Zjeść obiad w kościele

fot.Tony Gentile/EPA

I to z samym papieżem! Kolejny raz Franciszek zaskoczył wszystkich. Zakładając na rękę identyfikator uchodźcy, zwołał wraz z arcybiskupem tego miasta do starej i czcigodnej bazyliki św. Petroniusza we włoskim mieście Bolonia ubogich i uchodźców, więźniów i bezdomnych i kazał przygotować dla nich uroczysty obiad, samemu zasiadając przy stole.

Dla uszanowania różnych tradycji religijnych menu zawierało: lasagne z sosem z mięsa wołowego, kotlety z indyka z sosem parmezanowym, a na deser winogrona i śliwki oraz tort ryżowy. Nieprzychylne Kościołowi media wraz z internetowymi hejterami komentując Franciszkowe zaproszenie, nazywały je wspólnym głosem: „profanacją”. Nic nowego, wszak dopiero co okrzyknięty przez pewną grupę teologów „papież heretyk”, który póki co żadnej herezji ani nie napisał, ani nie wygłosił, jest wciąż doskonałym obiektem do krytyki i podżegania innych. Profanacja dotyczyła miejsca świętego i obecności w nim Najświętszego Sakramentu. Dom modlitwy stał się restauracją i to w całej okazałości. Wszak posiłku nie spożywano w milczeniu, a na dodatek większość z zaproszonych niewiele pewnie ma wspólnego z Kościołem.

Pisząc te słowa, mam przed sobą ikonę wiszącą w moim pokoju. Jedną z tych bliskich mojemu sercu i duchowości. Oto Chrystus z dwoma uczniami przy stole w Emaus. W niedzielny wielkanocny wieczór. Na stole, nakrytym białym obrusem, leży ryba, karafka z winem, kielich, warzywa, a sam Chrystus w swoich rękach łamie chleb. Dwaj uczniowie patrzą w nieznanego im jeszcze wtedy przygodnego towarzysza drogi niczym dwaj głodni ludzie. Przecież ich serca były smutne, czuli się oszukani, zostawieni, niepewni jutra. Głodni nie tyle samego chleba, co miłości, która nakarmi znowu ich życie. Ikona jest mi bliska także dlatego, że jeden z wpatrzonych w Pana uczniów ma na imię Łukasz, a drugi Kleofas. Tak wypisał na ikonie jej grecki autor.

Patrzę na fotorelację z obiadu w Bolonii. I ciśnie mi się na usta to jedno określenie: liturgia miłości. Arcybiskup Zuppi tłumaczy: „Mogę zrozumieć kogoś, kto czuje się zgorszony. Oczywiście ważnym punktem jest to, że przecież tu jest miejsce święte. Jednak to, co się wydarzyło, nie oznacza desakralizacji miejsca, więcej, pomaga jeszcze lepiej zrozumieć i odczuć, że Eucharystia jest jeszcze bliższa człowiekowi”. Przywołuje też postać proboszcza z Bolonii, ks. Marelliego, który w latach 50. i 60. animował w mieście ducha charytatywnej miłości. W czasie niedzielnych mszy to, co było składane na ofiarę, rozdawał ubogim. A później jadł z nimi w kościele śniadanie, kontynuując braterskie agape, czyli miłość. Ten piękny obraz, zdaniem biskupa, pozwala zrozumieć lepiej jedność dwu stołów: Eucharystii i wspólnoty życia, czyli rodzinnego stołu.

Nie wszystkim się to jednak podoba. A przecież taki był Jezus. Siadał przy stole z „celnikami i grzesznikami”, żeby zjeść z nimi posiłek. Faryzeusze i uczeni w Piśmie, ludzie „pobożni” także się gorszyli. W ich mniemaniu Jezus profanował prawo i wszelkie zasady obyczajów. A dla ustanowienia Eucharystii potrzebował także stołu i posiłku. Chleba i wina, które przemienił w Sakrament Miłości, dając pod tymi postaciami swoje Ciało i Krew, czyli siebie. Mówił: „Bierzcie i jedzcie”, „bierzcie i pijcie”. A swoim uczniom kazał czynić to zawsze na Jego pamiątkę. Czemu więc pobożni chrześcijanie gorszą się tym, że w kościele przy stołach usiedli uchodźcy i ludzie współczesnych marginesów społecznych, zaproszeni na ucztę?

„Miłość nigdy nie jest drogą jednokierunkową, jest ciągłym krążeniem i wszyscy coś dają oraz coś otrzymują. Wszyscy otrzymujemy i wszyscy potrafimy i możemy wiele dać. Jezus nikogo nie odrzuca, nikim nie gardzi” – mówił Franciszek do zaproszonych na ucztę u św. Petroniusza. To jest wielka i odważna lekcja miłości Kościoła, który jest jak matka. Czy się to komuś podoba, czy nie. To jest prawdziwa misja Kościoła. Ubogim może być każdy. W jednej chwili tracąc wszystko. I dobra materialne, i miłość, i człowieczeństwo, i godność. Wszystko. Wtedy zaczyna żebrać, czasami otrzymując jakiś ochłap, nawet w postaci zbywającego słowa czy gestu bez treści. A czasem zostaje sam, pochłonięty otchłanią osamotnienia i bólu. Wtedy w aktach desperacji upada jeszcze niżej, a czasem staje się nawet niebezpieczny, gdyż bieda wyrzuciła go daleko poza społeczeństwo, gdzie ciemność i zło.

Heretyk? Profanator? A może jednak prorok, konsekwentnie pokazujący Jezusa Chrystusa pukającego także dzisiaj do naszych drzwi, wyciągającego rękę po pomoc i wsparcie? Ten prorok, Franciszek, pokazuje Jezusa Chrystusa z Ewangelii, a nie ludzkich przekonań czy pobożności. Chrystus Ewangelii nie jest łatwy do naśladowania, ale pomimo tego wciąż wzywa do tego, by iść za Nim i naśladować Go. A ty, widzisz Chrystusa Ewangelii czy Chrystusa takiego, jakiego chcesz widzieć?

ks. Łukasz Kleczka

kleczka
Salwatorianin, ksiądz od 1999 roku. Ukończył studia w Bagnie koło Wrocławia, Krakowie i Rzymie. Pracował jako kierownik duchowy i rekolekcjonista w Centrum Formacji Duchowej w Krakowie, duszpasterz i katecheta. Od 2011 roku przełożony i kustosz Sanktuarium Matki Bożej Częstochowskiej w Merrillville w stanie Indiana.

Categories: Kleczka

Write a Comment

Your e-mail address will not be published.
Required fields are marked*