M jak mażor

M jak mażor

Plan był mistrzowski. Wejście do Pałacu Prezydenckiego za sprawą ślubu z córką prezydenta i wejście w łaski głowy państwa – było tego planu najłatwiejszą częścią, ale uzyskanie prawa łaski dla kolegi oszusta w ciągu zaledwie kilku miesięcy – potwierdziło, że Marcin Dubieniecki jest w stanie w tym kraju załatwić wszystko. Młody adwokat z Kwidzyna w 2009 roku mógł mieć poczucie, że jest ustawiony do końca życia.

A w życie elit wszedł od razu z butną pewnością siebie, udowadniając, że on, syn funkcjonariusza peerelowskich służb, ma sukces w kieszeni, będąc zięciem prawicowego prezydenta i ojcem jego dwóch wnuczek. Interesy, które prowadził jeszcze zanim dostał się do pałacu, robił w iście wschodnim stylu. Dubieniecki rejestrował najróżniejsze spółki, bywał ich prezesem, zasiadał w ich radzie nadzorczej, a później odsprzedawał swoje udziały i zakładał kolejne. Partnerami tej bardzo aktywnej działalności gospodarczej byli ludzie ze światka przestępczego, w tym Tomasz M. pseudonim „Matucha”.

Przypieczętowana małżeństwem z Martą Kaczyńską symbioza także z jej ojcem nadała słowie rodzina głębszego znaczenia. Marcin Dubieniecki z cynizmem wykorzystuje płynące z tego korzyści. W 2009 roku w zaledwie kilka miesięcy doprowadza do ułaskawienia swojego kumpla z Pomorza, z którym wcześniej założył kolejną spółkę, biznesmena Adama S. Oskarżony przyznaje się do wyłudzenia 120 tys. zł z Państwowego Funduszu Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych. 5 lutego 2009 r. do Kancelarii Prezydenta wpływa wniosek o jego ułaskawienie, a już 9 czerwca 2009 r. Adam S. zostaje ułaskawiony przez prezydenta; okres zawieszenia zostaje skrócony do roku, a samo skazanie – zatarte. Wkrótce potem w tajemniczych okolicznościach z Kancelarii Prezydenta ginie ostateczny wniosek o zastosowanie prawa łaski wobec Adama S., który według jej pracowników miał zostać zatwierdzony przez Andrzeja Dudę.

Udana szarża ze sprawą Adama S. ośmiela 30-letniego wówczas prawnika do oferowania swoich usług w zakresie pozyskiwania ułaskawień. Cena sięga 26 tys. złotych. Zyskujący sławę króla życia młody adwokat wydaje się jednak szukać adrenaliny nie w zarabianiu pieniędzy, ale w robieniu coraz bardziej ryzykownych interesów chroniony urzędem teścia. Plany krzyżuje mu katastrofa smoleńska.

Dubieniecki i na tej tragedii próbuje ugrać swoje. W niecały miesiąc po wypadku prezydenckiego tupolewa w mediach pojawiają się informacje, że będzie chciał wejść do polityki… z list PiS-u. Mimo butnych wypowiedzi dotyczących bliższej i dalszej przyszłości w partii, nawet na najwyższych jej stanowiskach, złośliwego listu do posłanki Jolanty Szczypińskiej, koleżanki Jarosława Kaczyńskiego, kreowania atmosfery rozdawania kart w PiS-ie – nic się nie wydarza. Tylko dlatego, że Dubienecki nie docenił przeciwnika. Stryj Marty Kaczyńskiej, który jedyny w rodzinie od początku wydawał się widzieć cynizm, wyrachowanie i bezczelność młodego adwokata, nie pozwolił mu rozwinąć skrzydeł.

Marcinowi nie pozostało nic innego, jak iść w dobrze wypróbowany już przez kolegę biznes wyłudzeń z Państwowego Funduszu Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych. Zrobił to jednak w swoim stylu. Nie jakieś tam marne 120 tys. zł. Jak kraść, to na wielką skalę, czyli 13 milionów. Na tym etapie przestała go także interesować własna żona, na której koneksjach już nic nie był w stanie zyskać.

Wątków prawdziwie ułańskiego działania 35-letniego Dubieneckiego jest sporo i niestety wszystkie prowadzące do jednoznacznych skojarzeń ze światem przestępczym. Na Ukrainie takich jak on nazywają „mażorami”, od angielskiego słowa major (duży, ważny). To złota młodzież nowych czasów. Pozostaje mieć nadzieję, że granica Unii Europejskiej sprawi, że w Polsce tacy jak Marcin nie wyjdą z kryminału. Przynajmniej przez 10 lat.

Małgorzata Błaszczuk

Na zdjęciu: Marcin Dubieniecki i Marta Kaczyńska fot.Radek Pietruszka/EPA

Categories: Od redaktor naczelnej

Write a Comment

Your e-mail address will not be published.
Required fields are marked*