Głosowanie: deser à la carte

Głosowanie: deser à la carte

„Jeśli ktokolwiek kiedyś powie, że pojedynczy głos się nie liczy, przyślijcie go do mnie. Ja mu wyjaśnię” Al Gore

Według Arystotelesa człowiek jest z natury zwierzęciem politycznym, więc jego udział w wyborach, szczególnie z perspektywy starej amerykańskiej demokracji, wydaje się niemal aksjomatem. Amerykanie podchodzą do wizyty w lokalach wyborczych jak do śmiertelnie poważnej sprawy. To nie igrzyska, to czynność obywatelska, która ma w tym kraju swoją rangę i powagę. Bo oto głosuję, więc jestem, głosuję, więc wpływam, głosuję, więc uczestniczę, w końcu – głosuję, więc uznaję wybór, nawet jeśli nie będzie on moim wyborem.

Głosowanie jest jak elegancka forma hazardu – stawiania na konie bez konieczności wkładania kapelusza. Daje tę samą adrenalinę i emocje. Ale oprócz tego ma coś znacznie głębszego, bardziej plemiennego. Poczucie wspólnoty. Oto uczestniczymy w procedurze obywatelskiej bez braku gwarancji, że dobrze postawiliśmy, uczestniczymy w procesie, w którego praworządność wierzymy i który akceptujemy, nawet jeśli większość wybrała inaczej. Stawiamy krzyżyk, rozumiejąc, że ten krzyż(yk), jakkolwiek się on przekłada na wynik, nieść jako obywatele musimy przez kolejne cztery lata.

Tegoroczne prawybory i wybory mają szczególną właściwość. W prezydenckim happeningu wyborczym wielu decyduje się wziąć udział, by zagłosować przeciwko komuś, a nie za kimś. I nawet jeśli nie ma faworyta, to jednak nie wzrusza ramionami. Nie wydyma warg wiedząc, że tym razem wiedza, doświadczenie, kompetencje nie wydają się mieć większego znaczenia. Jednak głosując na tych, którzy będą głosować (to specyfika amerykańskiej skomplikowanej procedury wyborczej) wierzymy, że ważne i uczciwe jest „kto głosuje, a nie to kto liczy głosy”.

Biorę udział w wyborach od kiedy nabyłam do tego prawo. I traktuję to jako rodzaj powinności wobec państwa, co do którego mam różne oczekiwania, wychodząc z założenia, że to jedna z niewielu możliwości mojego wpływu na rzeczywistość dalszą niż towarzyska. Uważam też, że państwo może mieć oczekiwania wobec mnie (poza płaceniem podatków) i jednym z nich jest właśnie dobrowolne, świadome pojawienie się w lokalu wyborczym.

Udział w głosowaniu z pozycji naturalizowanego obywatela ma zapewne inny smak niż dla tych, którzy swój obywatelski przywilej traktują apriorycznie. Dla mnie to przyjemność deseru à la carte, w dosłownym i przenośnym tego słowa znaczeniu.

Małgorzata Błaszczuk

fot.Tannen Maury/EPA

Categories: Od redaktor naczelnej

Write a Comment

Your e-mail address will not be published.
Required fields are marked*