Żegnaj, Wojtku!

Żegnaj, Wojtku!

31 sierpnia w zamojskim szpitalu zmarł Wojciech Białasiewicz. Przez 20 lat był redaktorem naczelnym „Dziennika Związkowego”. Poznałam go niemal od razu po przyjeździe do Chicago, bowiem nasze zawodowe drogi w naturalny sposób się zeszły, a kiedy okazało się, że Wojtek ze Zwierzyńca, ja z Lublina i obydwoje absolwenci KUL-u – pojawiła się dodatkowa wzajemna sympatia, która trwała całe lata, choć nie było zbyt częstych okazji do jej towarzyskiego pielęgnowania.

Należał do rzadkiego gatunku ludzi potrafiących smakować życie. Nieco rubaszny i sarmacki, bardzo inteligentny, z dystansem do siebie i do uzależnień zawodowych, ze świetnie przepracowaną asertywnością.

Od 1985 roku na emigracji w USA, ale już z dorobkiem dziennikarskim w Polsce. Ta emigracja wydawała się go trochę uwierać; jednak ją spacyfikował w przebiegły sposób. Tęsknotę za rodzinnymi stronami zaspokoił pochylając się nad pracą historyczno-badawczą poświęconą II wojnie światowej na Zamojszczyźnie, tej wojnie, w którą także uwikłana była tragicznie i Jego rodzina. Był więc na emigracji, w Chicago, ale sercem, zainteresowaniami i piórem ciągle na Roztoczu.

Nie oznaczało to jednak wyobcowania z polonijnego życia. Uczestniczył w nim, choć nie był nadaktywny w bywaniu. Pojawiał się tam, gdzie był niezbędny, zawsze z uśmiechem, trochę protekcjonalnym sposobem bycia, ze swoistą dystynkcją.

Po raz ostatni wpadł do redakcji dwa lata temu, kiedy odwiedzał Chicago po przyjeździe ze Zwierzyńca, do którego wrócił w 2009 roku po przejściu na emeryturę. W popielatym garniturze, elegancki, ale bardzo zadyszany. Trochę narzekał na zdrowie, ale ciągle był to ten sam macho-Wojtek. Umówiliśmy się na kawę, na telefon, na pogadanie, na nadrobienie zaległości. Bo w redakcji, czego nie trzeba Mu było tłumaczyć, nie było czasu, goniły jakieś deadline’y, ktoś dzwonił.

Później zaczęły docierać wiadomości o Jego słabszej formie. Mimo że zatrzymał się trochę dłużej w Chicago dla podratowania zdrowia, nie dał się zaprosić na żadne z uroczystości organizowane przez gazetę. Nie chciał pokazywać innego Białasiewicza niż ten, który przez 20 lat utrwalił się w polonijnej świadomości. Rubasznego, pogodnego, z ciętą ripostą, ale także niezwykle ciepłego, który należał do tych, którzy nie wylewają za kołnierz. Szanowaliśmy Jego decyzję, choć bardzo Go brakowało na tych spotkaniach.

Za każdym razem, kiedy czuł się lepiej uciekał z Chicago do Zwierzyńca, do rodzinnego domu. Zwierzyniec mu tę miłość odwzajemnił. We wrześniu ubiegłego roku jako wyraz wdzięczności i uznania za pracę dziennikarską oraz utrwalanie wydarzeń związanych z historią Zamojszczyzny i Zwierzyńca otrzymał tytuł honorowego obywatela.

W poniedziałek jechałam do pracy i pomyślałam o Wojtku, o tym, że ciągle nie mam czasu do Niego zadzwonić, wpaść na kawę, pogadać, dopytać, poradzić się w kilku sprawach zawodowych. Z twardym postanowieniem nadrobienia tego w ciągu najbliższych dni dojechałam do pracy, w której dwie godziny później odebrałam telefon z wiadomością, że Wojtek umiera.

I nie zdążyłam, nie wypiliśmy kawy… Żegnam Cię Wojtku z poczuciem ogromnej straty, ale i ze świadomością, że zostawiłeś po sobie nie tylko dobre wspomnienia, ale i ogrom pracy historyka, która nazwisko Białasiewicz zapisuje na trwałe na kartach Polski i Polonii.

Małgorzata Błaszczuk

Ostatnie pożegnanie red. Wojciecha Białasiewicza odbędzie się 6 września 2016 r. w Zamościu i w Zwierzyńcu.

Na zdjęciu: Wojciech Białasiewicz fot.Andrzej Baraniak

Categories: Od redaktor naczelnej

Write a Comment

Your e-mail address will not be published.
Required fields are marked*