Ze śpiewem na ustach

Ze śpiewem na ustach

Z Arturem Rucińskim, jednym z najlepszych barytonów świata, śpiewającym hrabiego di Lunę w „Trubadurze” Verdiego na scenie Lyric Opera w Chicago – rozmawia Krystyna Cygielska.

Krystyna Cygielska: – Kiedy zaczął Pan myśleć o karierze śpiewaka operowego?

Artur Ruciński fot.arturrucinski.com

Artur Ruciński: – Jako dziecko bardzo dużo śpiewałem, bo moi rodzice śpiewali i tańczyli w zespole Mazowsze. Miałem bardzo silny, czysty głos i śpiewałem właściwie cały repertuar mazowszański – od polskiego folkloru do wszystkich piosenek zagranicznych, które zespół wykonywał na świecie. Oczywiście było za wcześnie na myślenie o operze, to była po prostu dziecięca zabawa. Edukację muzyczną zacząłem od gry na skrzypcach przez trzy lata, potem wytrzymałem półtora roku w szkole baletowej; byłem niespokojną duszą, szukałem swojego miejsca na ziemi. Poszedłem do szkoły ogólnokształcącej. Do liceum zdałem egzaminy na instrument dęty drewniany – obój. Trzyletnia nauka gry na tym instrumencie wzmocniła mój oddech, ale on też nie stał się moją pasją i w wieku 18 lat zdecydowałem, co będę robił. Zdałem do szkoły muzycznej na ulicy Bednarskiej w Warszawie na wydział wokalny, a po roku do Akademii Muzycznej w Warszawie. I to był początek.

Zawód śpiewaka operowego składa się z dwóch zawodów – śpiewu i aktorstwa. Gdzie, od kogo uczył się pan gry aktorskiej?

– Na zajęcia z aktorstwa uczęszczałem w Akademii Muzycznej. Uczyła mnie go Jitka Stokalska, Czeszka, wspaniały reżyser i pedagog. Współcześnie gra aktorska w teatrze operowym jest bardzo ważna. Musimy być bardzo dobrze przygotowani do roli – fizycznie i merytorycznie. Nie możemy po prostu stanąć i zaśpiewać, tylko zagrać prawdziwą postać. Rozwój umiejętności aktorskich postępuje wraz z rozwojem kariery. Pierwsze kroki stawiałem na scenie Opery Narodowej w Warszawie. Potem świadomie wybierałem role najlepsze dla mojego głosu. Wzbogacałem swój warsztat aktorski pracując z różnymi reżyserami, także tymi z zagranicy, którzy przyjeżdżali do Warszawy. Ten proces cały czas trwa. Nieraz muszę powalczyć o to, żeby reżyser, który przychodzi spoza świata muzycznego – z teatru czy filmu – zrozumiał specyfikę naszego zawodu. Bywają produkcje bardzo trudne dla śpiewaków, ponieważ wymaga się od nas karkołomnych rzeczy.

Proszę o jakiś przykład karkołomnej sytuacji.

– Czasem choreografia czy jakiś pomysł reżyserski wymaga nie tylko koncentracji na śpiewie, ale i na sytuacji. Kiedyś śpiewałem w Barcelonie tytułową rolę w „Królu Rogerze”. Poproszono mnie, abym się czołgał po schodach i spadał, jednocześnie śpiewając. Czasem mamy tańczyć czy walczyć – wręcz lub przy użyciu białej broni – i śpiewać. Kiedyś w Operze Narodowej w Warszawie w spektaklu „ Czarodziejski flet” Mozarta byłem proszony, żeby śpiewając robić pompki. Jestem za tym, żeby relacje między postaciami były prawdziwe i żeby wszystko żyło, ale czasem spotykamy się z niedorzecznymi pomysłami reżyserskimi, oderwanymi od libretta i od rzeczywistości; reżyser ma swoje wizje filozoficzno-poetyckie, nie zawsze zrozumiałe dla publiczności, dlatego zawsze staram się rozmawiać z reżyserem i w końcu znajdujemy kompromis dobry dla wszystkich.

Ma pan tremę wychodząc na scenę?

– Oczywiście mam i muszę powiedzieć, że z czasem coraz większą. Wynika to chyba z tego, że coraz więcej jako muzyk, artysta, wiem i umiem. To powoduje, że każdego wieczoru chcę być na tym samym, albo jeszcze wyższym poziomie. Ten stres nie jest paraliżujący, ale bardzo mobilizujący i w cudzysłowie bardzo zdrowy, bo zwiększa koncentrację. Śpiewam w najlepszych teatrach operowych na świecie, śpiewam tylko te role, które chcę i które mnie rozwijają, jednak kiedy wychodzę na scenę przed kilkutysięczną publiczność i trzeba wypełnić swoim głosem wielkie sale, a i amfiteatry, jak w Weronie, gdzie jest ponad 16 tysięcy widzów, stres jest obecny. I trzeba sobie z tym radzić. To nieodłączna część tego zawodu.

Coś nieprzewidzianego, dramatycznego?

