Tygrys w potrzasku

Z Ingolfem Wunderem, uczestnikiem Konkursu Chopinowskiego w Warszawie rozmawia Waldemar Piasecki

–  Ingolf, to jest jak z filmu Jesteś teraz na lotnisku Fryderyka Chopina w Warszawie i wylatujesz do Wiednia wyeliminowany przez jury Międzynarodowego Konkursu Chopinowskiego, a wszystko w dzień urodzin
Fryderyka Chopina. Jak się czujesz? Kto Cię obsadził w tej roli?
–  Czuję się Czuję się całkiem OK. Niech tak pozostanie. Chcę jak najszybciej wrócić do domu i zająć się swoimi następnymi projektami. Dzisiejsze urodziny
Fryderyka Chopina oczywiście nadają całej sytuacji swoistej specyfiki…
–  Czy werdykt jury jest a) niesprawiedliwy, b) obrażający, c) oparty na kryteriach pozaartystycznych? Wybierz właściwą odpowiedź.
–  Sam wiesz, jak to jest z konkursami… Każdy musi sobie sam odpowiedzieć.
–  Czy uważasz się za jakoś podobnego do Polaka Stasia Drzewieckiego wyeliminowanego jeszcze wcześniej niż Ty, a w przeszłości okrzykniętego „cudownym dzieckiem” i z powodzeniem koncertującego na całym świecie, w tym w Carnegie Hall?
–  Stasia Drzewieckiego nie znam najlepiej, ale jest to bez wątpienia renomowany pianista. Jego wyeliminowanie było sensacją. Rozumiem jego uczucia. Słyszałem, że w eliminacjach i pierwszej rundzie zostało wykopanych wielu dobrych wykonawców.
–  Twoja sytuacja nasuwa oczywistą analogię do Ivo Pogorelica w 1980 roku.
–  Polskie gazety czyniły takie porównania dość powszechnie. Kocham Ivo Pogorelica jako pianistę. To prawdziwy geniusz. Słuchanie go to wielkie przeżycie, a porównywanie z nim to oczywisty komplement.
–  Byłeś ulubieńcem publiczności warszawskiej Filharmonii Narodowej. Co czułeś otrzymując tyle osobistej sympatii i tyle entuzjazmu dla swojej gry? Co byś tej publiczności powiedział?
–  Oczywiście jestem zakochany w warszawskiej publiczności. Jest wspaniale kompetentna i serdecznie gorąca w reakcjach. Jest coś niesłychanego, kiedy grasz i wkładasz w jakiś detal całą swą inteligencję i technikę, a ona to natychmiast odczytuje. Jest to rodzaj magnetyzmu łączącego wykonawcę z odbiorcą.
Niewiele sal koncertowych na świecie generuje taką aurę. W Warszawie ona po prostu jest i jak słyszę, od wielu wykonawców zawsze tam była. To wielkie miejsce i proszę mi wierzyć, że zawsze chętnie tu przyjadę z koncertem. Warszawskiej publiczności kłaniam się nisko i mówię: „Ladies and gentlemen, cieszę się, że miałem zaszczyt grać dla Was”. Jak widać, przebieg mego udziału w konkursie jest czymś zupełnie innym od wrażeń z kontaktów z publicznością
–  Kto jest najlepszym pianistą konkursu? Kto Twoim faworytem? A kto wygra?
Normalnie to jest pytanie o to samo. Ale konkurs warszawski normalny nie jest
–  Well… W finale znalazło się wielu dobrych pianistów. Który z nich wygra, nie jestem w stanie powiedzieć, bo wszystko się może zdarzyć To robota jury, które kogoś wybierze
–  I można się założyć, że pewnie ucznia któregoś z jurorów. Czy to jest fair, że kolejne etapy konkursowe są coraz bardziej dominowane przes studentów jury?
–  To oczywiście trudne pytanie. Zwłaszcza dla mnie Jest wiele opinii na ten temat. Moim zdaniem, o wszystkim powinno decydować jak uczestnik potrafi grać Chopina na fortepianie. Bez względu na to, kto go uczy i gdzie teraz jego profesor się znajduje.
W gruncie rzeczy, nie bardzo mnie to przejmuje i… zajmuje.
–  Gorzko zabrzmiało.Czy po tak bolesnym doświadczeniu z Warszawą planujesz tu szybko wrócić?
–  Sama Warszawa, ani tym bardzie warszawska publiczność nie mają nic wspólnego z moimi doświadczeniami. Wrócę tu z największą radością i możliwie jak najszybciej.
Podróż do Polski będę wspominał miło. Kocham Polskę i Chopina.
Napisz to dużymi literami!
–  Co uważasz za swój największy dotychczasowy sukces?
–  Z całą pewnością możliwość grania z wielkimi orkiestrami i wielkim dyrygentami, takimi jak Emmanuel Krivine i Jerzy Semkow. To są wielkie doświadczenia formujące i doskonalące. Oczywiście także koncerty w największych salach koncertowych świata.
