Ciągle jestem w drodze

rozmowa z Kingą Imiołek Modjeską


– Pojawiasz się w życiu polonijnym i znikasz. Jesteś młodą aktorką z Polski, która przyjęła dość kontrowersyjny na Amerykę pseudonim. A jak się ta artystyczna pasja zaczęła? Czyli wracamy do początków.

 

Czekaj. Jedno długie zdanie, trzy różne pytania. Nie bardzo wiem, od czego zacząć. Od początku… Na pierwszym roku warszawskiej Akademii Teatralnej cudowny profesor Jarosław Gajewski poprosił wszystkich, żeby na kartce napisać, dlaczego chcemy zostać aktorami. Próbowałam odpowiedzieć na to pytanie kreśląc i gryzmoląc przez ponad godzinę, po czym oddałam mu pustą kartkę. Nie byłam wtedy gotowa na to pytanie.

 

To był chyba wybór nieświadomy, intuicyjny. Zanim trafiłam do szkoły teatralnej, w ósmej klasie szkoły muzycznej dostałam się z konkursu do Teatru im. Solskiego w Tarnowie do sztuki „Pinokio”. Zagranie w tym spektaklu było dla mnie wielkim przeżyciem.  Bycie na scenie, przymiarki kostiumów, nauka śpiewu, ruchu scenicznego, współpraca ze starszymi kolegami, zapach garderoby, makijaż – wiedziałam, że jestem na właściwym miejscu.

 

W moim CV, tak jak to bywa w życiorysie prawie każdego aktora, były również występy szkolne: koncerty fortepianowe w przepięknej Sali Lustrzanej w Tarnowie, akademie, kółka teatralne, konkursy recytatorskie. Dobrze pamiętam dramatyczną rolę wdowy w sztuce „Na rozdrożu” w amatorskim zespole, zagraną z Marcinem Kwaśnym – teraz znanym aktorem i reżyserem. Często prowadziłam też konferansjerkę, reżyserowałam wieczory poezji. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że to wszystko należy do ABC aktora. Że recytowanie wierszy, prowadzenie koncertów, uczestniczenie w kółkach teatralnych będzie częścią mojego życia, będzie moim zawodem.

 

– Kiedy zadecydowałaś, żeby skończyć szkołę w tym kierunku i potraktować swoje zaineresowania profesjonalnie?

Po udziale w spektaklu „Pinokio” mój profesor Jarosław Iwaneczko bardzo się buntował, twierdząc, że te dwie sztuki są o siebie zazdrosne i że nie mogę jednocześnie grać na fortepianie i próbować sił w teatrze. A mnie przestraszył fakt, że musiałabym poświęcić życie na wielogodzinne i karkołomne ćwiczenia, żeby w końcu zostać nauczycielką muzyki. Wybrałam więc aktorstwo.

 

Na pierwszym roku szkoły teatralnej w Warszawie trafiłam na bardzo ciekawy rocznik. Warszawa tym się różni od Krakowa, że jest otwarta, słoneczna, bardziej przyjazna. Kiedy weszłam pierwszy raz do budynku, wiedziałam, że tu jest moje miejsce. Karolina Gruszka, Ania Dereszowska, Małgorzata Socha, Dominika Kluźniak, Marcin Bosak, Krzysiek Ogłoza… tych nazwisk naprawdę nie trzeba teraz nikomu przedstawiać, oni robią fantastyczne kariery nie tylko w Polsce, ale i w Europie. Od samego początku mówiono o nas, że jesteśmy wybitnym rocznikiem. I jako grupa, i jako spore indywidualności.

 

Wyjątkowo wspominam trzeci rok studiów i pracę z reżyserką Agnieszką Glińską, która obsadziła mnie w głównej roli Młodej w „Klątwie” St. Wyspiańskiego. „Glina” zapładniała nas swoimi pomysłami, inspirowała, pozwalała zobaczyć różne rozwiązania i wybrać najciekawsze, to najwłaściwsze do danej postaci. Nauczyła mnie jak konstruować trójwymiarową postać, czyli człowieka z jego wadami i zaletami. A przy tym dawała sporo swobody, zmuszała do kreatywnego myślenia i nie pozwalała na proste rozwiązania.

 

Równie ważną osobą w szkole była profesor Zofia Kucówna. Prowadziłam z nią wojny, tłumacząc, że poezję, szczególnie tę miłosną, czyta się do poduszki, przeżywa wieczorową porą przy lampce dobrego wina. Po czym się okazało, że w Ameryce nie tylko mam własny program „Poezja po drugiej” na falach 1490 w audycji Sylwestra Skóry, ale poezja jest dla mnie źródłem inspiracji i materiałem, na bazie którego przygotowuję koncerty poetyckie. Wiele osób gratuluje mi interpretacji i doboru poezji.

