Baronowa perkusji i kompozycji

fot.Jarek Gołembiowski

Prof. Marta Ptaszyńska (w środku) i Jan Pilch (z prawej) fot.Jarosław Gołembiowski

23 kwietnia w Muzeum Sztuki Współczesnej (Museum of Contemporary Art) w Chicago swoją amerykańską premierę miała kompozycja prof. Marty Ptaszyńskiej „Voice of the Winds”. Na perkusji, wśród innych 100 perkusistów, grała także sama kompozytorka.

Na koncercie 23 kwietnia w Muzeum Sztuki Współczesnej w Chicago tematem roboczym była perkusja. Zresztą na każdym koncercie zespołu Contempo działającego przy University of Chicago, a specjalizującego się w wykonywaniu muzyki współczesnej, są prezentowane kompozycje polskich muzyków. Tym razem była to kompozycja Marty Ptaszyńskiej „Voice of the Winds” – dla 100 perkusistów!

Mimo ogromnego składu kompozycja brzmiała bardzo subtelnie, a publiczność podziwiała nie tylko rytmy, ale barwy i kolory znanych i nieznanych sobie instrumentów perkusyjnych. Ich rolę spełniały również wypełnione wodą naczynia, metalowe śruby, sprężyny etc. Niespełna półgodzinna kompozycja była wspaniałym finałem koncertu, na który złożyły się utwory współczesnych kompozytorów.

Jednym ze 100 perkusistów, którzy wzięli udział w tym niezwykłym koncercie, był prorektor Akademii Muzycznej w Krakowie Jan Pilch, który jest jednocześnie odpowiedzialny za wykonanie tej kompozycji w Polsce podczas festiwalu Warszawska Jesień. Na koncercie był również obecny Daniel Cichy, dyrektor Polskiego Wydawnictwa Muzycznego. Byli też goście z Waszyngtonu i Louisville. Oczywiście nie zabrakło chicagowskich miłośników twórczości znakomitej prof. Marty Ptaszyńskiej.

fot.Jarek Gołębiowski

fot.Jarosław Gołembiowski

Jest jak panienka z dobrego domu, która płata figle, składając przy tym obowiązkowo ręce w małdrzyk i usta w ciup. Wyobrażam sobie, że gdyby żyła na przełomie XIX i XX wieku, to niejedna falbanka z jej tiulowej sukienki zwisałaby zupełnie nieprzystojnie, zaś barwa tkaniny odbiegałaby daleko od pierwotnej. I zapewne dygnęłaby na powitanie.

Umawiamy się na spotkanie w holu chicagowskiej filharmonii. Niewysoka, drobna. Mocny uścisk dłoni. A w oczach – jak mawiała moja babcia – figliki. Decydujemy się na kawiarnię nieopodal filharmonii. Wieje. Jak to w Chicago.

– Nie lubię wiatru. Kiedy nadciąga zimno, mam ochotę schować się, najchętniej w Nowym Meksyku. I tęsknię za Kalifornią. To był piękny czas w naszym życiu. University of California, Berkeley, a w moim ogrodzie kwitły róże. San Francisco ma dla mnie najlepszy klimat, najlepszą temperaturę.

Urodziła się w Warszawie, brat we Wrocławiu, dokąd zaraz po wojnie oddelegowano ich ojca, inżyniera, z zadaniem projektowania mostów.

– Cały Dolny Śląsk leżał wówczas w gruzach. Tata piechotą szedł z Katowic do Wrocławia! Kolejarze bali się chodzić, bo wszystko było zaminowane, a on szedł. Kiedyś zabrał mnie na przegląd jakiegoś mostu, jechaliśmy samochodem, nagle krzyknął, żebym się położyła na podłodze – Sowieci do nas strzelali! Brat skończył warszawską ASP, później zajął się scenografią, a jeszcze później musiał odejść z zawodu, bo groziła mu śmierć z zatrucia farbami. Takie to były czasy.

Zamawiamy herbatę. I ciacha.

– Tata grał na fortepianie, skrzypcach, komponował, robił aranżacje kolęd dla wrocławskiego świeżo założonego chóru. Ale dziadek nie chciał, żeby jego syn został muzykiem. Uważało się wtedy, że muzyk to nie zawód.

Uśmiecham się. Zresztą rozmawiając z Martą Ptaszyńską, nie da się nie uśmiechać. Tyle w niej radości, w oczach filuterne ogniki przeradzające się – kiedy zaczyna mówić o muzyce – w fontanny iskier.

