W oczekiwaniu na cud

fot.pexels.com

fot.pexels.com

Bożonarodzeniowy rozejm, często nazywany także bożonarodzeniowym cudem, wydarzył się w 1914 r. w czasie I wojny światowej w okolicach Ypres, kiedy to w Wigilię między oddziałami alianckimi i niemieckimi doszło do (nie)zwykłego ludzkiego pobratania. Najpierw żołnierze niemieccy udekorowali swoje okopy lampkami i ozdobami bożonarodzeniowymi. Potem rozpoczęło się wspólne śpiewanie kolęd i wykrzykiwanie życzeń. Obie strony zgodziły się na zebranie i pogrzebanie zabitych leżących na ziemi niczyjej. A później, przy akompaniamencie dudziarza, odśpiewano razem psalm 23. Uzgodniony wówczas rozejm do godziny 8.30 drugiego dnia świąt przeciągnął się nawet do Nowego Roku.

W tym roku jednak bożonarodzeniowy cud się nie wydarzy. Na choćby taką skalę jak pod Ypres. Nikt z nas nie ma już złudzeń co do tego, że światełko pokoju, łamanie opłatkiem, czy sam fakt trwania świąt wpływają na losy świata, zażegnują konflikty, pojednują opozycję z rządem, zawieszają broń,  godzą starych i nowych prezesów Trybunałów Konstytucyjnych, muzułmanów z chrześcijanami… Cud się nie wydarza. Zdezawuowaliśmy go sami.  I nic nie pomoże zaklinanie na wszelkie sposoby rzeczywistości.

Ciągle jest jednak miejsce na małe, prywatne objawienia. Te wokół świątecznego stołu. Że nie skoczymy sobie do gardeł o politykę. Że nie wyprowadzi nas z równowagi ciągle narzekający na Amerykę kuzyn, choć siedzi tu od lat i wcale nie wybiera się do kraju, ani własne dziecko, które odmawia rodzinnej kooperacji.

Zanim więc czepimy się polityków, prezydentów i kuzynów, ogarnijmy przestrzeń wokół siebie i w sobie. Gdzieś między prezentami, karpiem i świątecznym stresem dogrzebmy się do tego, co w nas ludzkie i co łączy, a nie dzieli.

A tych, którzy dziś decydują nad nami o nas, zostawmy ze świątecznym przesłaniem z poniższej opowiastki, powiedzmy, wigilijnej:

W starożytnym Rzymie senat za zasługi wojenne nagradzał zwycięskiego wodza triumfem, czyli uroczystym pochodem, w którym brali udział członkowie senatu i dostojnicy państwowi. By doszło do triumfu, musiało być spełnionych kilka warunków, w tym i ten, że wódz musiał być aktualnym lub byłym dyktatorem, konsulem lub pretorem…

Imperator jechał na specjalnym rydwanie, zaprzężonym w cztery białe konie, na głowie miał wieniec, na palcu żelazny pierścień. Zwycięzca trzymał w ręce berło i wawrzyn, jako znak zwycięstwa. Mądrość starożytnych była jednak wielka. W całym przepychu towarzyszącym tej ceremonii do tradycji należało, że na rydwanie za wodzem stał niewolnik, który trzymał nad jego głową złoty laur i cały czas mu powtarzał: „Hominem te memento” („Pamiętaj, że jesteś tylko człowiekiem”), by ten nie obraził bogów pychą.

Brakuje dziś tego głosu rozsądku, wiszącego nad politykami, by trzymać się już skojarzeń antycznych, jak miecz Damoklesa. Wielu z nich, zachowujących się jak starożytni imperatorzy, jest przekonana o swojej nieśmiertelności. A przecież wśród śmiertelnych nieśmiertelny nie ma na imię ani Władimir, Alexander, nawet nie Donald, ani Jarosław. Ma na imię Jezus i właśnie się rodzi. W stajence.

Małgorzata Błaszczuk

Categories: Od redaktor naczelnej

Write a Comment

Your e-mail address will not be published.
Required fields are marked*