Wolność w sieci? Możemy ją stracić

fot.FirmBee/pixabay.com

fot.FirmBee/pixabay.com

 

Relacja między rządową cenzurą a internetem to zawsze gra w kotka i myszkę. I choć w ostatnim czasie cenzura staje się coraz bardziej agresywna, to myszki jeszcze starają się wykręcać, jak mogą.

W tym roku wyzwania stawiane Dolinie Krzemowej rosną jeszcze bardziej, szczególnie gdy Rosja i Turcja zapowiadają, że zaostrzą kontrolę nad zagranicznymi firmami internetowymi. Postawione pod ścianą największe firmy amerykańskie w rodzaju Facebooka, Twittera czy Google’a znalazły się w trudnej sytuacji, gdy zostały zmuszone do ustalenia, jakich przepisów i nakazów w różnych krajach świata przestrzegać, a jakie ignorować czy podważać ich zasadność.

Nieporadna cenzura

Niedawno prezydent Rosji Władimir Putin podpisał najnowszą wersję przepisów o danych osobowych. Przepisy te zobowiązują firmy internetowe do gromadzenia danych o rosyjskich użytkownikach tylko na komputerach w tym kraju, by rząd miał do nich ułatwiony dostęp. Przypuszczalnie niewiele firm zamierza zaakceptować nowe rygory, które będą obowiązywać od 1 września, co nieuchronnie doprowadzi do konfrontacji.

Nieporadność cenzury była szczególnie widoczna pod koniec ubiegłego roku, gdy rosyjscy kontrolerzy internetu zażądali od Facebooka usunięcia portalu promującego antyrządową manifestację. Gdy Facebook ostatecznie zablokował dostęp do portalu dla ok. 10 mln użytkowników, natychmiast pokazały się podobne strony, a informacje o manifestacji i tak rozchodziły się z szybkością błyskawicy w innych mediach społecznościowych, jak np. Twitter. Krok ten przysporzył nawet więcej rozgłosu zapowiedzianej manifestacji, której uczestnicy mieli protestować przeciw skazaniu na karę pozbawienia wolności Aleksieja Nawalnego, jednego z przywódców rosyjskiej opozycji.

Nawet Rosjanie korzystający z internetu uznają za absurd stosowanie rządowej cenzury w sytuacji, kiedy kilkoma kliknięciami można dany artykuł czy film umieścić gdzie indziej. Rosyjski bloger Anton Nosik, którego strony w przeszłości blokowała cenzura, na łamach „New York Times’a” przyznaje, że użytkownik chce tym bardziej zobaczyć daną stronę, im bardziej utrudnia się do niej dostęp. Zapewnia, że „cała ta rządowa blokada nigdy nie miała najmniejszego sensu”.

Wobec tego rząd w Moskwie zmienił taktykę. Bez ostrzeżenia o kilka dniu przesunął termin ogłoszenia wyroku skazującego opozycjonistę, co zapobiegło masowym protestom.

Bezsilna Turcja

Tymczasem rząd Turcji czekała podobna porcja wstydu, gdy Ankara próbowała powstrzymać wyciek tajnych rządowych dokumentów i nagrań wideo na Twitterze. Administracja Recepa Tayyipa Erdogana, ówczesnego premiera, a obecnie prezydenta, nakazała zamknięcie Twittera dla użytkowników w całej Turcji, gdy serwis ten odmówił usunięcia wpisów sugerujących udział członków rządu w aferze korupcyjnej.

Turecki rząd nie tylko przegrał w sądzie spór z serwisem społecznościowym, ale w czasie blokady przyczynił się do tego, że tysiące tureckich użytkowników przekazywało sobie w internecie techniczną wiedzę, jak omijać tego typu trudności, a nawet otwarcie malowało takie instrukcje m.in. na budynkach rządowych.

– Wszyscy staliśmy się wówczas hakerami. Wszyscy przeszliśmy po prostu na Twittera – mówi dziennikowi „New York Times’a” Asli Tunc, wykładowca telekomunikacji na Istanbul Bilgi University.

Mimo tych zdecydowanych zwycięstw odniesionych przez użytkowników rządy na całym świecie dwoją się i troją, by zaostrzyć kontrolę nad internetem, co tylko prowadzi do rozszerzenia zasięgu konfrontacji.

Trendy są jednoznaczne i zmierzają tylko w jedną stronę. Otrzymujemy coraz więcej i więcej żądań o usuwanie informacji – twierdzi cytowany przez nowojorski dziennik Colin Crowell, wicedyrektor Twittera ds. polityki globalnej.

