“Pilecki był jak płomień życia w miejscu, w którym istniała tylko śmierć” – wywiad z autorem książki o rotmistrzu

“Pilecki był jak płomień życia w miejscu, w którym istniała tylko śmierć” – wywiad z autorem książki o rotmistrzu

Jack Fairweather, korespondent wojenny z Iraku i Afganistanu, autor bestsellerowych książek o działaniach militarnych na Bliskim Wschodzie – „A War of Choice” i „The Good War”. Współpracował z Daily Telegraph i Washington Post, w 2005 roku przeżył zamach bombowy w Mosulu. Jego relacje wojenne przyniosły mu międzynarodową sławę i uznanie oraz prestiżowe nagrody. 25 czerwca Fairweather wydał kolejną książkę – „The Volunteer”, która jest owocem wielu lat badań, poszukiwań i fascynacji osobą Witolda Pileckego. Jack Fairweather odwiedził redakcję „Dziennika Związkowego”, by porozmawiać o książce i rotmistrzu.

Jack Fairweather i red. Anna Rosa

Anna Rosa: Poświęcił Pan osiem lat życia osobie Witolda Pileckiego. Jak to się stało, że Brytyjczyk, korespondent wojenny współpracujący z najpoczytniejszymi tytułami, zainteresował się historią zapomnianego polskiego bohatera?

Jack Fairweather: To był rok 2011. Byłem wówczas reporterem wojennym w Iraku i Afganistanie. Rozmawiałem z przyjacielem, który właśnie wrócił z Oświęcimia, gdzie robił reportaż na temat ruchu oporu w obozie zagłady. Fakt istnienia ruchu oporu w takim miejscu był dla mnie zdumiewający. Auschwitz zawsze kojarzył mi się z milionami ofiar i wiktymizacją, ale nigdy z oporem czy bohaterstwem. Natychmiast zrozumiałem, że jest to temat, którym chcę się zająć. W ten sposób sylwetka rotmistrza pojawiła się w moim życiu. Rok później na język angielski przetłumaczony został raport Pileckiego. Pochłonąłem go w ciągu zaledwie kilku godzin. Wiedziałem, że muszę opowiedzieć historię tego człowieka, tym bardziej, że spotkała go wielka historyczna niesprawiedliwość – został zamordowany i wymazany z kart polskiej historii przez komunistyczny reżim. Chciałem opowiedzieć historię tego niezwykłego człowieka, jego bohaterstwa, przedstawić jego osobę i dokonania na szerszym forum międzynarodowym.

Witold Pilecki został zapomniany na cale dziesięciolecia. Jak to się stało, że niezbyt znana na Zachodzie postać stała się bohaterem Pana najnowszej książki?

– Sprawił to raport, który trafił w moje ręce w 2012 roku. Pilecki napisał go w 1945 roku, kiedy zamierzał powrócić do Polski, by walczyć przeciwko komunistom. Zafascynował mnie tak bardzo, że postanowiłem zbadać, co zmotywowało tego człowieka, by dobrowolnie pójść do obozu śmierci i szmuglować informacje na zewnątrz. Największym pytaniem, na które nie ma odpowiedzi, jest to dotyczące braku reakcji Zachodu. Co się stało z raportem, dla którego Pilecki ryzykował życie swoje, swych bliskich, przyjaciół, współpracowników? Ile istnień ludzkich można było uratować, gdyby ówczesna opinia publiczna słuchała, co ma do powiedzenia polski oficer, który na własne oczy widział, co się dzieje w Auschwitz? Jego osoba miała dla mnie bardzo symboliczny wymiar, bo w momencie, kiedy czytałem raport, miałem 38 lat, dokładnie tyle, ile Pilecki, kiedy dobrowolnie trafił do obozu. Tak jak Pilecki miałem dwoje małych dzieci, rodzinę i dom; jak on miałem za sobą doświadczenia wojenne, a moją misją, tak jak jego, było opowiedzieć o  nich światu. W 2016 roku pojechałem do Polski i spotkałem się z synem Witolda, Andrzejem Pileckim, który stał się najlepszym źródłem informacji na temat ojca. Kiedy zaczynałem poszukiwania na temat Pileckiego, w Warszawie wciąż żyli ludzie, którzy go znali lub się z nim zetknęli, ale nigdy o nim nie rozmawiali z obawy o bezpieczeństwo podczas komunizmu w Polsce. Stało się moją misją, by dotrzeć do osób, które miały z nim kontakt i opublikować ich opowieści w książce.

Pańska praca reporterska nie polegała więc tylko na przeszukiwaniu archiwów, ale także na rozmowach z ludźmi, ze świadkami tamtych czasów i wydarzeń.

