Polacy, jesteśmy z wami

Polacy, jesteśmy z wami

Znam małżeństwo, które kilka lat temu konsularnie zrzekło się polskiego obywatelstwa. Decyzja była przemyślana: chcieli się odciąć od korzeni, zatrzeć związki i wtopić się w nową ojczyznę. Oddali polskie paszporty, uiścili opłaty. Pozamiatane. Od tego momentu byli prawdziwymi Amerykanami. Aż tu nagle dowiaduję się, że organizują w swoim przestrzennym domu wielkie towarzyskie spotkania, by wspólnie oglądać mecze polskiej reprezentacji. I tylko tej. Upewniłam się, czy nie chodzi o Copa America i mecze krajowej reprezentacji, ale o pomyłce nie mogło być mowy. Ot i tyle ich utrata obywatelstwa warta. Wyrzucone w błoto 800 dolarów. Emocje nie poddają się konwersji. Możemy zapomnieć mówić po polski już w drugim tygodniu pobytu w Ameryce, rozmawiać z dziećmi po angielsku w domu, co drugie słowo wtrącać you know, ale jak grają nasi, wyciągamy z szuflady szalik z napisem „Polska” i zasiadamy przed telewizorami.

Prosty test: ilu z nas obeszła sromotna przegrana piłkarzy USA z Argentyną (0:4)? A ilu z nas ucałowałoby Błaszczykowskiego i Fabiańskiego? Taka to i nasza amerykanizacja. Sportowe emocje, przepraszam, piłkarskie emocje na poziomie Euro, udowadniają, że genomu pochodzenia nie da się ani zrzec, ani oszukać. Emocje, czy jak chce psychologia, afekty mają to do siebie, że są autentyczne i archetypiczne.

Jako córka piłkarza Lublinianki wychowywałam się na boisku, później na trybunach, a jeszcze później z tatą przed telewizorem. Oczywiście według mojego ojca nikt nie grał dobrze, każdy partaczył, a co drugi nie wiedział, co robi na boisku. Ale pamiętam od zawsze, że nawet kiedy nie bardzo wiedziałam kto gra, zawsze czekałam na bramkę, obojętnie której drużyny, bowiem sposób, w jaki piłkarze i trybuny wyrażały radość, zawsze był najciekawszą częścią każdego meczu. A ryku, który rozległ się we wszystkich domach w Polsce, nie wyłączając rodzinnego i najbliższych sąsiadów, po bramce na Wembley w 1973 roku zapomnieć się nie da. To był ryk kultowy i historyczny.

Kiedy dziś przyglądam się internetowym fotograficznym relacjom i tym ze strefy kibica, i z prywatnych domów, siostrom zakonnym z szalikami, półnagim kibickom na trybunach we Francji z wymalowaną tu i tam biało-czerwoną, to serce mi rośnie. Bo to ten moment, kiedy nie dzielimy się na lepszych i gorszych Polaków, nie licytujemy się na wskaźnik patriotyzmu, nie obchodzi nas ani polityka, ani geopolityka, ani globalne ocieplenie, ani walka z IS. Na 90 minut zamieniamy się w czyste emocje i nie ma nic piękniejszego.

Oczywiście w 91 minucie otrząsamy się z tej chwili słabości i wracamy do hejtowania w sieci, złorzeczenia KOD-owcom i sportowcom.

Nie wiem, czy nasi wyjdą poza ćwierćfinały, ale przed nami jeszcze kilka momentów wspólnotowych, poczucia że jesteśmy jedną drużyną bez względu na to, jaki mamy paszport i poglądy.

A później się zobaczy. Jak spartaczą, wiadomo – wina Tuska, jak wygrają…  (wstawcie Państwo według upodobań).

Małgorzata Błaszczuk

fot.Bartłomiej Zborowski/EPA

Categories: Od redaktor naczelnej

Write a Comment

Your e-mail address will not be published.
Required fields are marked*