Ayers Rock i okolice

Ziemia w centralnej Australii ma piękny czerwony kolor. Soczysta czerwień o lekko brązowym odcieniu ciągnie się bez końca. Przecina ją tylko jedna szosa  Stuart Highway  łącząca Adelajdę i Darwin.

Mniej więcej w połowie drogi leży Alice Springs, drugie co do wielkości miasto Północnego Terytorium Australii (27 tys. mieszkańców). A stąd tylko żabi skok (350 km) do chyba najbardziej znanego kamienia świata  Ayers Rock.
Kamień wznosi się 345 metrów ponad ziemię, ma ponad 3 km długońci i 2 km szerokości, a cztery razy tyle objętości ukryte jest pod ziemią.

Zbliża się wieczór, na szosie tłok. Sznur samochodów i autobusów podąża do miejsca, skąd można oglądać zachód słońca. Na parkingu gwar i zamieszanie. Brzęczą kieliszki i butelki. Przy niektórych autobusach stoją elegancko nakryte stoły, kelnerzy we frakach czekają na właściwy moment, żeby napełnić kieliszki szampanem. Ludzie spoglądają z niepokojem to na zachodzące słońce, to na Wielki Kamień. Czy chmury nie zepsują widowiska? Kamień góruje nad okolicą, jest czerwony jak ziemia dookoła. Słońce zniża się ku horyzontowi, robi się czerwone. Przez tłum przebiega westchnienie, bo oto kamień zaczyna odbijać tę czerwień.

Odbijać? Nie, to nie jest odbicie. Kamień wydaje się czerwienić swoim własnym żarem. Robi się jasnoczerwony, różowy, wydaje się, że przypomina sobie chwile, gdy cały nasz system planetarny był jedną gorącą kulą.

Ale oto słońce przyspiesza biegu, kryje się za horyzontem, a Kamień wydaje się stygnąć, robi się ciemnoczerwony, szarzeje, i nagle zmienia się w wielką czarną bry łę. Robi się zimno, ciemno. Przez chwilę mam poczucie, że byłem świadkiem kosmicznej katastrofy. W milczeniu odszukuję swój autobus.
Następnego dnia mogę obejrzec Ayers Rock z bliska.

Przede wszystkim  to nie jest Ayers Rock. Tę nazwę nadali mu biali odkrywcy w 1873 roku, aby się przypochlebić jakiemuś biurokracie w Adelajdzie. A przecież u stóp kamienia mieszkali już ponad 20 tysięcy lat Aborygeni z plemienia Anangu. W 1985 roku Ayers Rock i otaczające go tereny zostały oddane pierwotnym mieszkańcom, a oni przywrócili mu oryginalną nazwę  Uluru.

Aborygeńskie mity nie tłumaczą, jak powstało Uluru; po prostu było tu zawsze, nawet wtedy, gdy Tęczowy Wąż nadawał ziemi jej obecny kształt. Natomiast każda rysa czy wyrwa w kamieniu ma swoją własną legendę. Wiele z tych legend łączy się z sekretnymi obrzędami i wierzeniami i w niektórych miejscach nie wolno robić fotografii. Aborygeni proszą turystow: nie wchodźcie na Uluru, okażcie swój szacunek dla naszych tradycji! Sporo osób jednak wchodzi.

Mnie ta prośba przekonuje, a na dodatek dochodzę do wniosku, że dużo ciekawiej będzie obejść Uluru dookoła i zobaczyć dokładnie z każdej strony, podczas gdy ze szczytu widać będzie tylko ogromną płaską przestrzeń.
Spacer dookoła Uluru ma prawie 10 kilometrów długości i jest bardzo ciekawy. Zaskakujące kształty, ogromne pęknięcia, groty z malowidłami Aborygenów. W miejscach, gdzie w czasie deszczów spływa woda, kamień ma normalną, pospolitą, szarą barwę. Ta niezwykła czerwień to po prostu rdza, bo grunty Australii są nasycone rudami żelaza.

W pobliżu Uluru jest ośrodek prezentujący tradycje i dorobek artystyczny miejscowych Aborygenów. Moją uwagę zwraca wystawa listów ludzi, którzy zabrali sobie kawałki Uluru na pamiątkę, lecz później je odesłali z przeprosinami. Jest ich wiele, wszystkie wspominają o poczuciu smutku i winy, a często o serii nieszczęśliwych przypadków, które spotkały kolekcjonerów.
Centrum Australii to nie tylko Uluru. W pobliżu znajduje się kilka równie ciekawych miejsc. Przede wszystkim Olgas (Kata Tjuta)  zespół skał większy i może nawet ciekawszy od Uluru  i Kingąs Canyon, głęboki wyłom w ziemi, zaskakujący bogactwem tropikalnej roślinności. Ale jednak Wielki Kamień najmocniej utrwala się w pamięci.

