Więcej rozsądku, mniej uczuć

Jan Krawiec fot.Andrzej Kazimierczak

Jan Krawiec fot.Andrzej Kazimierczak

 

O Paradzie 3 Maja w Chicago, podziałach wśród Polonii oraz o rozpolitykowaniu narodu, który nie nadaje się do polityki – z wielkim marszałkiem Parady 3 Maja Janem Krawcem rozmawia Grzegorz Dziedzic.

Grzegorz Dziedzic: Ma pan 97 lat. Parada 3 Maja i towarzyszące jej uroczystości to spore wyzwanie. 7 maja podoła Pan trudom?

Jan Krawiec: Mam nadzieję, że tak, choć poruszam się o lasce. To będzie ciężki dzień, ale myślę, że podołam jego wyzwaniom i będę godnie reprezentował Polonię.

Został Pan wybrany wielkim marszałkiem tegorocznej Parady 3 Maja. To symboliczne ukoronowanie pańskiej wieloletniej kariery działacza polonijnego, dziennikarza, redaktora naczelnego „Dziennika Związkowego”. Liczył Pan na takie wyróżnienie?

– Nie, nigdy nie liczę na wyróżnienia ani o nich nie marzę. Przez całe moje życie cokolwiek robiłem, robiłem z poczucia obowiązku albo ponieważ sprawiało mi to przyjemność. Zdarzało się, że obowiązek łączył się z przyjemnością. Przewodzenie polonijnej Paradzie 3 Maja to właśnie połączenie obowiązku i przyjemności. Nigdy o tym nie marzyłem. W ogóle nie entuzjazmuję się zbytnio wyróżnieniami. Z Ewangelii pamiętam, że Chrystusa witano gałązkami palmowymi, by kilka dni później krzyczeć „ukrzyżujcie Go”. Ludzkie uznanie trwa nieraz bardzo krótko, dlatego nie warto się na nim skupiać.

O tym, że uznanie na pstrym koniu jeździ, przekonał się Pan już podczas wyborów marszałka parady, którym towarzyszyły niemałe emocje. Część polonijnego środowiska była wyraźnie rozczarowana wyborem Pana osoby. Został Pan nawet wezwany do zrzeczenia się tej zaszczytnej funkcji. Nie zrobił Pan tego. Dlaczego?

– Protestowało zaledwie kilka osób, byłem zaskoczony ich reakcją. Nie zrzekłem się tytułu marszałka, ponieważ byłby to afront dla tych, którzy mnie wybrali. Nie starałem się o zostanie marszałkiem, nie zależało mi na tym, ale skoro już zostałem wybrany, odrzucenie tej funkcji byłoby, powtarzam, afrontem dla kapituły. Pomyślano by zapewne, że się wywyższam, że marszałek parady to dla mnie niewystarczający tytuł.

Zamieszanie wokół wyborów marszałka nie jest zjawiskiem nowym, podobnie jak podziały przecinające nasze polonijne środowisko. Z czego, Pana zdaniem, wynikają konflikty i kłótnie?

– Po prostu tacy jesteśmy. Mamy swoje wizje, swoich bożków, swoje opinie i będziemy obrzucać błotem tych, którzy mają inne. Tych, którzy nie popierają tego, co popieram ja, nie myślą tak jak ja. Taka postawa to pewnego rodzaju egoizm i pycha. My, Polacy potrafimy dokonywać wielkich czynów w sytuacjach, gdy jesteśmy „pod ławą”, zniewoleni. Ale kiedy jesteśmy wolni, wtedy wychodzą z nas wrodzone skłonności do warcholstwa. Łatwo spoczywamy na laurach, spoczywając na nich robi się nudno i trzeba czymś się zająć. Polak, aby czuł się spełniony, potrzebuje wroga. Nawet jeżeli jest nim inny Polak. Nie jest to nowe zjawisko, zawsze tacy byliśmy. Proszę sobie przypomnieć choćby sejmiki szlacheckie i liberum veto. I dopiero kiedy znaleźliśmy się pod zaborami, okazało się, że potrafimy zdobyć się na wielkie zrywy, na solidarność, oddać życie za ojczyznę.

Czy tak musi być? Czy istnieje dla Polaków jakaś szansa na dogadanie się?

– To trudne, bo konflikt nosimy w naszej naturze. Oczywiście intensywną pracą nad sobą wszystko można zmienić. Można się na zmianę zdobyć, postanowić sobie ją, zaplanować i nad nią pracować. Sęk w tym, że jako naród nie widzimy w sobie potrzeby dokonywania zmian.

Obserwuje Pan Polonię od 70 lat. Polonia ewoluuje, zmienia się jej liczebność, demografia, położenie polonijnych skupisk, poziom wykształcenia i zamożności. Dokąd zmierza współczesna chicagowska Polonia?

– Trudno mówić o Polonii jako o monolicie. Ona cały czas się zmienia. Zmieniły się przyczyny emigracji. Ja jestem przedstawicielem powojennej emigracji politycznej. Teraz, kiedy Polska jest wolna, jedynym powodem, dla którego Polacy ją opuszczają, są czynniki ekonomiczne. Współczesny emigrant przylatuje do Stanów Zjednoczonych, aby poprawić swój byt i zarobić pieniądze. Moje i kolejne pokolenie emigranckie starało się utrzymywać polityczną aktywność, mieć wpływ na sytuację w USA i tutejszy rząd, żeby ten popierał dążenie narodu polskiego do odzyskania wolności. Obecnie emigrantom brakuje ideowości i politycznych celów. Nie mają wspólnych celów, wyłącznie cele indywidualne.

