Louis Sullivan w dwóch odsłonach

 

Louis Sullivan miał 17 lat, kiedy w 1873 roku przyjechał do Chicago. W mieście zastał jeszcze ruiny i zgliszcza po wielkim pożarze. Już wysiadając na stacji z pociągu powiedział do siebie: „To jest moje miejsce”.  W „miejscu” tym mieszkał i pracował do końca życia. Tu stworzył swoje największe dzieła i tu w samotności i zapomnieniu umierał. Potem większość jego budynków bezmyślnie zrównano z ziemią i gdyby nie pasja garstki historyków i fotografów, do dziś mało co by ocalało. Ale zachowały się nie tylko fotografie. Przetrwała wpisana w te prace idea, która wciąż ożywa i inspiruje.

 

Nic też dziwnego, że otwarta tego lata w Centrum Kulturalnym wielka wystawa poświęcona życiu i twórczości genialnego architekta nosi właśnie tytuł „Louis Sullivan Idea”. Kuratorem ekspozycji jest Tim Samuelson, znany chicagowski historyk,  który pomagał Richardowi Nickelowi ratować fragmenty architektoniczne i ornamenty z wyburzanych budynków Sullivana.

 

Bogata w informacje (inteligentne, żywe teksty na planszach) wystawa oddziałuje również na wyobraźnię i emocje. Teatralna instalacja – wielkie zdjęcia zawieszone na planszach i ponad głowami, na ścianach pod wysokim sufitem – sprawia, że widz czuje się tak, jakby był w centrum wydarzeń. Oto spaceruje po ulicach Chicago.  Wrażenie to potęguje wchodzący przez odsłonięte duże okna z łukami  naturalny pejzaż miasta. Wszystkie fotografie zostały wykonane z oryginalnych negatywów i – mimo tak dużego powiększenia – są doskonałej jakości. Można na nich odnaleźć ornamenty, których fragmenty, np. balustrada słynnych schodów Auditorium, krata windy z wnętrza Budynku Giełdy czy terakoty z Teatru Garricka – są prezentowane obok.

 

Zgromadzone eksponaty – fotografie,  rysunki, plany i modele architektoniczne, fragmenty ornamentów, listy, książki i ryciny – pozwalają  prześledzić karierę Sullivana od przybycia do Chicago do śmierci w 1924 r.

 

Otwierają  ją karty pełne blasku i sławy, znaczone historycznymi dokonaniami – wielkie projekty, które już za życia zyskały mu przydomek  „pioniera modernistycznej architektury”. Pierwsza rewelacja to – wykonany wraz z Dagmarem Adlerem – Auditorium Building, dziś siedziba Roosevelt University. Ukończony w 1889 roku, był najwyższym i najdroższym budynkiem w Chicago.  Mieściły się w nim teatr, opera, filharmonia, luksusowy hotel oraz biura. Zdjęcia z epoki pokazują niezmienioną do dziś surową fasadę z monumentalnymi neoromańskimi łukami. Jest także fotograficzna dokumentacja eleganckiego, pełnego przepychu wystroju wnętrz.

 

Po dwóch następnych wieżowcach Sullivana – budynku Stock Exchange i Garrick (Schiller) Theatre – zachowały się tylko fotografie i fragmenty ornamentów. Model dawnego budynku chicagowskiej Giełdy wykonany został z fotokopii oryginalnych planów architektonicznych. Krata do windy tego budynku to jeden z najbardziej znanych przykładów metaloplastyki architekta, który był również plastykiem i poetą.

 

Na tle monochromatycznej tonacji wyróżnia się Pawilon Transportu z Wystawy Światowej w 1893 roku. Wówczas także odcinał się od bieli neoklasycznych budowli żywą kolorystyką, widoczną zwłaszcza w łuku nad głównym wejściem. Dominujący na Columbian Exposition styl Sullivan nazwał „szarlatanerią” i przewidział, że spowoduje on regres w architekturze amerykańskiej co najmniej o pół wieku.

 

Stworzony w 1904 roku, już po rozstaniu z Adlerem, budynek byłego sklepu Carson, Pirie, Scott & Co. przy ulicy State był ostatnią wielką pracą Sullivana. Kolejne dwie dekady życia architekta to powolne odchodzenie w cień. Jego radykalizm nie znajdował zrozumienia. Nowe kierunki w architekturze przyćmiewały jego gwiazdę. Do tego doszły problemy osobiste – depresja i alkoholizm. Jednym z nielicznych późniejszych dokonań był nieistniejący już sklep muzyczny Krausego przy ulicy Lincoln. Wykonany jego ręką niemalże realnych rozmiarów rysunek architektoniczny budynku zajmuje całą ścianę. Jest w nim coś przygnębiającego i posępnego – jakby zapowiedź końca.

 

Wystawa skupia się nie tylko na dziełach, ale również na osobie ich twórcy. Na wielkich planach i projektach, a także na detalach i intymnej stronie życia.  Przywołane zostały postaci jego mentorów, współpracowników i przyjaciół. Oprócz takich znanych jak Dagmar Adler, przypomniany został również Kristian Schneider – rzeźbiarz w terakocie, z którym mistrz lubił po pracy dyskutować przy wódeczce. Można zobaczyć podobiz-nę jego żony oraz zdjęcia ogrodu ich wakacyjnego domu w Mississippi, gdzie uprawiali róże (motyw tych kwiatów powraca często w jego ornamentach). Są także portrety Sullivana, który zawsze dbał o elegancki, profesjonalny wygląd, tylko na jednym szkicu, wykonanym prawdopodobnie w ostatnich tygodniach życia, jest bez garnituru. Schorowany człowiek w piżamie, ale w oczach ten sam żar – jakby do końca nie opuszczał go wolny duch.