Na czele listy rządów domagających się ingerencji w treści na Facebooku znajduje się Pakistan, który w ciągu sześciu miesięcy 2014 r. bombardował ten serwis społecznościowy co najmniej 1800 razy, domagając się usunięcia niewygodnych informacji. Przez długi okres był zablokowany w tym kraju oferowany przez Google serwis wideo YouTube. Pakistański rząd mógł nawet cieszyć się pewnym sukcesem, gdy Twitter zablokował dostęp do „obraźliwych” lub „nieetycznych” tweetów. Trwało do jednak tylko do czasu, gdy prawnicy serwisu przyjrzeli się bliżej pakistańskiemu prawu i doszli do przekonania, że stawiane żądania nie są w żadnym wypadku zgodne z obowiązującymi przepisami.

Tymczasem nie tylko autokratyczne rządy domagają się ograniczenia wolności słowa. W ubiegłym roku sąd w jednym z krajów Unii Europejskiej ustanowił „prawo do zapomnienia” zezwalające użytkownikom, w tym także w Polsce, domagania się od wyszukiwarek internetowych typu Google usunięcia negatywnych wpisów na ich temat. Teraz dają się słyszeć żądania, by Google zlikwidował linki na nieeuropejskich wersjach swojej wyszukiwarki, ponieważ każdy europejski użytkownik może skorzystać z alternatywnych wyszukiwarek.

fot.pixabay.com

fot.pixabay.com

Facebook poddaje się cenzurze

Działacze na rzecz wolności słowa uznają Facebook z największą na świecie liczbą użytkowników (1,35 mld) za serwis społecznościowy najbardziej skłonny do współpracy ze stroną rządową i zdolny zrobić wszystko, czego od niego oczekują, by uniknąć niepotrzebnych blokad.

Gdy przed rokiem w Turcji Twitter był zablokowany, a YouTube nieczynny, Facebook usunął kwestionowane treści, ale wciąż prowadził operacje dzięki zespołowi prawników, którzy dokonali dokładnego przeglądu cenzorskich wniosków składanych przez rząd Turcji, jednocześnie wysuwając zalecenia dla zarządu serwisu, czy dostęp do danych treści powinien zostać rzeczywiście zablokowany.

Rzecznik Facebooka, na którego powołuje się „New York Times” zapewnia, że Facebook odgrywa ważną rolę dla tych, którzy z niego korzystają, dlatego należy zrobić wszystko, by serwis nie przerywał swojej działalności. Twierdzi, że firma agresywnie walczy z wysuwanymi przez rządy niezgodnymi z prawem lub zbyt szeroko zakrojonymi wnioskami o zastosowanie cenzury.

Twitter – z którego usług każdego miesiąca korzysta 284 mln użytkowników i który przedstawia siebie jako światowe forum dyskusyjne i globalny zwolennik wolności słowa – usiłuje z jednej strony przestrzegać cenzorskich paragrafów, a z drugiej strony propaguje strategię obchodzenia ich, w rodzaju zmiany lokalizacji na profilu użytkownika.

Największy gracz na rynku – Google, którego serwis YouTube wydaje się wywoływać najgłośniejsze głosy oburzenia ze strony rządów, został zmuszony do podjęcia walki na wielu frontach. Wciąż uznawany jest za bohatera po decyzji z 2010 r. – o całkowitym opuszczeniu Chin, nie godząc się na cenzorskie działania rządu w Pekinie.

Serwis tak wtedy wyjaśniał swoją filozofię: „Jesteśmy przychylnie nastawieni do ludzi i ich prawa do wolności słowa. Jesteśmy przekonani, że więcej informacji poszerza nasz wybór, daje więcej wolności i ostatecznie osobie indywidualnej daje więcej siły”.

Rosja punktem zapalnym

Choć Chiny są cierniem w oku większości firm internetowych na Zachodzie (Facebook i Twitter praktycznie w tym kraju nie działają), w wojnach cenzorskich najnowszym punktem zapalnym stała się Rosja.

Przed paroma miesiącami władze w Moskwie wysunęły żądania, by każdy portal, który każdego dnia ma przynajmniej 3 tys. odwiedzających, przestrzegał reguł obowiązujących media i stosował się do ograniczeń treści. Jak dotąd Twitter i Facebook informują swoich użytkowników o nowych regułach, nie sprawdzając, czy ktoś się nimi przejmuje. Również jak dotąd rząd Rosji nie wywierał nacisków na ich przestrzeganie.