Naszym sportem narodowym, obok piłki nożnej, jest polityka. Polacy polityką się pasjonują i zażarcie o nią kłócą.

– To prawda, ale warto zaznaczyć, że nie jesteśmy w polityce dobrzy. Reagujemy uczuciowo, a polityka wynika z myślenia i racjonalności. My, Polacy, nie bardzo się do polityki nadajemy, choć bardzo jesteśmy rozpolitykowani. Nie myślimy, reagujemy emocjonalnie. Taka jest nasza natura. Rezultatem tej natury są choćby demonstracje w centrum Chicago, podczas których Polacy w bardzo emocjonalny sposób obrzucają się błotem. Powinniśmy demonstrować w sprawach ogólnopolskich, a nie partyjnych. Uczuciowe podejście do polityki to nasza słaba strona.

W ciągu 70 lat w Chicago brał pan udział w wielu trzeciomajowych paradach. Czy któraś z nich szczególnie utkwiła w Pana pamięci?

– Nie, one wszystkie były do siebie bardzo podobne i dosyć dobrze zorganizowane. Dobrze, że wiele paradowych haseł napisanych jest po angielsku, bo tylko w tym języku możemy przekonać do siebie Amerykanów.

Parada 3 Maja jest wielkim świętem polskości, ale wydaje się być wizerunkowo niewykorzystana. Czy dobrym pomysłem byłoby stworzenie z Parady 3 Maja wydarzenia na kształt irlandzkiego Dnia Świętego Patryka?

– Irlandczycy, podobnie jak Polacy, mieli w Stanach Zjednoczonych trudne początki. O ich przewadze stanowiła jednak znajomość języka angielskiego. Poza tym istniała jeszcze jedna wspólna platforma: Irlandczycy byli prześladowani przez Anglików, a przecież Stany Zjednoczone z Anglikami walczyły. Sympatia wobec Irlandczyków wynikała zatem z posiadania wspólnego wroga. Irlandczykom łatwiej niż nam było się zasymilować, dostosować do tutejszej kultury, wejść w politykę. Stąd większa popularność Dnia Świętego Patryka niż polonijnej Parady 3 Maja.

Czy parada powinna być miejscem walki politycznej, batalii wyborczej?

– Parada 3 Maja jest polityczna w tym sensie, że jest polska, idzie pod polskimi flagami, z hasłami dotyczącymi Polski i polskości. Natomiast nie powinno być na niej miejsca na walkę między partiami i ugrupowaniami politycznymi. Partyjną politykę można z powodzeniem uprawiać gdzie indziej. Parada powinna promować Polskę i dobro narodu polskiego, ponad podziałami partyjnymi. To powinno być święto narodowej tożsamości.

To brzmi pięknie i idealistycznie. Tymczasem wielu naszym rodakom zwyczajnie szkoda części weekendu, żeby przyjechać do śródmieścia na Paradę 3 Maja. Z czego to wynika? Lenistwo, marazm, a może niechęć do publicznego wyrażania patriotyzmu?

– Nie sposób odpowiedzieć w sposób jednoznaczny. Być może chodzi o marazm i lenistwo, ale trudno odpowiadać za każdego. Część Polaków bardzo pragnie asymilacji, tak bardzo chcą być Amerykanami, że zapominają o korzeniach. Inni mają być może kompleksy związane z własną polskością. Znam takich, którzy postanowili się wynarodowić, jeszcze zanim przyjechali do Stanów.

Z okazji Święta Konstytucji 3 Maja, jako wielki marszałek Parady 3 Maja, czego Pan życzy Polonii?

– Życzę Państwu, żebyście nie zapominali o swojej ojczyźnie i nie bali się czegoś dla niej zrobić. Wpływać na opinie o Polsce, dbać o jej dobre imię, kontaktować się z politykami, którzy są Polsce przychylni. Przede wszystkim życzę, abyśmy kierowali się bardziej zdrowym rozsądkiem, a mniej uczuciami.

Przyłączam się do tych życzeń i dziękuje za rozmowę.

gdziedzic@zwiazkowy.com

Jan Krawiec – chicagowski dziennikarz, były długoletni redaktor „Dziennika Związkowego”, kombatant II wojny światowej, działacz polonijny.
Jan Krawiec pochodzi z wsi Bachórzec nad Sanem. Po maturze trafił do podchorążówki, którą skończył w stopniu kaprala podchorążego. W sierpniu 1939 roku został przydzielony do 38. Pułku Piechoty w Przemyślu.

Po wybuchu wojny brał udział w kampanii wrześniowej. W konspiracji najpierw organizował logistyczne wsparcie dla polskich żołnierzy, którzy przez Węgry próbowali dostać się do Francji, później redagował biuletyn podziemny. Poszukiwany przez gestapo. Był więźniem obozów Auschwitz-Birkenau i Buchenwaldu.

Na emigracji w USA ukończył chicagowski Uniwersytet Loyola. W latach 1968–1985 był redaktorem naczelnym „Dziennika Związkowego”. Od wielu lat w Muzeum Holocaustu w Skokie koło Chicago regularnie spotyka się z młodzieżą szkolną, by opowiadać o czasie znanym jej tylko z podręczników. Dotychczas wspomnień Jana Krawca wysłuchało ponad trzy tysiące młodych ludzi.

W ubiegłym roku wspomnienia Jana Krawca „Od Bachórca do Chicago” zostały wydane przez Instytut Pamięci Narodowej.

Categories: Parada 3 Maja

Write a Comment

Your e-mail address will not be published.
Required fields are marked*