 

Sullivan zmarł bez grosza przy duszy w lichym hotelu na południu miasta. Wnętrza malutkiego pokoju zdobiły wycinki z magazynów. Pomagali mu najbliżsi przyjaciele, zwłaszcza Frank Lloyd Wright, z którym po długich latach się pojednał. Prezentowane listy mówią o pomocy finansowej, jakiej były uczeń i współpracownik – choć sam często w tarapatach – udzielał swojemu „Ukochanemu Mistrzowi”. Jemu też Sullivan podarował swój ostatni skarb – szkicownik z rysunkami i zapiskami sięgającymi jeszcze czasów studenckich.

 

Wystawa  skłania również do głębszych refleksji. Ukazuje jak mylnie interpretowano sławną dewizę Sullivana, że forma budynku powinna wynikać z jego funkcji. Nie oznaczało to bynajmniej podporządkowania estetyki funkcjonalizmowi. Architekt uważał, że właśnie w ornamentyce wyraża się duch, istota budynku. Widoczne w ornamentach z terakoty i metalu symetryczne, stylizowane motywy roślinne i wplecione w nie formy geometryczne stały się najbardziej rozpoznawalną cechą jego twórczości.

 

Wbrew jednak koncepcji Sullivana, że ornament jest integralną częścią specyficznego budynku, w pierwszej dekadzie XX wieku zaczęto masowo produkować dekoracyjne terakoty ze skopiowanymi – bez jego wiedzy i zgody – wzorami architekta. Okazuje się, że wiele charakterystycznych dla stylu Sullivana ornamentów na fasadach chicagowskich budynków pochodzi właśnie z tego źródła.

 

Dla Sullivana ważniejsza niż budynki była idea – sam proces twórczy. Choć bywa nazywany „ojcem modernistycznej architektury”, nie uważał się za twórcę nowego stylu, ani takiego nie postulował. Ale swoją teorią idei przyczynił się do powstania szkoły chicagowskiej i oddziałał na całe rzesze architektów z Wrightem na czele.

 

Do bardziej kameralnego spotkania z budynkami i ornamentami Sullivana zachęca towarzysząca wystawa w Instytucie Sztuki.  „Looking After Louis Sullivan” ukazuje jego twórczość w obiektywie trzech fotografów: Johna Szarkowskiego, Aarona Siskinda i Richarda Nickela, którzy powodowani artys-tyczną fascynacją i potrzebą dokumentacji utrwalali w latach 50. zeszłego stulecia zagrożone wyburzeniem budynki.

 

Szarkowski, późniejszy dyrektor działu fotografii Museum od Modern Art w Nowym Jorku, opublikował w 1956 roku album  „The Idea of Louis Sullivan”, ilustrowany fotografiami budynków Sullivana. Niezależnie w tym samym czasie Siskind, profesor legendarnego chicagowskiego Institute of Design, wraz z grupą studentów, pracował nad wielkim projektem – fotoarchiwum wszystkich prac Sullivana. Jednym ze studentów był Nickel,  który tę działalność – z pasją i udręką – kontynuował do końca życia. Zginął w 1972 roku, ratując przed buldożerami ornamenty z burzonego budynku Giełdy.

 

Fotografując te same budynki, autorzy skupiali się na różnorodnych i odmiennych niekiedy elementach. Nie tylko na artyzmie – geometrii form budynków, grze światła na fasadach czy na abstrakcyjnych obrazach ornamentów – ale również na urbanistycznym otoczeniu i współistnieniu z człowiekiem. Te same budynki pokazane zostały także w czasie – ich stalowe muskuły, strzeliste fromy i kruche piękno. Przemijające jak twory natury, którą były inspirowane. Po olśniewających ornamentach nad sceną Garrick Theatre – proces rozbiórki dokumentował Nickel – pozostała tylko wyrwa w ścianie, a potem nie było już i ściany… Na wieść, że z jednego z jego budynków są demontowane ornamenty, Sullivan powiedział: „Jeśli ktoś żyje dostatecznie długo, może doczekać chwili, kiedy wszystkie jego prace będą zniszczone”. I dodał: „Ważna jest tylko idea”. Ale może nawet idea by nie przetrwała – a na pewno nie zostałaby odkryta na nowo – gdyby nie te fotografie. 

 

Obie wystawy warto zobaczyć razem, bo to ta sama historia – spektakularna i intymna zarazem. „Louis Sullivan Idea” będzie prezentowana jeszcze w Chicago Cultural Center do 28 listopada. Wstęp wolny. Natomiast „Looking After Louis Sullivan: Photographs, Drawings and Fragments” można obejrzeć w Art Institute (Galerie Fotografii i Galeria Architektury) do 12 grudnia. Bilety – $18. Zniżki dla dzieci, studentów i seniorów oraz mieszkańców Chicago. W czwartki w godzinach 5–8 wieczorem wstęp jest wolny. 

Danuta Peszyńska 

 

  

Categories: Kultura i Rozrywka

Write a Comment

Your e-mail address will not be published.
Required fields are marked*