Niedźwiedzia przysługa

Niedźwiedzia przysługa

Jeszcze kilka dni temu nikt poza gronem współpracowników kurii rzymskiej nie znał nazwiska księdza Krzysztofa Charamsy. I zapewne za kilka dni nikt tego nazwiska pamiętać nie będzie. Ale na razie polski ksiądz, drugi sekretarz międzynarodowej komisji teologicznej przy Kongregacji Nauki Wiary, ma swoje pięć minut.

„Coming out”, w którym ksiądz oświadczył urbi et orbi, że jest zakochanym gejem, wyglądał na cynicznie przemyślany plan. Najpierw wywiad dla „Tygodnika Powszechnego”, gdzie pada krytyka wypowiedzi ks. prof. Dariusza Oko. Środowisko wstrzymuje oddech, bo artykuł staje się trafnym głosem w dyskusji, która się nawet na dobre nie rozpoczyna. Dezawuuje ją sam autor, udzielając kilka dni później wywiadów polskim mediom, w których oświadcza, że kocha. Problem w tym, że nosi koloratkę, dodatkowy problem, że kocha drugiego mężczyznę.

Duchowny sam zgłasza się do kolejnych redakcji, chcąc podzielić się „dobrą nowiną”, że „kiedy zakochałem się w mężczyźnie, poczułem, że jestem coraz lepszym księdzem. Że mówię coraz lepsze kazania, że coraz lepiej potrafię pomagać drugiemu człowiekowi, że jestem coraz szczęśliwszy”. W prasie pojawiają się tytuły o przełomie w życiu Kościoła, o spektakularnym wystąpieniu duchownego, który na dzień przed rozpoczynającym się w Rzymie synodzie o rodzinie zapowiada opublikowanie „nowego manifestu wyzwolenia” z 10 żądaniami związanymi ze stanowiskiem Kościoła wobec mniejszości seksualnych i ich praw.

Te szumne zapowiedzi, które mają rzekomo być „historycznymi”, biorą w łeb już następnego dnia w czasie konferencji prasowej w rzymskiej restauracji, gdzie ks. Krzysztof pojawia się ze swoim narzeczonym Eduardo. Najpierw ksiądz Krzysztof odczytuje dziesięciopunktowy manifest, w którym rzeczywiście głównie żąda. Między innymi „aby Kościół katolicki wyzbył się działań, mentalności i języka homofobii”. Następnie mizia się z partnerem przed kamerami. Efekt zamienia się na efekciarstwo. A dyskurs o homofobii w Kościele sprowadza do czystej seksualności. I właściwie na tym koniec. W poniedziałek ks. Krzysztof z partnerem odlatują do Barcelony. I zapewne tyle o polskim duchownym usłyszymy.

Pozostał niesmak, poczucie perfidnego, wyrachowanego wykorzystania zarówno Kościoła, jak i wiernych, w tym także i tych ze środowiska LGBT. Jako ksiądz, Charamsa doskonale wiedział, że przynajmniej od czasu Soboru Laterańskiego IV z 1215 r. Kościół ma bardziej kameralny coming out i nazywa się on spowiedzią. Ale nie o to mu chodziło.

Samokreacja pomieszana z megalomanią i narcyzmem, nawet jeśli miała służyć wypromowaniu zapowiedzianej książki autorstwa ks. Krzysztofa, może się okazać niewypałem marketingowym. Bowiem kilkudniowy celebryta, pierwszy duchowny, prominentny pracownik rzymskiej kurii, który jawnie przyznał się do bycia osobą homoseksualną – jest już historią.

Kościół natomiast trwa i jest w nim ciągle nadzieja dla księdza Charamsy. Papież Franciszek w dniu inauguracji synodu biskupów na temat rodziny powiedział, że Kościół jest jak „szpital polowy”. Jest wobec tego i dla księdza Krzysztofa w nim miejsce na oddziale specjalistycznym.

Małgorzata Błaszczuk

Na zdjęciu: Ksiądz Krzysztof Charamsa z partnerem fot. Luciano Del Castillo/EPA

Categories: Od redaktor naczelnej

Write a Comment

Your e-mail address will not be published.
Required fields are marked*