakreslane w dorastaniu 🙂

    Reply this comment
  4. qw
    qw 22 maja, 2017, 13:29

    Czy nie zmarnowali swojej szansy okaże się za 5 i 10 lat…

    Reply this comment

Write a Comment

Your e-mail address will not be published.
Required fields are marked*