Mateusz Smoczyński – wirtuoz skrzypiec z pasją

Mateusz Smoczyński – wirtuoz skrzypiec z pasją

Mateusz Smoczyński – światowej sławy wirtuoz skrzypiec i kompozytor zachwycił chicagowską publiczność podczas zaduszek jazzowych. W rozmowie z nami przedstawił swoją filozofię muzyczną i plany na najbliższą przyszłość.

Anna Rosa: Pana dorobek artystyczny jest imponujący, zarówno solowy jak i we współpracy z wieloma znanymi artystami. Jak taka różnorodność wpływa na Pańską twórczość?

Mateusz Smoczyński: – Bardzo lubię tę różnorodność i od dziecka zajmuję się różnymi stylami muzycznymi. W muzyce, którą robię, stylistyki i konwencje przenikają się. Dzięki temu powstaje styl, który jest najbardziej charakterystyczny dla mnie i jednocześnie tworzy mnie jako muzyka. Projektów i zespołów, w których biorę udział, jest bardzo wiele – od grania solowego do grania z orkiestrą. Każdy z zespołów, w którym grałem, prezentuje inną stylistykę i ogromą frajdę sprawia mi, kiedy grając dwadzieścia koncertów z kwartetem, mogę w międzyczasie zagrać trzy koncerty z kwintetem. Natomiast kiedy dłużej gram z kwintetem, czuję później satysfakcję mogąc grać solo.

Muzyka towarzyszy Pańskiej rodzinie od pokoleń – pradziadek grał na puzonie, Pańska mama śpiewała, ojciec tańczył. Dlaczego wybrał Pan skrzypce?

–  Skrzypce wybrali rodzice. Kiedyś nawet myślałem o tym, by zmienić instrument na bardziej jazzowy – saksofon. Od wielu lat pasjonuję się muzyką Johna Coltrane’a i Wayne’a Shortera, więc saksofon bardzo mi odpowiadał. Jednak w pewnym momencie pomyślałem sobie, że skrzypce są czymś, co jeszcze na dobre nie zaistniało na jazzowej scenie muzycznej. Bycie jednym z dwudziestu skrzypków jazzowych jest czymś innym niż bycie jednym z tysiąca saksofonistów. Ale nie tylko cel pragmatyczny zadecydował, że zostałem przy skrzypcach. Jak już wspomniałem, bardzo cenię Johna Coltrane’a i od lat starałem się grać jego muzykę, naśladować jego styl grając na skrzypcach. Kiedyś ktoś zapytał, czy znam Zbigniewa Seiferta, bo on gra stylistycznie bardzo podobnie. Kiedy usłyszałem go po raz pierwszy, zaniemówiłem i zdałem sobie sprawę, że na skrzypach można grać muzykę modalną i od tego czasu starałem się iść ta drogą.

Jest pan zaangażowany w wiele projektów artystycznych, gra Pan solo, w kwartetach i kwintetach, wydaje kolejne albumy. Czy trudno jest zachować oryginalność tych odrębnych aranżacji i nie kopiować siebie?

– Jeśli chodzi o oryginalność, to na pewno jest to trudne, ale rozpoznawalność stylu jest bardzo istotna. Myślę, że zmierzam w kierunku własnego rozpoznawalnego stylu, który mimo że występuje w innych konfiguracjach, jest tak charakterystyczny dla mnie, że osoba, która słucha mojej muzyki solowej lub w zespołach wie, że to gra Mateusz Smoczyński, a nie ktoś inny.

Grał Pan w słynnej amerykańskiej grupie Turtle Island Quartet. Jak to się stało, że był Pan jej częścią? Można powiedzieć, że żył pan na dwóch kontynentach.

– To bardzo interesująca historia. Na jednej z rodzinnych imprez kuzyn podrzucił mi album  Turtle Island Quartet. Bardzo mi się to spodobało i zrozumiałem, że w kwartecie smyczkowym można groović, grać muzykę jazzową, improwizowaną i nie potrzeba wcale sekcji rytmicznej. Akurat rozpocząłem studia na Uniwersytecie Warszawskim i poznałem Dawida Lubowicza, z którym założyliśmy Atom String Quartet na podobieństwo Turtle Island. Po dwóch latach działalności naszego kwartetu dostałem wiadomość z USA od samego Marka Summera z Turtle Island z propozycją zagrania z nimi próby. Oczywiście przyjąłem propozycję. Nauczyłem się programu, przyleciałem do USA i w lobby jednego z nowojorskich hoteli zagrałem osiemdziesiąt stron ich repertuaru. Od razu padła propozycja, kiedy jestem gotowy przeprowadzić się do San Francisco. Moja odpowiedź była przecząca, bo miałem zbyt dużo zobowiązań w Europie. W domu przemyślałem sprawę i po miesiącu napisałem, że jestem w stanie przeprowadzić się do Sam Francisco. Tak naprawdę mieszkałem na dwóch kontynentach, spędzając dużo czasu w samolocie,  a zobowiązania w Europie łączyłem ze zobowiązaniami w USA.

