Z pielgrzymki po sanktuariach Europy

fot.Pexels.com

Zupełnie niespodziewanie otrzymałem zaproszenie, aby w roli kapelana towarzyszyć amerykańskim pielgrzymom w ich podróży do Europy. Przyznam, że nigdy nie brałem udziału w tego rodzaju pielgrzymkach, a nawet byłem lekko do nich uprzedzony. Perspektywa tygodnia w autobusie niespecjalnie mi się uśmiechała. Z drugiej jednak strony poczułem jakieś wewnętrzne zaproszenie do tego, by korzystając z okazji, móc przeżyć taki „swój czas” w miejscach uświęconych przez dziesiątki lat modlitwami ludzi.

Miejsca te, dla pewnej grupy tajemnicze, dla innych będące powodem kpin, są jednak dla wierzących miejscami bardzo szczególnymi, prawdziwie świętymi, nie tylko ze względu na nadprzyrodzoną obecność Bożą, cudowne działanie, ale przede wszystkim żywą wiarę. Nigdy dotąd nie miałem okazji znaleźć się ani w portugalskiej Fatimie, ani we francuskim Lourdes. Wszystkie miejsca pielgrzymkowego szlaku były więc dla mnie czymś zupełnie nowym, znanym tylko z książek i opowieści tych, którzy byli tam przede mną. Przyjęcie zaproszenia, które otrzymałem, przerosło moje oczekiwania, stało się bardzo mi potrzebnym, duchowo odświeżającym doświadczeniem spotkania z Bogiem, Maryją, drugim człowiekiem i z samym sobą.

„Fatima jest zawsze nowa” – mówił biskup Coimbry w Fatimie, 13 października 2017 roku, zamykając rok 100. rocznicy objawień Matki Bożej, do kilkusettysięcznej rzeszy pielgrzymów z całego świata. Rzeczywiście, jeśli po stu latach wciąż tutaj przychodzą, to musi być coś na rzeczy. I to bynajmniej nie jakaś naiwna pobożność. Tutaj naprawdę czuć głębię. Pierwszego dnia spóźniliśmy się na mszę. Młody człowiek ze służby porządkowej rozkładając bezradnie ręce, nie mógł mnie wpuścić do ołtarza. Trochę smutno mi się zrobiło. Wszak to niczyja wina, ale zrozumiałem, że nie można dochodzić na ostatnią chwilę. Porządek musi być. Pospacerowałem po ogromnym fatimskim placu. Wzdłuż pielgrzymi na kolanach przesuwali się powoli w kierunku kaplicy objawień. W ciszy, milcząco, w rękach przesuwali paciorki różańca. Metr za metrem, coraz trudniej, widać wysiłek, ale się nie poddają. Młodzi i starzy, w lepszej i gorszej kondycji. Nikt im nie każe tego robić. Byli tacy, którzy przechodząc, przyglądali się im ze zdziwieniem, jakby widzieli obłąkanych. W pewnym momencie dostrzegłem idącego na kolanach ojca z synem. Trzymali się za ręce. Syn z zespołem Downa, uśmiechnięty, szczęśliwie trzymał się taty, ubrany był w koszulkę z napisem „Polska”. Coś jednak jest powodem podjęcia takiej drogi, na kolanach. Wiara w istnienie mocy Bożej, która uzdrawia. Wieczorna procesja i nabożeństwo światła. Kolejny raz w życiu zobaczyłem, jak cały świat potrafi być razem. W jednej chwili i w tym samym miejscu, stanąłem pomiędzy pochodzącymi ze wszystkich kontynentów ludźmi, w atmosferze modlitwy, skupienia i w poczuciu jedności. Wspólny śpiew „Ave Maria” dodatkowo łączył wszystkich w jeden głos. I różaniec odmawiany we własnym języku dawał to poczcie, że chociaż jesteśmy różni, to potrafimy być razem. Następnego dnia nawet słońce przedarło się przez mgłę i gęste chmury. Podobnie jak sto lat temu, dając znak, że to jest coś wielkiego, to bycie razem, we wspólnocie, w wielkim wołaniu o pokój.