– Pewien profesor muzyki przychodził do rodziców na brydża, ja, kilkulatka, siadałam wówczas do pianina i grałam swoje kompozycje, lubiłam improwizować. Profesor powiedział rodzicom, że powinnam grać. Pojawiła się nauczycielka muzyki, która uczyła mnie grania z nut, co bardzo mi się nie podobało. Poprosiłam ją, żeby coś zagrała. Zapamiętałam zagrany utwór i bezbłędnie odtworzyłam. Ale na drugi dzień już go nie pamiętałam.

Na poważnie zaczęła pobierać nauki w tej materii, mając osiem lat. Skończyła liceum muzyczne w klasie fortepianu i perkusji.

– Wybór dodatkowego instrumentu w postaci perkusji zawdzięczam profesorowi Mikołajowi Stasiniewiczowi. To była indywidualność! Uciekł z Rosji w czasie rewolucji. Był perkusistą w St. Petersburgu, grał pod batutą samego Czajkowskiego i Rimskiego-Korsakowa! Do tego posiadał niesamowitą wiedzę i doświadczenie życiowe. Miał tak zwanego fenomenalnego czuja. Każdy, kto wyszedł spod jego skrzydeł, zrobił karierę. Kiedy w 1956 roku zespół Filharmonii Narodowej przyjechał na koncerty do Nowego Jorku, do Stasiniewicza przyszli wszyscy ówcześni perkusiści nowojorskiej filharmonii prosząc, żeby pokazał jak gra na talerzach, bo nikt, dosłownie nikt, nie potrafił zagrać tak jak on. A kiedy ja go pytałam, jak to robi, odpowiadał z tym swoim wschodnim zaciąganiem: – nuuuu, Marteczka, eta tak prosto! I bum! – w talerze! Wspaniały człowiek. Wspaniały muzyk. Uwielbiałam jego lekcje. Nie ja jedna zresztą. To były bardzo popularne zajęcia, bo on wszystkich uczył od razu. Każda lekcja była jak koncert. Każdy z nas siedział i słuchał jak inny gra. To nam dało odwagę i siłę do późniejszego grania prawdziwych koncertów. Taka zaprawa, trening przed właściwą rozgrywką. Pytany o to, w jaki sposób zagrać, odpowiadał, że nieważne jak, ważne żeby zagrać dobrze, znaleźć sposób na wydobycie najlepszego dźwięku.

Ciekawam, czy ta relacja, czyli mistrz–uczeń została przełożona przez Martę Ptaszyńską na kontakty z jej późniejszymi studentami, doktorantami na najlepszym przecież w Stanach Zjednoczonych wydziale kompozycji.

– Staram się… Chyba z dobrym skutkiem. Przyjmuję niewielu doktorantów – sześciu, siedmiu, choć był rok, kiedy miałam dziesięciu. Zżywam się z nimi i duma mnie rozpiera, kiedy koszą kolejne wielkie nagrody. Na przykład David Gordon dostał Grammy Award w muzyce klasycznej, kolejny mój student otrzymał II nagrodę na Międzynarodowym Konkursie Kompozytorskim w Amsterdamie i został przyjęty – jako jeden z trzech z całej Ameryki – do Aspen Music Festival, rok wcześniej dostał się tam mój poprzedni student, Chińczyk, Chen Yao. Prowadzę z nimi indywidualne zajęcia. To takie ekskluzywne uczenie – jeden do jednego.

Profesor Ptaszyńska czytając nuty, słyszy dźwięki. Słyszy muzykę. Przed oczami partytura przygotowana przez doktoranta i od razu płynie informacja, co jest do poprawienia. Zadziwiająca umiejętność. A może wrodzona właściwość?

– Nie, nie urodziłam się z tym. To nabyte, wyćwiczone. Na przełomie lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych dostałam się do Paryża – w związku ze stypendium rządu francuskiego – na studia kompozytorskie u wielkiej Nadii Boulanger, która twierdziła, że kompozytor powinien słyszeć zapis nutowy podczas czytania. I nauczyła mnie tego. Długie to i mozolne ćwiczenia. Rzecz polega na tym, że bierze się dość znaną partyturę, czyta się ją, starając jednocześnie usłyszeć dźwięki, następnie włącza się płytę i sprawdza, nuta po nucie, czy czytając, dobrze usłyszeliśmy. Jeżeli jest różnica, powtarzamy ćwiczenie raz jeszcze i jeszcze, aż do skutku. Takie ćwiczenia robione latami procentują. Moi studenci też to ćwiczą.