 

Każdy profesor miał swoje wyjątkowe metody, ja byłam otwarta, chłonna i niezwykle pracowita.

 

A rola dyplomowa?

 

To był Witkacy – „Tumor Mózgowicz” – rola Balantyny, w reżyserii Jarosława Gajewskiego. Cudowna postać. Jak dziś pamiętam pierwszą próbę, kiedy profesor Gajewski (zresztą mój ukochany profesor) tłumaczy nam rys psychologiczny postaci, a ja mówię: panie profesorze, ja już mam kostium. Pomyślałam sobie, że moja Balantyna, która jest wielką damą, na pewno musi mieć piękną suknię, kapelusz, parasolkę i malutką torebeczkę. Ale ta jedna suknia mnie satysfakcjonowała, więc wymyśliłam sobie, że będzie to ta sama suknia, ale do każdego aktu zmienię jej guziki. Poprosiłam koleżanki, żeby przygotowały mi różnokolorowe nakładki z gumkami na guziki. Do zmienianych kolorów przypasowałam kolory kapeluszy i wszyscy mieli wrażenie, że w każdym akcie występuję w innej kreacji. Pracę nad tą sztuką z prof. Gajewskim zaczęliśmy już na trzecim roku, a potem stała się dyplomem.

 

To był bardzo wyjątkowy człowiek, uczył mnie takich pojęć jak energia, wsłuchiwanie się jednoczesne w partnera i w całość spektaklu.

 

– Wyszłaś ze szkoły, stanęłaś na ulicy, dookoła Warszawa… i co dalej?

Ponieważ mam w Stanach rodzinę, jeszcze w trakcie studiów spędzałam tutaj prawie każde wakacje. Aż któregoś roku bardzo poważnie się zakochałam. Więc miałam dylemat – wracać do Warszawy czy zostać.

 

Na ostatnim roku studiów rozesłałam CV do różnych teatrów. Dostałam kilka ofert z tzw. prowincji, ale bardzo chciałam zostać w stolicy, też ze względu na studentów Akademii Teatralnej. Jeszcze podczas studiów prowadziłam zajęcia z młodszymi rocznikami z zadań aktorskich i impostacji. Takie rozdarcie – Warszawa-Chicago trwało rok, może dwa.

 

Postanowiłam zaryzykować, wrócić do Warszawy, gdzie Agnieszka Glińska dała mi epizod w Teatrze Dramatycznym. Grałam z Kożuchowską, Jankowskim, ale na koniec sezonu teatralnego pomyślałam – nie może dzielić mnie od rodziny aż ocean. Tak że właściwie nie dałam sobie szansy w Polsce.

 

Zostałam w Stanach i dziś wierzę, że tak po prostu miało być. Może mam inne rzeczy do zrobienia, niż granie w teatrze w Polsce. Założenie swojego studia teatralnego?

 

Zostałam w Stanach i dziś z perspektywy kilku lat wierzę, że to był właściwy wybór. Chicago daje mi wiele możliwości rozwoju, a ja lubię wyzwania i wysoko ustawioną poprzeczkę. Zresztą tego też uczę swoich studentów.

 

Ostatnich kilka lat to praca w TV Polsat, radio 1490, uczę aktorstwa, komunikacji i improwizacji w amerykańskiej szkole aktorskiej John Robert Power Studio Acting and Modeling, kręcę krótkometrażowe filmy, współpracuję z Trap Door Theatre i Dream Theatre Company.

 

W środowisku polonijnym próbuję organizować poetyckie koncerty, współpracować z różnymi grupami, założyłam również własne Studio Teatralne Modjeska.

 

– Tu dochodzimy do wyjaśnienia mojego określenia „pojawiasz się i znikasz”. Pojawiasz się wśród Polonii z konkretną propozycją, prezentujesz, a potem znowu cię nie ma.

Bo zawsze idę za tekstem. Coś musi mnie porwać… tak było z Leśmianem. Był to projekt realizowany z różnymi muzykami, na różnych scenach (m.in. na Zaduszkach Jazzowych), projekt, do którego może jeszcze wrócę. I odkryję na nowo.

 

Tak było z prawie nikomu nieznaną poezją ks. Czesława Polaka i koncertem kolęd i pastorałek zagranym z Agnieszką Iwańską. Wtedy pracowałam nad bardzo oryginalnymi i mało znanymi tekstami.

 

Musi mnie coś zainspirować. Postać, jakaś scena lub tematyka… muszę być w stu procentach przekonana, że chcę „wziąć na warsztat” ten a nie inny materiał. Ale chętnie biorę udział w tutejszych propozycjach występów, o ile koledzy mnie zaproszą.

 

– I występujesz pod pseudonimem…

Z tym pseudonimem to nie jest tak. Jeszcze w szkole teatralnej koledzy przezywali mnie „Modrzejewska, Modrzejewska”, bo byłam taka romantyczno-dramatyczna.

