Viva Julek i Las Vegas. Odcinek 6

Viva Julek i Las Vegas. Odcinek 6

maluch

25-letni Kamil Knapczyk, podróżnik z powołania, a inżynier górnictwa z zawodu, na pomysł przejechania Stanów Zjednoczonych maluchem wpadł pod ziemią – podczas pracy w KWK Ziemowit w Lędzinach. Za 1200 zł kupił samochód. Maluch Julek dopłynął do Nowego Jorku 20 maja. Kamil i jego dziewczyna Natalia Dudziak ruszyli w podróż życia. Nasza gazeta objęła patronat medialny nad podróżą. Maluch jedzie więc przez Amerykę z logotypem „Dziennika Związkowego”. Oto kolejna relacja bohaterów z podróży…

Jeśli pamiętacie, w ostatnim odcinku rozstawałem się z Wami, kiedy Julek stał u mechanika, a ja czekałem na przesyłkę z częścią z Chicago. Postawiłem ostatnią kropkę w poprzedniej relacji i zacząłem się zastanawiać, dlaczego nie ma jeszcze tej przesyłki? Jak się okazało, kurier zostawił ją pod drzwiami. Więc szybki telefon do mechanika i zabraliśmy się do pracy. Tym razem przyjechał pomocnik mechanika, więc naprawa wyglądała bardzo śmiesznie. Wygooglowaliśmy sobie instrukcję, jak wymienić simmering, i postępowaliśmy zgodnie ze wskazówkami z internetu. O dziwo, nie minęło sporo czasu, a maluch był gotowy!

Nazajutrz wyruszyliśmy w drogę. Kierunek to Las Vegas. Najpierw jednak chcieliśmy zrobić zdjęcia Julianowi z napisem Hollywood, odwiedzić Venice i Santa Monicę. Wspięliśmy się ponad dzielnicę Hollywood, by zrobić to zdjęcie. Jak się okazało, to polecane w internecie miejsce znalazło też kilku Polaków i w mgnieniu oka dookoła Juliana było sporo naszych rodaków. Jedni nie mogli uwierzyć, drudzy mówili, że widzieli nas już na Florydzie. Jedna pani tłumaczyła dzieciakom, co to za samochód, i opowiadała swoje historie związane z maluchem. Nasza objazdówka po okolicach LA i spacer po Venice zajęły nam cały dzień i w Santa Monica spacerowaliśmy już po zmroku.

Po całym dniu pełnym niepewności, jak po tej poważnej operacji będzie sprawował się Julian, na deser dostaliśmy całonocną podróż do Vegas. Po drodze dwie spore górki, jednak teraz było więcej miejsca na postój, więc obyło się już bez przegrzania. A gnaliśmy, bo już nie mamy czasu na dodatkowe postoje. W Vegas czekała na nas Ania, która już dawno temu nas do siebie zaprosiła.

Po przyjeździe poszliśmy spać, przecież to Vegas i trzeba mieć siły na wieczór. Las Vegas zawsze wydawało mi się trochę tandetne. Jednak zmieniłem zdanie, taki jest urok tego miasta. Wszystko robi ogromne wrażenie. Neony, wszędobylskie maszyny do gry; tak dużo dzieje się dookoła, że nie wiadomo, na czym się skupić i na co zwrócić uwagę. Wieczorem pojechaliśmy do centrum, bo Ania bardzo chciała nam pokazać inne Vegas. Zrobiło to na mnie również ogromne wrażenie. Tyle knajpek, restauracji i również morze ludzi. Jestem pewny, że jeszcze tu wrócę.

Następnego dnia mieliśmy jechać dalej, jednak był 4 lipca i Ania ze swoim chłopakiem Byronem zaprosili nas na imprezę na dachu domu u ich przyjaciela. Mieliśmy chyba najlepsze miejsce w całym Vegas do oglądania fajerwerków. Na początku żałowałem dnia, jednak ten widok był wart wszystkiego i pozostanie w naszej pamięci na długo.

Dzień później wyruszyliśmy w rundę wokół Wielkiego Kanionu. Rozpoczęliśmy od tamy Hoovera. Robi spore wrażenie. Z tej wizyty chyba najbardziej zapamiętam, jak tam wiało. Natalia śmiała się, że chyba pierwszy raz odkąd jedziemy, ściągnąłem czapkę.

W mgnieniu oka dookoła Juliana było sporo naszych rodaków. Jedni nie mogli uwierzyć, drudzy mówili, że widzieli nas już na Florydzie

Po tamie przyszedł czas na przejazd odcinkiem drogi 66 i chyba pierwsze rozczarowanie. Chociaż sam nie wiem, czego oczekiwałem, bo to po prostu droga.

W następne miejsce dojechaliśmy późno w nocy i nie byliśmy pewni, czy dobrze trafiliśmy. Rano wyruszyliśmy na 8-milowy szlak do indiańskiej wioski Supai, gdzie znajdują się piękne wodospady. W wiosce okazało się, że Indianie bardzo cenią sobie możliwość oglądania i korzystania z ich wodospadów, więc policzyli nam 44 dol. od osoby i wręczyli mapkę, z której wynikało, że jeszcze kilka mil przed nami. Same wodospady i przyroda, które nam towarzyszyły cały dzień, były wspaniałe, a widoki niezapomniane. 34 kilometry w nogach, więc dla odprężenia wsiadamy w auto i kierujemy się dalej.

Bardzo chciałem zobaczyć krater meteorytowy w kanionie Diablo i od tego zaczęliśmy kolejny dzień zwiedzania. Niby zwykła dziura w ziemi, jednak odrobina wyobraźni i można sobie uświadomić, co lata nad naszymi głowami i co może w każdej chwili zderzyć się z naszą planetą. Super miejsce, ale szybko pojechaliśmy dalej, bowiem czekała nas długa droga, by zobaczyć Monument Valley.

Te rzeźby ze skał są wprost niesamowite. Byliśmy trochę zmęczeni po spacerze w dniu poprzednim, ale na szczęście zwiedzanie odbywa się tutaj w iście amerykańskim stylu, czyli można sobie jeździć autem pomiędzy formacjami.

Na zakończenie dnia udaliśmy się w okolice Page, bo ciągle kręcimy się wokół Wielkiego Kanionu, a jeszcze nie było dane nam go zobaczyć. Wybraliśmy się na Horse Shoe. Kanion zrobił na nas ogromne wrażenie, jest rzeczywiście ogromny i piękny!

To nie koniec atrakcji w tej okolicy. Ale o tym już w kolejnej relacji za tydzień!

Tekst i zdjęcia: Kamil Knapczyk

  • 2
  • 11709498_438642612982810_535571154323870081_n
  • P1170776
  • P1170971
  • P1170977
  • P1170991
  • P1180058
  • P1180259
  • P1180397
  • P1180416
  • P1180434
Categories: Maluchem przez USA

Write a Comment

Your e-mail address will not be published.
Required fields are marked*