Lourdes, Francja. Od 1858 roku nieprzerwanie przybywają tutaj pielgrzymi. Zwłaszcza chorzy, na wózkach inwalidzkich i leżący na łóżkach, o kulach i chorzy na duszy. Przychodzą prowadzeni przez dobrych wolontariuszy. Tak bardzo chcą tu być. Mają nadzieję, że stanie się jakiś cud, że wstaną. „Tutaj każdy przychodzi takim, jakim jest” – mówi pochodząca z Indii siostra zakonna oprowadzająca naszą grupę. Do trójpoziomowej bazyliki dobudowano dwa ogromne pomosty, które niczym otwarte ramiona zapraszają każdego, by wejść do samego środka tajemnicy. Każdego, bez względu na rodzaj choroby i cierpienia. W grocie objawień od wczesnego rana do wieczora msza za mszą. W różnych językach świata. I takie samo jak w Fatimie poczucie jedności. Jakiejś całości, która łączy nas pomimo odmienności. W źródle, które cudownie zaczęło wypływać ze skały massabielskiej groty, zanurzają się ludzie. Z wiarą i nadzieją. W księgach cudów odnotowywane są kolejne przypadki uzdrowień, których nie może wyjaśnić nauka. Stoją też obok siebie dwa szpitale. Jeden dla ciała, gdzie przyjmowani są i opatrywani chorzy, drugi dla duszy, gdzie kapłani rozgrzeszają grzeszników. To jest kolejne naprawdę wyjątkowe miejsce. I nawet rozbudowana przez lata do granic możliwości sieć sklepików z dewocjonaliami rożnego kalibru i jakości nie jest w stanie przysłonić tego, czego może we wnętrzu sanktuarium, poza granicami świata konsumpcji, doświadczyć poszukujący siły, wsparcia i uzdrowienia człowiek.

Barcelona. Stolica Katalonii. Msza św. w majestatycznej bazylice Sagrada Familia, geniuszu architektonicznego Antonio Gaudiego. Ten człowiek, nazywany „Bożym architektem”, pracował przy budowie tej niezwykłej świątyni już w 1883 roku. Bazylika jest budowana jeszcze dziś, ale niezwykłość jej konstrukcji i treść, która jest w niej zawarta, przyciąga uwagę tysięcy turystów. Sam Gaudi naznaczył mocno swoją twórczością Barcelonę. Wydaje się, że to miasto szczyci się dziełami tego katolickiego architekta, który jest kandydatem na ołtarze. Cóż jednak, kiedy większość odwiedzających Sagradę Familię to turyści, dla których kościoły są tylko pięknymi i wartościowymi muzeami, a nie miejscami spotkań.

To, czego doświadczam w tych dniach, mógłbym streścić w kilku słowach: obecność, tajemnica, przesłanie. Obecność Niewidzialnego, który przez osobę Maryi z Nazaretu i świętych, stał się i staje się bliski każdemu. Tajemnica zrozumiała tylko dla tego, który nie boi się zaryzykować wiary. Przesłanie miłości, pokoju i otwartości na każdego, bez względu na wszystko, człowieka. Wobec ciszy miejsc naznaczonych żywą obecnością Boga, Maryi, świętych oraz zwyczajnych, pokornych ludzi takie miasta jak Barcelona i inne, gdzie więcej turystyki niż pokoju, szalonej pogoni za tym, by być i mieć, są miejscami chaosu. Stąd potrzeba czasami takiej konfrontacji, żeby zobaczyć, gdzie się jest dzisiaj i gdzie można znaleźć się zawsze wtedy, kiedy tylko uda się zaryzykować.

Categories: Kleczka

Write a Comment

Your e-mail address will not be published.
Required fields are marked*