–  Kto jest Twoim ulubionym kompozytorem?
–  Wiesz, ja zawsze miałem szczęście, bo od dziecka grałem, praktycznie, co chciałem. Nie miałem profesorów, którzy wkładali mi do głowy, że na tych kompozytorów to jeszcze za wcześnie, a tych znowu będę grał, jak zagram najpierw innych. Najpierw  powiedzmy  Shumanna, a potem dopiero Liszta, itd. Moja edukacja była pod tym względem nietypowa i nie wykształciła u mnie jakichś stałych schematów preferencyjnych. Gram tych, których aktualnie lubię najbardziej. Obecnie mam w repertuarze Scarlattiego, Bacha, Haydna, Mozarta, Beethovena, oczywiście Chopina i Liszta, Brahmsa i Schumana, ale też Debussyąego i Ravela, Musorgskiego, Skriabina i Rachmaninowa, Manuela de Fallę, ale też Bałakiriewa, Berga czy Martinu Staram się, aby moja paleta koncertowa była barwna i bogata.
–  Opisywany jesteś jednak jako pasjonat zakochany w Chopinie. Czy to na użytek konkursu?
–  On był po prostu geniuszem, a jego muzyka wszystkim, czego pianista potrzebuje. Naprawdę nie trzeba szukać spełnienia gdzie indziej. Chopin to twórca kompletny. To moja wielka miłość artystyczna i fascynacja. Nie sądzę, abym Polakom musiał tego dowodzić.
–  Jednak dla wielu ludzi  jakby to nie było bolesne dla Polaków  Chopin bywa rozpoznawany, jako kompozytor francuski.
–  Fryderyk Chopin był  i napisz to dużymi literami  Obywatelem świata. Oczywiście, z polskimi i francuskimi proweniencjami artystycznymi czy szerzej  kulturowymi. Słychać to precyzyjnie i klarownie w jego muzyce. Myślę, że to nie jest jakiś problem, a powód do dumy, że Chopin nie był lokalnie polski, a światowy
–  Gdzie lubisz grać? W jakich salach, miastach?
–  Grałem w wielu krajach, miastach i salach. Mam też nadzieję, że ta lista będzie się rozrastać. Do ulubionych miejsc należy mój rodzinny Wiedeń, Paryż, Londyn i Nowy Jork.
Bardzo bym chciał, aby dołączyła do tej listy Warszawa.
–  Kto jest Twoim ulubionym wirtuzem pianistycznym? Może ktoś ze zwycięzców Konkursu Chopinowskiego?
–  Tak wielu wspaniałych pianistów było w przeszłości Nie chcę pisać długiej listy, ale oczywiście nie może na niej zabraknąć Horowitza, Richtera, Arraua, Rubinsteina, Michelangeliego i Marty Argerich.
–  Kto jest dziś najlepszym pianistą?
–  To jest pytanie do krytyków, którzy jeżdżą po świecie i mają okazję słuchać wszystkich największych.Pianiści nie mają takich możliwości z oczywistych przyczyn. Ja również nie mam wielu okazji do słuchania, dlatego po prostu nie powinienem się wypowiadać.
–  Przejdźmy więc do Ciebie. Zacząłeś grać w wieku czterech lat, ale na skrzypcach.
–  To prawda…Właściwie do 14 roku życia grałem na obu instrumentach. Dopiero wtedy zdecydowałem się na fortepian.
–  Kto zdiagnozował Twój talent pianistyczny w sposób ostateczny? Ponoć jakieś konsylium?
–  Nie potrafiłbym wymienić jednej osoby. Udział miało istotnie kilka, ale niewiele.
–  Słyszałem, że to historia bardzo rodzinna, związana z żydowskimi jej korzeniami.
–  Niekoniecznie. To kilku renomowanych muzyków i profesorów powiedziało, że mam „ekstremalny talent pianistyczny” (że ich zacytuję) i to ich „rozpoznanie choroby” przeważyło. Prawdą jest natomiast, że moja rodzina jest zakochana w muzyce i jest pochodzenia żydowskiego.
–  Słowo o najbliższych?
–  Mama ma na imię Renate, a tato Karl. Oboje są wykładowcami wyższych uczelni. Mam starszego brata Geritta, który jest zdolnym kompozytorem. Muzyka jest bardzo poważną częścią naszej rodzinnej „reality”.
–  Czy mógłbyś podać, którzy z nauczycieli i profesorów Cię ukształtowali?
–  Miałem w życiu szczęście pracować z wieloma muzykami i profesorami i czerpać od nich. Jestem pod tym względem nietypowym przypadkiem, bo nie uformował mnie jeden pedagog. Wszystkim im jestem głęboko wdzięczny, o czym wiedzą. Wiedeńskiej Akademii Muzycznej, której jestem studentem, nisko się kłaniam.