Gdzie szuka Pan inspiracji? Jak wygląda proces twórczy – czy najpierw słyszy Pan muzykę w swojej głowie, a następnie przelewa ją na smyczek i struny, czy jest to żmudny proces doboru poszczególnych tonów, dźwięków i ich sekwencji, z których powstaje linia melodyczna?

– Bardzo dużo słucham i jestem otwarty na różną stylistykę. Ostatnio moją inspiracją jest  amerykański kompozytor John Adams. Natknąłem się na niego przypadkowo, słuchając programu drugiego Polskiego Radia w samochodzie. Przez pierwsze minuty nie wiedziałem, czy ten utwór mi się bardzo podoba, czy bardzo nie podoba. Był oryginalną kompozycją, niczego podobnego wcześniej nie słyszałem. Dosłuchawszy do końca wiedziałem, że podoba mi się bardzo i może być dla mnie inspiracją. Na przykładzie tej kompozycji napisałem koncert skrzypcowy. Komponując dla Atom String Quartet inspirowałem się muzyką Johna Adamsa. A jak wygląda sam proces twórczy? Jest to bardzo żmudny proces, bo trzeba usiąść, szukać, zmagać się z problemami. To nie jest tak, że melodia sama wchodzi do głowy bez inwencji ze strony kompozytora. Trzeba nad tym pracować. Jak się tego nie zrobi, utwór sam się nie napisze. Ciekawym przykładem jest profesor Krzysztof Penderecki, który codziennie wstaje o 7, o godzinie 8 siada za biurkiem i pisze do 16.  Wielu twórców powtarza, że największą inspiracją dla kompozytora jest po prostu deadline.

Myślę, że w każdej profesji to największa inspiracja. Jest Pan nie tyko skrzypkiem jazzowym, ale też wybitnym kompozytorem i nauczycielem. Którą z tych ról lubi Pan najbardziej, a którą z nich realizować najtrudniej?

– Czuję, że wszytko sprawia mi przyjemność. Bardzo polubiłem uczenie. Pracuję ze studentami na zaawansowanym poziomie, ponieważ uczę na Uniwersytecie Muzycznym im. Fryderyka Chopina w Warszawie, czasami prowadzę warsztaty w różnych miejscach na świecie. Z przyjemnością też komponuję. Kiedy skończę pisać utwór i wykonam go, następnego ranka czuje pustkę, czegoś mi brakuje. Nie trwa to długo, bo do głowy przychodzą mi nowe pomysły i zaczynam od początku. Jednak największą satysfakcję sprawia mi granie koncertu na secenie, bo mogę zamknąć oczy i po prostu grać.

Zdobył Pan światowe uznanie, wiele prestiżowych nagród i wyróżnień, między innymi tytuł jazzowego skrzypka roku 2017. Jak sława wpływa na Pańską twórczość – pomaga, czy trochę przeszkadza w realizowaniu własnej wizji?

– Sławy w ogóle nie czuję. W środowisku muzyki jazzowej ciężko jest ją poczuć . Ludzie, którzy są zainteresowani tego rodzaju muzyką, skrzypcami jazzowymi, a nie jest ich wielu, znają mnie i cenią moją twórczość. Trudno mi jednak odpowiedzieć na pytanie, jak to jest być osobą sławną i rozpoznawalną. Nagrody są czymś bardzo przyjemnym, ale nie są rzeczą dla mnie najważniejszą, bo kocham robić to, co robię. Kocham grać, komponować, jeśli to robię, to tylko i wyłącznie z pasji. Myślę, że tak powinno być w każdej dziedzinie.

Dziękuję za rozmowę!

Rozmawiała Anna Rosa

fot. Artur Partyka

Categories: Kultura, Wywiad

Write a Comment

Your e-mail address will not be published.
Required fields are marked*