– Tak, docierałem do Pileckiego wszelkim dostępnymi drogami.  Nie znam polskiego, ale współpracowałem z niesamowitym zespołem polskich badaczy. Przebadaliśmy archiwa oświęcimskie, ponad 1500 zeznań świadków, więźniów obozu w tym samym czasie, kiedy przebywał tam Pilecki. Dosłownie i w przenośni poszedłem śladami Pileckiego. Nie tylko spotkałem ludzi, z którymi on się zetknął, ale także odtworzyłem jego podróż, na przykład słynną ucieczkę z obozu. Nie wystarczył mi tylko jej opis, chciałem przekazać czytelnikowi wszystko, co mógł przeżyć mój bohater, więc poszedłem w jego ślady. Oczywiście piekarnia, przez którą uciekł z Auschwitz, już nie istnieje, ale tego samego dnia, też o 2 nad ranem, tylko osiemdziesiąt lat później, w najdrobniejszych detalach staraliśmy się odtworzyć tamte wydarzenia. Spotkałem nawet potomków ludzi, którzy wówczas udzielili mu schronienia.

Książka o Witoldzie Pileckim trafiła także do rąk sekretarz krajowej ZNP Alicji Kuklińskiej (z prawej). Na zdjęciu też Jack Fairweather i red. naczelna “Dziennika Związkowego” Alicja Otap

Interesujący jest fakt, że pokazuje go Pan w swojej książce nie tylko jako bohatera, ale także jako zwykłego człowieka – męża, ojca dwojga dzieci, żołnierza gotowego oddać życie za ojczyznę. 

– Pilecki to postać niezwykła,  potrafił dotrzeć do ludzi, którzy go otaczali, zdobyć ich zaufanie i zmobilizować do działania. Zrobił także inną niezwykłą rzecz. Kiedy do Auschwitz zaczęli trafiać sowieccy jeńcy wojenni (od lipca 1941 r. – przyp. red.), dotarł do nich także i opisał ich cierpienia i doświadczenia obozowe w raporcie. Świadczyło to o jego wielkim człowieczeństwie. Sowieci okupowali połowę Polski, a on ryzykował życie, by przekazać na zewnątrz raporty na temat okrucieństw, których doświadczali. Kiedy do Auschwitz zaczęły przybywać transporty z żydowskimi rodzinami, ryzykował wszystko, by odkryć prawdę. To, co się działo w obozie, było pilnie strzeżoną niemiecką tajemnicą. Pilecki odkrył plany masowej eksterminacji europejskich Żydów i zrobił wszystko, by jego raport poszedł w świat. Zorganizował jedną z najbardziej spektakularnych ucieczek z miejsca, z którego nie można było uciec, by osobiście dostarczyć wiadomość na temat niemieckich planów. Ucieczka wiązała się między innymi z przebraniem więźniów w mundury SS-manów, kradzieżą samochodu komendanta – był to jeden z momentów, w jakich przejawiał się geniusz, kreatywność i odwaga Pileckiego.

 Myślę, że Pilecki nigdy nie był widziany w sposób, w jaki Pan o nim pisze. Powiedział pan, że miał pan zespół współpracowników i wolontariuszy, którzy pomagali w zbieraniu materiałów, rozmowach ze świadkami, tłumaczeniach z polskiego. 

– To wspaniałe doświadczenie pracować przez 2,5 roku z polskimi pasjonatami. Bez ich pomocy książka nie miałaby szansy powstać. Ich wielka ciekawość i pasja badawcza pozwoliły nam odkryć wiele nieznanych dokumentów. Wspólnie odtwarzaliśmy drogę, jaką pokonywały wiadomości rotmistrza z obozu do Warszawy, a stamtąd, przez okupowaną Europę, do Londynu, gdzie trafiały na biurka dowódców sił alianckich. Zaskakujące jest to, że wiele z nich nie zostało po wojnie odkrytych. Pamiętam do dziś moment, kiedy zatelefonowała do mnie z Londynu jedna ze współpracowniczek, Marta, z wiadomością, iż dotarła do raportu, który dotychczas nie ujrzał światła dziennego. Kolana się pode mną ugięły. Przez telefon odczytała mi słowa Pileckiego, których nie przeczytano przez dziesięciolecia. To jedne z najważniejszych słów, jakie słyszałem… Był październik 1940 roku, Pilecki od miesiąca przebywał w obozie. Już wówczas nawoływał Aliantów do bombardowania Auschwitz, a było to na trzy lata przed ujawnieniem prawdy o roli obozu. Jeśli obóz zostałby zniszczony przez Aliantów, jak tego chciał Pilecki, kto wie, jak wiele ludzkich istnień zostałoby ocalonych. Ciągle powracam do tego pytania…

Czy kiedykolwiek poznamy odpowiedź na pytanie, dlaczego raporty Pileckiego z obozu śmierci nie wywołały wstrząsu, ani nie miały większego wpływu na decyzje podejmowane przez Aliantów na szczytach władzy?

– To jest jedno z wielkich pytań, na które staram się znaleźć odpowiedź w książce. Warto pamiętać, że to, czego świadkiem w Auschwitz był Pilecki – przemysłowe zabijanie ludzi na skalę masową – było tak nieprawdopodobne i bez precedensu w historii ludzkości, że wszyscy ci, którzy czytali jego raporty, mieli problem ze zrozumieniem tego. Brak wyobraźni i empatii w stosunku do tego, co robili naziści, spowodował, że machina śmierci stała się nie do zatrzymania. Pilecki nigdy nie przestał pełnić swojej misji. Pisał raporty, organizował ruch oporu, przywracał ludziom nadzieję.

