Prezydencki poker

Prezydencki poker

Chińskie przysłowie, a jak niektórzy chcą – przekleństwo „Obyś żył w ciekawych czasach” w kończącym się roku nabiera jakiegoś złowrogiego realizmu. W zasadzie trudno nawet o klarowną gradację tego, czego bać się bardziej – Korei Północnej, Rosji, ekstremizmu muzułmańskiego (czytaj: terroryzmu), czy decyzji prezydenta ws. Jerozolimy.

Minione 12 miesięcy dawno nie miało tak mięsistego nasycenia, a do końca roku mamy jeszcze trzy tygodnie. I może tym trzeba tłumaczyć pośpiech w podejmowaniu decyzji w Białym Domu, gdzie jest zapewne parcie na wywiązanie się ze zobowiązań kampanijnych.

Prezydent ma nadzieję na przepchnięcie przez Kongres zapowiadanej na wiecach wyborczych reformy podatkowej, ale ponieważ nie ma stuprocentowej pewności, że to się do końca grudnia uda, w środę spełnił inną swoją obietnicę o uznaniu Jerozolimy za stolicę Izraela i przeniesieniu tam ambasady USA. Trudno się nie zgodzić, że w tym kontekście postanowienie o budowie muru na granicy z Meksykiem i antyimigracyjne rozporządzenie dotyczące zakazu wjazdu do USA osób z sześciu muzułmańskich krajów są niczym w porównaniu ze środową decyzją, która wydaje się na pierwszy rzut oka bezsensowną prowokacją.

Ale Donald Trump nie jest politycznym kamikadze. W związku z tym uznanie tego kroku za posunięcie kładące kres wszelkim bliskowschodnim negocjacjom pokojowym może wpisywać się w zaplanowaną strategię. Światowa wrzawa, która rozpętała się po opowiedzeniu się po jednej ze stron w kluczowej dla izraelsko-palestyńskiego konfliktu kwestii, wygląda na przemyślane działanie i zamierzony efekt. Można tylko podejrzewać, że niejeden spin doctor z prezydenckiego otoczenia nad tym pracował.

W świetle odpalenia tej tykającej od lat bomby media praktycznie w ogóle nie zajęły się informacją o głosowaniu nad impeachmentem, a dotychczasowy news numer jeden – przyznanie się Michaela Flynna do kłamstwa i podjęcie współpracy z komisją Muellera – uzyskał status dwójki.

Donald Trump w swojej nieprzewidywalności politycznej jest z pewnością osobą, która ciągle rozdaje karty. Co nie zmienia faktu, że komisja Muellera jednak nadal pracuje, a zeznania Flynna z pewnością zacisną obręcz wokół niejednego prominentnego gardła.

Wprawdzie głosowanie w Izbie Reprezentantów dotyczące wszczęcia impeachmentu przepadło z kretesem (368-58), ale udowodniło jednocześnie, że to, co było dotychczas przedmiotem kanapowych dyskusji, uzyskało formę głosowanej rezolucji. Najbardziej progresywni demokraci przepchnęli ją pod głosowanie mimo jasnego komunikatu od własnych liderów politycznych; Nancy Pelosi i Steny Hoyer napisali list do partyjnych kolegów, by wstrzymali się z forsowaniem impeachmentu, bowiem według nich – czas jeszcze nie nadszedł. Ale nie zniechęciło to kongresmana z Teksasu Ala Greena, który już wiosną wnioskował o wprowadzenie procedury odwołania prezydenta.

Green przedstawiając w Izbie rezolucję, argumentował, że jest ona ponadpartyjna, że jej istota dotyczy demokracji: „Niech każdy zagłosuje zgodnie ze swoim sumieniem, pamiętając, że historia nas osądzi”. Pamiętało 58 demokratów.

Przy republikańskiej większości w obu izbach parlamentu impeachment jest praktycznie niewykonalny, chyba że znajdzie się taki dowód, który wzruszy sumieniami kongresmanów i senatorów. Na razie jednak wszystko toczy się zgodnie z proceduralnym tempem, a specjalny prokurator Robert Mueller, gromadzi materiały. Właśnie przedstawił władzom Deutsche Banku formalny nakaz wydania dokumentów związanych z korzystaniem z usług tej instytucji przez osoby fizyczne i osoby prawne związane z Donaldem Trumpem. W środę te dokumenty dostał. To news, który także zszedł na dalszy plan. Ale nie sposób go zlekceważyć.

Wszystko wskazuje na to, że przed sylwestrem przed nami jeszcze niejeden spin.

Małgorzata Błaszczuk

Na zdjęciu: Panorama Jeruzalem fot.Atef Safadi/EPA-EFE/REX/Shutterstock

Categories: Od redaktor naczelnej

Write a Comment

Your e-mail address will not be published.
Required fields are marked*