Tymczasem wchodzące w życie 1 września przepisy postawią rząd w uprzywilejowanej sytuacji w starciu z firmami, gdy władze będą mogły dokonywać legalnych rewizji w firmie czy aresztować miejscowych pracowników.

Jak dotąd niewiele zachodnich przedsiębiorstw wysokich technologii posiada centra gromadzenia danych w Rosji i nie zamierza takowych zakładać. – Nasze wszystkie ośrodki gromadzenia danych znajdują się w Stanach Zjednoczonych i jest mało prawdopodobne, by pierwsze takie centrum poza terytorium USA powstało właśnie w Rosji – zapewnia Crowell.

Google będący drugą najbardziej popularną wyszukiwarką w Rosji (na pierwszym miejscu jest lokalny Yandex) poszedł jeszcze dalej, ogłaszając niedawno zamknięcie swoich biur projektowych w Rosji. Przyznaje, że choć dokonuje konsolidacji tych biur na skalę globalną, to jednak wpływ na decyzję o zamknięciu ma groźba rewizji ze strony rosyjskich władz.

Z kolei rzecznik Google’a odmawia szerszego komentarza na temat strategii firmy w Rosji. Oświadcza jedynie, że „Google jest głęboko zaangażowany na rzecz swoich rosyjskich użytkowników, posiadając w tym kraju oddany zespół inżynierów”.

Więcej pola do manewru ma Twitter i Facebook. Ze znacznie mniejszą liczbą użytkowników w Rosji i praktycznie pozbawione reklam mogą sprzeciwiać się rządowym restrykcjom bez większych konsekwencji.

fot.123RF Stock Photos

fot.123RF Stock Photos

Zachęta do dialogu

Robert Shlegel, członek rosyjskiego parlamentu aktywnie działający przy kształtowaniu polityki Kremla wobec internetu, twierdzi, że rosyjskie regulacje są w pierwszym rzędzie odpowiedzią na rewelacje byłego kontrahenta amerykańskiego wywiadu Edwarda J. Snowdena o praktykach szpiegowskich rządu w Waszyngtonie realizowanych przy pomocy firm z Doliny Krzemowej. – Ten problem stworzyły same Stany Zjednoczone – zarzuca Shlegel. Snowden mieszka obecnie w Rosji, gdzie otrzymał prawo stałego pobytu, podczas gdy rząd USA usiłuje postawić go przed sądem za wyciek tajnych informacji.

Shlegel zapewnia, że do najważniejszych priorytetów Rosji należy przekonanie innych krajów do idei utworzenia wspólnych międzynarodowych przepisów regulujących media społecznościowe, by można było jednoznacznie ustalić, w jakiej sytuacji kraj może zablokować portale internetowe, które nie przestrzegają prawa danego kraju.

Rosyjski polityk utrzymuje, że rosyjskie władze w żadnym razie nie zamierzają wprowadzać blokady dla amerykańskich firm internetowym, które odmawiają przestrzegania regulacji o ośrodkach gromadzenia danych. – Jedyne, czego chcemy, to dialog – zapewnia Shlegel.

Bloger Nosik cytowany przez nowojorską gazetę twierdzi, że jest mało prawdopodobne, by Roskomnadzor, agencja nadzorująca internet, zabroniła działalności amerykańskim firmom typu Facebook. Taki krok wywołałby sprzeciw milionów Rosjan, którzy natychmiast winą obarczyliby Kreml za brak dostępu do gromadzonych przez lata w sieci fotografii, listów i innych cennych pamiątek rodzinnych. Ostrzega jednocześnie, że tylko Putin może odciąć dostęp do internetu swoim obywatelom. Może to uczynić w jednej chwili i żadne prawo nie będzie do tego potrzebne.

– Rynek amerykański jest jeszcze pod tym względem bezpieczny. Wciąż można krytykować Rosję czy Amerykę bez groźby, że jakieś strony zostaną zamknięte, a ich użytkownicy aresztowani. Dotychczasowa praktyka wskazuje, że zamykanie portali czy ich blokada nie może w Stanach Zjednoczonych odbyć się w wyniku jednostronnej decyzji prezydenta czy innej ważnej osoby. Przypuszczam, że tak będzie też w przyszłości – mówi naszej gazecie Zbigniew Czeladnik, programista komputerowy z San Francisco.

(Na podst. NYT, HP – ak)

Write a Comment

Your e-mail address will not be published.
Required fields are marked*