 Dziś, na początku XXI wieku, mamy całą wiedzę, którą próbował przekazać Pilecki. Wtedy niewielu uwierzyło… Zastanawiam się, jak wyglądałoby jego życie i misja dzisiaj. Jeśli historia miałyby się powtórzyć, czy przywódcy światowi zareagowaliby inaczej?

– To pytanie, które często sam sobie zadaję. Gdzie są współcześni „Witoldowie”? Czy słuchamy, co mają do powiedzenia? Szokujące jest czytanie raportów na temat obozów koncentracyjnych w zachodnich Chinach, gdzie więźniów dosłownie hoduje się w celu pozyskania narządów wewnętrznych, które trafiają na czarny rynek. Obozy koncentracyjne w Czeczenii, broń chemiczna w Syrii, masowa eksterminacja całych grup etnicznych lub religijnych… Historia Pileckiego przypomina, że nie wolno nie reagować na te zbrodnie. Teraz my jesteśmy publicznością, o której uwagę zabiegał. Pytanie brzmi, czy słuchamy wystarczająco uważnie. Kilka miesięcy przed aresztowaniem Pilecki napisał coś, co mną wstrząsnęło. Mały fragment, który nigdy wcześniej nie został przetłumaczony, jeden z ostatnich jakie napisał. Był rok 1947, krótko przed aresztowaniem.  Pilecki napisał, że wysłuchiwał wielu wyznań skazanych na śmierć przyjaciół i wszyscy oni przyznali, iż najważniejszą rzeczą, jakiej doświadczyli, było oddanie siebie innym i wszyscy żałowali, że nie mogli dać z siebie więcej.

Jack Fairweather w studiu Radia WPNA 103.1 FM. Pytania zadawali Anna Rosa (z lewej) i Jacek Niemczyk fot.Ewa Malcher

W świetle misji, jaką pełnił, jego śmierć była szokująca. Bohater wojenny, patriota, powstaniec warszawski, żołnierz armii Andersa zginął od kuli w tył głowy po torturach i procesie pokazowym. Jego ciało nigdy nie zostało odnalezione.

– Tak, to prawda. Spędziłem trochę czasu przy ekshumacjach grobów ofiar terroru stalinowskiego w powojennej Polsce, starając się dowiedzieć, gdzie został pochowany. W mojej książce patrzę na niego nie jako na ofiarę, ale jako na wielką inspirację. Widzę w nim geniusza i wspaniałego inżyniera siatki ruchu oporu w obozie śmierci, inspirację dla ludzi, który utracili nadzieję, godność, człowieczeństwo. Planował powstanie w obozie, dokonał skrytego zamachu na oficerów SS, umieszczając w ich mundurach zainfekowane tyfusem wszy, założył tajną radiostację, by kontaktować się z Aliantami. Miał niezwykłą zdolność rozwiązywania wszystkich nieprzewidzianych problemów i wychodzenia cało z opresji. Każda z jego akcji przynosiła wielkie duchowe wyzwolenie. Przypominam, że mówimy o obozie zagłady. Pilecki był jak płomień życia w miejscu, w którym istniała tylko śmierć. Historia Pileckiego daje zupełnie nowe spojrzenie na wojnę. Nie jest to spojrzenie ofiary, ale wielkiego protagonisty. On nigdy się nie poddał, walczył do końca. Był człowiekiem niezłomnym, tak właśnie o nim myślę.

Pilecki jawi się w Pańskiej książce jako postać uniwersalna. Ciągle w jakimś zakątku świata toczy się wojna. Zastanawiał się Pan się, ilu “Pileckich” jest gdzieś tam z  własną misją?

– Zawsze o tym myślę. Widziałem okrucieństwo wojny na własne oczy. Pilecki swoją postawą przypomina, że zawsze mamy wybór – odwrócić oczy, czy odnaleźć w sobie empatię dla innych. Jego historia pokazuje, że człowiek musi świadomie wybrać pomiędzy dobrem i złem. Godzenie się na zło, to jednocześnie stawanie się jego ofiarą.

Przemówił Pan w jego imieniu. W wyniku fascynacji osobą Witolda Pileckiego powstała książka, która wciąga od pierwszych zdań. 

– Wszystko to znalazło się w mojej książce. Inspirująca historia Pileckiego, jego brawurowe akcje, wielkość ducha i geniusz sprawiają, że jest to osobowość, obok której nie da się przejść obojętnie. Prawdziwy bohater, jakich świat potrzebuje codziennie.

Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiała Anna Rosa

Na zdjęciu głównym: Przygotowania do wywiadu w studiu Radia WPNA 103.1 FM. Z prawej Jacek Niemczyk, dyrektor Radia 103.1 FM

Zdjęcia: Ewa Malcher

Categories: Kultura, Wywiad, Wywiady

Write a Comment

Your e-mail address will not be published.
Required fields are marked*