– Zdarza się każdemu śpiewakowi zapomnieć tekstu, mieć tzw „czarną dziurę” – przed rozpoczęciem frazy nie mieć pojęcia, jakie są dalsze słowa, choć dziesiątki, albo i setki razy je śpiewał. Natomiast, dziękuję Panu Bogu, zawsze przychodzi jakieś olśnienie i tekst do mnie wraca. Kiedyś w piątek śpiewałem we Frankfurcie w „Falstaffie”, a dzień wcześniej zostałem poproszony, żeby w sobotę zaśpiewać Germonta w „Traviacie” w londyńskiej Covent Garden. To miał być mój debiut na tej scenie. W sobotę rano już leciałem do Londynu i dosłownie po półtoragodzinnej próbie z reżyserem i dyrygentem śpiewałem spektakl. Na szczęście była to inscenizacja tradycyjna. Germonta śpiewałem już wiele razy i wiedziałem, że sobie poradzę reżysersko. Ale w duecie z Violettą zapomniałem słowa. Ona, widząc w moich oczach przerażenie, po prostu wyszeptała mi te słowa. W tym momencie tekst do mnie wrócił i mój debiut w Covent Garden był fantastyczny, miałem parę minut owacji, ale to była bardzo nieprzyjemna sytuacja.
Generalnie nie miewam przykrych historii na scenie, kiedyś natomiast miałem zabawną, śpiewając Oniegina. Mój pistolet nie wypalił podczas pojedynku z Leńskim i musiałem wydać jakiś dźwięk. Tupnąłem, wtedy Leński padł i chyba pierwszy raz w historii Leński umarł pewnie ze strachu (śmiech). Innym razem na tej samej scenie pistolet z delikatnym spustem wypalił mi za wcześnie, w moją nogę. Huknęło, zanim nastąpiła muzyczna kulminacja. Oczywiście Leński padł. Na szczęście, odpukać, raczej takich niespodziewanych sytuacji nie miewam.

Jakie było Pana najbardziej radosne przeżycie?

– Zacząłem moją międzynarodową karierę w 2009 roku. Wcześniej, będąc bardzo młodym śpiewakiem znanym głównie w Polsce, przygotowywałem swój repertuar i wyszedłem z kraju prosto w świat. Na moje spektakle przyszli menedżerowie, zachwycili się tym, co robię, i od mojego debiutu w Barcelonie jako Król Roger, w ciągu następnych czterech lat zaśpiewałem w Metropolitan, w Covent Garden, w La Scali, w Paryżu, w Berlinie… To było dla mnie wielkie szczęście. Dużym przeżyciem było zastąpienie w ostatniej chwili Placido Domingo na festiwalu w Salzburgu. Miałem godzinę, żeby wskoczyć w produkcję. Takie momenty są potwierdzeniem, że to, co się robi, robi się dobrze.

Nigdy nie przeszkodziła Panu choroba?

– Zdarzało się. Śpiewałem Malatestę w „Don Pasquale” w Walencji i przez ponad dwa tygodnie prób aż do premiery byłem chory – ropna angina, ale nie opuściłem żadnej próby. Gdy przed samą premierą wychodziłem już z anginy, złapałem grypę. Śpiewałem więc premierę z 40-stopniową gorączką na maksymalnej ilości leku, żeby zbijać gorączkę i nie przestać śpiewać z bólu. Wszystko poszło fantastycznie, ale po ostatnim ukłonie pomagano mi zejść ze sceny. Moja żona niosła mi nuty, bo byłem tak słaby. Następny spektakl musiałem odwołać. Jednak już po drugim wróciłem, bo mój zastępca kompletnie zdarł głos. Wstałem z łóżka i śpiewałem. Czułem się jak duch, bo nie miałem pełnej władzy fizycznej, ale poszło świetnie. Bywa, że jestem chory i muszę śpiewać. Nigdy jednak nie ryzykuję niepotrzebnie, po to właśnie jest potrzebna świetna technika wokalna.

Czy jest w zawodzie śpiewaka do zdobycia taka nagroda, jak Oscar w filmie?

– Są. Tak. Jest Grammy, przyznawana też w muzyce klasycznej, operowej, są nagrody międzynarodowe różnych towarzystw muzycznych, rozgłośni muzycznych czy telewizji. Dla mnie takim Oscarem jest śpiewanie w miejscach, gdzie śpiewali moi wielcy poprzednicy, jak Maria Callas, Luciano Pavarotti czy Piero Cappuccilli. To spełnienie mojego młodzieńczego marzenia.

A gdyby panu zaproponowano i dobrze zapłacono, czy zaśpiewałby pan z artystą disco polo?

– Zostawmy pieniądze, bo ja występuję wielokrotnie bez honorarium, dla jakiejś ważnej sprawy. Jeżeli miałoby to służyć na przykład celowi charytatywnemu, to tak, z przyjemnością, nawet za darmo.

To pięknie. Dziękuję za rozmowę.

Krystyna Cygielska

 

Na zdjęciu głównym:

Na scenie Lyric Opera of Chicago fot.Artur Rucinski/Facebook

Categories: Kultura, Wywiad, Wywiady

Write a Comment

Your e-mail address will not be published.
Required fields are marked*