 

Ktoś mi kiedyś w Chicago zarzucił, że będę się chciała podszyć pod Helenę Modrzejewską, wykorzystać jej sławę. Bzdury i banialuki. Jest to po prostu niemożliwe.

 

W środowisku amerykańskim to nazwisko nic nie znaczy. Nie znają historii teatru ani swojego, ani europejskiego. Nawet nie wiedzą, że taka aktorka istniała.

 

Dlatego nie pytają i nie zastanawiają się nad tym, czy Modjeska to moje prawdziwe nazwisko czy pseudonim sceniczny. A ja sama buduję swoję karierę ciężką pracą i wieloma wyrzeczeniami.

 

Helena Modrzejewska bardzo ciężko pracowała na swój wizerunek i nad każdą rolą, którą przyszło jej zagrać. Była przepięknym człowiekiem nie tylko na scenie, ale i w życiu. No i była to wyjątkowo pracowita aktorka.

 

– A odkryłaś już swoją inną stronę, tę „komiczną”?

Aktorowi łatwiej jest płakać niż śmiać się. Łatwiej jest kreować postaci tragiczne niż komiczne. Do tej pory nie miałam zbyt wielu okazji do zmierzenia się z komediowymi rolami, chociaż współpraca z kabaretem „Bocian” dała mi możliwość odkrycia siebie w nowych barwach. Pamiętam kilka tekstów i reakcję roześmianej widowni, a także piosenkę, którą podarowała mi Ewa Milde. To był tekst o młodej wdowie, która „niechcący” uśmierciała kolejnych mężów… widownia nieźle się bawiła.

 

– Jakie plany na przyszłość? Komiczne, tragiczne czy edukacyjne?

Pracuję bardzo dużo, szczególnie mój ostatni pomysł, Studio Teatralne Modjeska, który ma już roczek, pochłania wiele czasu. Przyjęłam nieco inną formę niż kółko czy warsztaty teatralne. Zajęcia w moim Studio odbywają się w bardzo kameralnych klasach. Przez kilka pierwszych miesięcy pracujemy nad wyobraźnią, komunikacją, otwarciem dziecka, poprawną wymową, ruchem scenicznym, pantomimą, wyrażaniem siebie, a nawet improwizacją. To są ogólnorozwojowe zajęcia, które mogą wychować prawnika, przedstawiciela handlowego, menedżera… każdego, kto do swojej profesji będzie potrzebował umiejętności otwarcia się, swobodnego kontaktu z drugą osobą. Zajmujemy się także scenografią, rekwizytami… kostiumy robią same dzieci. Na spektakle nie mamy funduszy, ale jest prezentacja. Występy dla rodziny, przyjaciół. Dzieci uczą się spotkania z widownią, pokonania strachu scenicznego, tremy.

 

Mówię o tej ogólnorozwojowej idei Studia, bo to najważniejsze. Małe grupy 8–10-osobowe pozwalają mi poznać każde dziecko, jego problemy, i dostosować indywidualny program do potrzeb. Zdecydowanie inspiruje mnie szkoła, w której uczę, JRP, poprzez zabawę, poprzez wydawałoby się banalne ćwiczenia dziecko się otwiera, a po kilku tygodniach zupełnie się zmienia. Wyraz twarzy, postura, nawet jego oczy wyglądają inaczej. Dziwne…

 

– A czego nauczyła cię Ameryka? Jaka po latach jest Kinga Imiołek Modjeska?

Nie ma dla mnie granic Polska czy Stany Zjednoczone, nie dzielę czasu na „przed” przylotem do USA i „po”. Ja cały czas jestem w drodze. Nawet nie myślę o sobie „emigrantka”, w moim słowniku nie ma takiego wyrazu. Ważne dla mnie jest, czy jestem szczęśliwa w miejscu, gdzie żyję, pracuję, tworzę. Jacy ludzie mnie otaczają i czy mówimy w podobnym „języku”. Nie chodzi o słowa ani o jakieś bariery językowe, chodzi o podobne spojrzenie na świat i sztukę. O wspólne pasje, projekty i realizację ich.

 

W Ameryce musiałam się szybko nauczyć, że artystką bywam tylko podczas procesu pracy nad projektem, rolą w teatrze lub w filmie. A codzienność amerykańska? To bezustanna nauka marketingu, biznesu, umiejętność „sprzedawania” siebie i swojego produktu. Tu sama sobie jestem „sterem, żeglarzem, okrętem”.

 

– To życzę ci pomyślnych wiatrów i tych życzliwych wspaniałych ludzi dokoła, abyś nie zatonęła. Dziękuję za rozmowę.

Bożena Jankowska

Categories: Kultura i Rozrywka

Write a Comment

Your e-mail address will not be published.
Required fields are marked*