Moda na Polonię

fot.Ewa Malcher

fot.Ewa Malcher

Zacznijmy urzędowo i formalnie: „USTAWA z dnia 20 marca 2002 r. o ustanowieniu 2 maja Dniem Polonii i Polaków za Granicą. Uznając wielowiekowy dorobek i wkład Polonii i Polaków za granicą w odzyskanie przez Polskę niepodległości, wierność i przywiązanie do polskości oraz pomoc Krajowi w najtrudniejszych momentach, w celu potwierdzenia więzi z Macierzą i jedności wszystkich Polaków, tak mieszkających w Kraju, jak i żyjących poza nim, uchwala się, co następuje: Art. 1. Dzień 2 maja ustanawia się Dniem Polonii i Polaków za Granicą”.

Tyle ustawa, w której każde słowo – jeśli dokładnie przeczytane – waży. Polonii nie mogło przydarzyć się nic lepszego. W końcu ją dostrzeżono, w końcu przestała być sierotką Marysią i niedorozwiniętym bratem. Polonia, przynajmniej ta amerykańska, choć dopieszczona w 2002 r. ustawą, ciągle miała jeden problem. Święto ustanowił bowiem rząd SLD z premierem Leszkiem Millerem i prezydentem Aleksandrem Kwaśniewskim.

Dlatego, kiedy 10 lutego 2006 r. pojawił się w Chicago kolejny prezydent, Lech Kaczyński, w restauracji Biały Orzeł z 1500 piersi wyrwało się szczere, gromkie „Witamy” i „Sto lat”. Tysiąc pięćset osób, tyle zmieściło się w połączonych salach kompleksu bankietowego. Przynajmniej drugie tyle odeszło z kwitkiem, ale za to pojawiło się w bazylice św. Jacka, gdzie na mszy za ojczyznę prezydenta Kaczyńskiego długo witały brawa. A kiedy odlatywał z Wietrznego Miasta po krótkiej, ale intensywnej wizycie, na płycie lotniska O’Hare żegnała go kapela góralska, która tuż przy stopniach prezydenckiego samolotu w lutowej kurzawie przygrywała swojemu prezydentowi, kiedy ten wchodził na pokład.

Obsługiwałam medialnie tę wizytę, której towarzyszyły wielkie emocje i ogromne zainteresowanie mediów nie tylko amerykańskich, ale przede wszystkim polskich. Koledzy z kraju patrzyli na tę rozentuzjazmowaną Polonię z pewnym pobłażaniem. Tymczasem Lech Kaczyński nie zwiódł. Pokazał klasę nie tylko ludzką. Podbił serca wytęsknionych „ich” prezydenta Polaków z Chicago.

Pewnie dużą nadinterpretacją byłoby postawienie tezy, że od tej wizyty w Chicago zaczęły się złote lata dla Polonii w ogóle. Ale z pewnością nie będzie nadużyciem stwierdzenie, że zaczęła się dobra passa dla mieszkających poza granicami kraju Polaków. A to niebagatelna liczba 20 milionów. Kaczyński, w przeciwieństwie do swoich poprzedników, zdawał się rozumieć, że ta siła, jeśli dobrze wykorzystana i dopieszczona, może zostać przekuta na polityczny interes.

Dlaczego o tym wszystkim piszę? Od kilku lat towarzyszy mi poczucie, że rzeczywiście, jak nigdy przez ostatnie 25 lat, jesteśmy w kraju nad Wisłą dowartościowani, że w końcu nie jesteśmy Polakami innej kategorii, a mówiąc o Polonii amerykańskiej, nikt już nie przymruża oka. Ta zmiana nastawienia przekłada się na wymierne konkrety: podpisanie ustawy o ratyfikacji polsko-amerykańskiej konwencji ws. unikania podwójnego opodatkowania, dofinansowywanie polonijnej oświaty, regularne przeznaczanie środków na różne polonijne projekty (Senat w roku 2017 r. przeznaczy 75 milionów złotych na pomoc Polonii).

Z kraju płyną także zapewnienia, że „nic o Polonii bez Polonii”. To miód na nasze serca. Ta moda na Polonię naprawdę może się podobać.

Warto jednak pamiętać, że propolonijna polityka jest niczym innym, jak kupowaniem sobie lojalności. A polityczne rozgrzanie Polaków spod każdej szerokości geograficznej na temat kraju, w którym nie mieszkają – to kapitał, który aż czeka na zagospodarowanie.

A swoją drogą, przyjemnie jest być w modzie.

Małgorzata Błaszczuk

Categories: Od redaktor naczelnej

Write a Comment

Your e-mail address will not be published.
Required fields are marked*