Marta Ptaszyńska mówi dużo i szybko. Mam wrażenie, że jej myśli są o dobre trzy zdania z przodu niż te, które właśnie wypowiada. Gdybym miała określić ją którymś z muzycznych terminów, to pierwsze przychodzi mi do głowy – staccato… Ale ponieważ tak bliska jest jej perkusja, więc może bardziej właściwe byłoby – tremolo… Sama nie wiem. Kiedy zapytałam, gdzie czuje muzykę – zamilkła, zamyśliła się, popatrzyła przeze mnie, przez kawiarnianych gości siedzących za mną.

– Muzykę czuje się w głowie i w emocjach. W duszy najbardziej się czuje, wewnątrz siebie. Taaak, to moja dusza słyszy i czuje muzykę. Właściwie nie wiem, gdzie ona, ta dusza, jest…

Najczęściej komponuje z powodu… fascynacji czymś. Tekstem, fabułą, malarstwem, wydarzeniem. Jeżeli dostaje zlecenie na napisanie konkretnego utworu, sama szuka fascynacji, bo bez tego ani rusz.

– Myślę dźwiękiem. Widzę obraz i słyszę go dźwiękowo. Mnóstwo rzeczy przekłada mi się na dźwięk.

Ludzie też? – pytam. – Nie, ludzie nie. Nie są dla mnie durowi bądź molowi.

Ptaszyńska poprosiła kiedyś Agnieszkę Osiecką o napisanie libretta do opery dla dzieci, był rok 1998. W ten sposób powstał „Pan Marimba” – grany do dzisiaj. Po sukcesie „Pana Marimby” Opera Narodowa zamówiła u kompozytorki kolejny utwór operowy dla dzieci. W tym przypadku inspiracją stała się powieść Gianniego Rodari, według której Marta Ptaszyńska sama opracowała libretto.

– Głównym bohaterem tej opery jest muzyka, która potrafi przywrócić prawdę. To idealistyczne, ale przecież coś w tym jest. Muzyka nie kłamie. Nie mogłabym bez niej żyć.

Kiedy jest w trakcie komponowania – nie słucha niczego, bo nie chce się rozpraszać. Poza tym ciągle żyją w niej jakieś dźwięki. Sam proces zapisania nut na pięciolinii trwa niedługo – operę potrafiła napisać w dziesięć tygodni!

– Nie mogłam spać, bo ciągle słyszałam muzykę. Wstawałam w nocy, usiłując te dźwięki z siebie wydobyć. Czekałam aż całość ułoży się w mojej głowie, aż usłyszę brzmienie całości, i kiedy skończyłam pisać – przestałam słyszeć, jak gdybym się odłączyła.

Marta Ptaszyńska czuje się obywatelką świata, ale ciągle jeździ do Polski, bo tam ładuje akumulatory potrzebne do życia.

– Czasami mam wrażenie, że jestem jak wtyczka, a kontakt, z którego płynie prąd, jest w Polsce.

Po liceum muzycznym studiowała w warszawskiej Wyższej Szkole Muzycznej (dzisiejsza Akademia Muzyczna) teorię muzyki i kompozycję, w Poznaniu zaś perkusję. Doktorat zrobiła w USA w ciągu zaledwie dwóch lat.

Prof. Śledziński, jeden z jej wykładowców powiedział, że przed wojną za te trzy magisteria w Austrii dostałaby tytuł baronowej.

 

Ewa Uszpolewicz

Profesor Marta Ptaszyńska to jedna z najbardziej znanych na świecie polskich kompozytorek, perkusistek, autorka uznanych i szeroko oklaskiwanych oper. Wielokrotnie wyróżniana i nagradzana. Jej muzyka grana jest podczas festiwali międzynarodowych. Jest profesorem muzyki na Uniwersytecie Chicago.

Jej muzyka jest publikowana przez PWM (Polskie Wydawnictwa Muzyczne) w Polsce i przez amerykańskie wydawnictwo Theodore Presser Company. Ptaszyńska jest dyrektorką zespołu Contempo.

Categories: Kultura, Wywiad, Wywiady

Write a Comment

Your e-mail address will not be published.
Required fields are marked*