Po dwóch dniach zwiedzania nasza wycieczka wraca do Alice Springs. Podczas długiej jazdy rozglądamy się dookoła i zaskakuje nas bogata roślinność.
Centrum Australii nie jest pustynią. Wprawdzie temperatury w lecie są bardzo wysokie, a suma rocznych opadów nie przekracza 9 cm, ale kilkadziesiąt metrów pod powierzchnią ziemi znajduje się gigantyczna niecka wodna. Rośliny potrafią się podłączyć do tych zasobów i rozwijają się całkiem dobrze, natomiast biali podróżnicy przez długie lata ginęli z pragnienia. Aborygeni nie mogli tego zrozumieć  przecież wystarczy wykopać dołek głębokości niecałego metra, przeciąć korzeń drzewa czy krzewu i woda leje się jak z kranu. Ale kto by tam słuchał dzikusów!

Nieckę wodną odkryto dużo później; wykopano studnie artezyjskie i teraz trawniki w Alice Springs są ładniejsze niż w Melbourne, gdzie ze względu na suszę są ograniczenia w używaniu wody w ogrodach.

Natomiast bardzo smutne wrażenie robi Todd River, spora rzeka przepływająca przez Alice Springs. To znaczy koryto rzeki, bo woda płynęła tam ostatni raz trzy lata temu. Od tego czasu większość terenów Australii przeżywa dotkliwą suszę. Ostatni prawdziwy deszcz padał w Alice Springs rok temu. Mimo to co roku w sierpniu na Todd River rozgrywane są regaty żeglarskie i wioślarskie. łodzie mają dziury w dnie, a zawodnicy biegną po piachu trzymając łódź na wysokości bioder. Kłopot zaczyna się dopiero wtedy, gdy w rzece jest woda.

Alice Springs leży nieomal w geograficznym środku Australii, a więc nadaje się bardzo dobrze na siedzibę dwóch instytucji obsługujących słabo zaludnione centrum kraju. Szkoła przez radio (School of the Air) ma 160 uczniów i powierzchnię 1 miliona kilometrów kwadratowych. Każdy uczeń ma dziennie jedną godzinę radiowego kontaktu z nauczycielem i swoją klasą, a prócz tego oczekuje się, że codziennie będzie się uczył pięć godzin pod nadzorem rodziców.
Dzieci żyjące na farmach Północnego Terytorium chłoną wiedzę jak gąbka. Surowe otoczenie uczy je traktować życie na serio. Jeżdżą na koniach i motocyklach po ogromnych pastwiskach, asystują przy porodach zwierząt, są świadkami klęsk żywiołowych, śmierci. Wiedza z książek jest dla nich uporządkowaniem i potwierdzeniem tego, co znają z doświadczenia. Na dodatek nie mają dostępu do telewizji. W rezultacie jeśli decydują się na wyższe studia, to osiągają doskonałe wyniki, ale większość zostaje na rodzinnej farmie, gdzie życie ma bardziej autentyczny smak.

Druga instytucja to Latający Doktor (Royal Flying Doctor Service). Obsługuje ona wszystkie tereny Australii, gdzie nie ma regularnej służby zdrowia, a więc terytorium o powierzchni ciutciut mniejszej niż cała Europa.

Latający Doktor powstał w roku 1928. Oprócz samolotów potrzebna była łączność radiowa i w tym celu skonstruowano radio z generatorem na pedały, gdyż na farmach nie było energii elektrycznej.

żeby uniknąć pomyłek w konsultacjach medycznych przez radio, każda większa farma została wyposażona w skrzynię medyczną, w której znajdował się atlas ciała ludzkiego z numerami na wszystkich istotnych punktach. Prócz tego w skrzyni były lekarstwa, wszystkie w jednakowych pudełkach bez nazw, lecz oznaczonych numerami. Lekarz pytał pacjenta, w których punktach odczuwa ból, i zalecał odpowiednią dawkę leku z pudełka o określonym numerze. Na tym tle powstała anegdota: gdy po kilku dniach leczenia doktor zapytał o przebieg choroby, pacjent odpowiedział, że zabrakło mu przepisanego lekarstwa numer 9, ale za to brał leki 6 i 3 i już czuje się dobrze.
Gdy sprawa jest poważniejsza, startuje samolot. W ostatnim roku Latajacy Doktor wykonał 58 tysięcy takich lotów.

Czas w dalsza droge. Opuszczam „Czerwone Centrum” z poczuciem niedosytu. Wydaje mi się, że nasze europejskie poczucie czasu nie pasuje do tych niezmierzonych przestrzeni. Nie dziwię się ludziom, którzy żyją w tych surowych warunkach i nie zamieniliby tego życia na wygody i atrakcje wielkiego miasta.
     Lech Milewski


 

Categories: Kultura i Rozrywka

Write a Comment

Your e-mail address will not be published.
Required fields are marked*