–  Jakie masz plany na najbliższych pięć i 10 lat?
–  Takie same. Chcę dawać jak najwięcej koncertów, w najbardziej znanych salach koncertowych na świecie i grać dla mojej publiczności tak, aby nigdy nie poczuła się zawiedziona. Tak, jak dotąd, nie oszczędzać się i siadać do instrumentu z przeświadczeniem, że to jest ten najważniejszy raz, od którego wszystko zależy.
–  No właśnie, Twoja pasja i zaangażowanie w grze zjednały Ci przydomek „Piano Tiger” lub „Steinway Tiger”. Czy to miłe?
–  Zaczęło się to od jednej recenzji. Cóż mogę powiedzieć? Tygrys to nie jest zwierzę kojarzące się z brakiem siły, odwagi, inteligencji czy energii oraz chaotycznością działania i brakiem precyzji. Skoro krytycy tak mnie, z przesadą, nazywają, nie będę prowadził polemik. Jestem od grania, oni od ocen i skojarzeń. Co do drugiego określenia, istotnie na instrumentach Steinwaya grywam najczęściej i na nich dałem najlepsze występy.
–  Czy kariera pianistyczna jest dziś możliwa bez całego tego „przemysłu wykonawczego”? Tych sztabów impresaryjnych, wydawców muzycznych, studiów, krytyków itd. Gdzie romantyzm kojarzony z tym instrumentem?
–  Rozumiem intencję pytania, ale mam poczucie bezradnego realizmu. Bez tego wszystkiego dziś się nie da być artystą koncertowym. Ważne jednak, aby zawsze pozostać muzykiem. To jest mój absolutny priorytet.
–  Uda Ci się w tym postanowieniu wytrwać?
–  ???
–  Masz 20 lat, a koncertujesz od piętnastu. Ile w Tobie normalnego chłopaka? Ile niewolnika muzyki?
–  Nie jestem więźniem Steinweya. Powiem nawet, że z pewnym niedowierzaniem słucham, jak wielu kolegówpianistów w moim wieku narzeka, że nie ma na nic czasu poza instrumentem. Jestem normalnym dwudziestolatkiem.
–  Hobby? Sport?
–  Oczywiście. Intersuję się sportem. Gram w tenisa, tenisa stołowego i snookera. śledziłem pojedynki piłkarskie Austrii i Polski. Waszej reprezentacji gratuluję awansu do finałów mistrzostw świata na stadionach Niemiec.
–  Literatura? Film? TV?
–  Nie mam jakiejś szczególnie ulubionej literatury. Dużo czytam o muzyce i muzykach. Oglądam mnóstwo filmów. Jako muzyk zwracam naturalnie uwagę na ich ścieżkę dźwiękową. Zwykle po krótkim fragmencie szybko identyfikuję kompozytora. Moim ulubionym jest znakomity John Williams, po prostu urodzony do pisania takiej muzyki.
Wiele czasu spędzam przed telewizorem i staram się być na bieżąco ze wszystkim, co w świecie aktualnie się rozgrywa.
–  Podobno znasz się dobrze na… modzie?
–  Modę uważam za rodzaj twórczej kreacji. To bardzo ważny element naszego życia. Dzieje się w niej ciągle wiele ciekawego. Jest intrygującym komentarzem rzeczywistości. To oczywiście także wielki rynek i narzędzie budowania opinii.
–  Dziewczyny?
–  Jasne! Jestem normalnym dwudziestolatkiem. Czy z faktu, że grywam w salach koncertowych na wynikać, że nie wiem, co to są dyskoteki czy puby i gdzie one są?
–  Jakie życzenie chciałbyś na koniec usłyszeć?
–  Można trzy, jak u złotej rybki?
–  Można.
–  Pierwsze  zawsze być dobrym muzykiem. Drugie  zawsze być istotą ludzką, człowiekiem… I po trzecie  zawsze mieć w życiu radość, czego by się nie robiło. Jadło pizzę, czy grało Chopina.
–  Niech Ci się spełni w dowolnej konfiguracji. Zwłaszcza przy nazwisku „Wunder”, co znaczy po prostu „Cudowny”. Nawet jako radość z Chopina w czasie jedzenia pizzy (i vice versa). Czy radość z podróży do Warszawy, gdzie miałeś wygrać Konkurs Chopinowski, co niemal wszyscy Ci wróżyli, a wróciłeś z pustymi rękami.
–  Zaraz z pustymi? Moją wygraną jest publiczność! I właśnie z podróży do Warszawy się cieszę najbardziej. Wszystkich Polaków pozdrawiam! Mogę to już nawet zrobić po… polsku.

Rozmawiał:
Waldemar Piasecki


 

Categories: Kultura i Rozrywka

Write a Comment

Your e-mail address will not be published.
Required fields are marked*