Wyprawa po człowieczeństwo

Wyprawa po człowieczeństwo

Pielgrzymkowy weekend, pielgrzymkowy czas. W USA, Kanadzie, w Polsce i wielu innych miejscach świata. Idą pielgrzymi, przez kilka lub kilkanaście dni, w upale, deszczu i burzy. Są też tacy odważni, którzy maszerują wiele dni do Santiago w Compostelli, pokonując w upale naprawdę duże odległości. Na łamach „Dziennika Związkowego” pisałem już nieraz o tym specyficznym fenomenie pielgrzymim, o samych pielgrzymach i przeżyciach duchowych, które mogą wędrowaniu towarzyszyć, o nawiązywaniu relacji, czasami takich na całe życie, o przygotowaniach i całym pielgrzymkowym zapleczu. Rodzi się jednak pytanie – co po pielgrzymce? Kiedy nadchodzi już czas powrotu do rzeczywistości. Czy coś się zmieniło, czy coś się zmieni? Czy też pozostanie w martwym punkcie? Od jednego przeżycia do następnego? Jak to jest? Jak mogłoby być? I jak powinno być?

Na Wschodnim Wybrzeżu pielgrzymka do Amerykańskiej Częstochowy idzie aż cztery dni. Jedną z grup, amerykańską, prowadzą Szare Anioły, czyli franciszkanie odnowy z nowojorskiego Bronxu. Nowe zgromadzenie zakonne, któremu kiedyś warto będzie poświęcić chwilę uwagi. Spotkałem się właśnie z ojcem Mariuszem. Trzecia generacja Polonii, urodzony w New Jersey, kapłan z 50-letnim doświadczeniem, zakonnik. Od wielu lat pielgrzymuje. Opowiadał mi, że był właśnie u nowicjuszy, rozpoczynających życie zakonne, którzy pójdą w pielgrzymce, a ponieważ nic na ten temat nie wiedzą, mówił im, po co właściwie się idzie i dokąd. I jakie to ma mieć w życiu znaczenie. Ci młodzi ludzie, po raz pierwszy w życiu zmierzą się ze sobą w taki sposób. I chcą wiedzieć, o co tu chodzi. Bez sensu jest iść, nie wiedząc po co. Rzeczywiście, tych kilka dni, to coś zdecydowanie więcej niż trening na siłowni. To jest wielkie wyrzeczenie. Szkoda by było, gdyby nie miało celu. Ból nóg, bolesne bąble, zatarcia, zmaganie się w wysoką temperaturą. Po co? Czy tylko po to, żeby udowodnić sobie, że potrafię? Że stać mnie na bycie twardzielem? Bo dobra okazja do bardzo wyczynowego treningu? To wszystko za mało i totalnie bez sensu! Kiedy zatem zyska sens?

No dobrze, podejmuję decyzję, że pójdę. Nie bardzo jeszcze czuję w sobie to przekonanie. Może ktoś mnie namówił, może coś mnie wewnętrznie pchnęło. Idę, nie czekając do końca, jaka będzie pogoda. To też może być nieco zgubne. Któregoś roku, w sobotni poranek, na samo rozpoczęcie pielgrzymki w Chicago przeszła burza, prawdziwe oberwanie chmury. Wielu się zawahało – iść, nie iść? Wygrali ci, którzy podjęli decyzję, że pójdą. Po deszczu nastała piękna, słoneczna i niezbyt duszna pogoda, wręcz idealna na wędrowanie. Nie od pogody więc wszystko zależy. Jeśli jednak decyduję się na to, żeby iść, to idę! Cel jest zdecydowanie ważniejszy!

Zawsze było dla mnie istotne, żeby sobie i innym przypomnieć o intencji. Miałem szczęście czytać tysiące zapisanych na karteczkach i powierzonych mojej pieczy intencji. Czytając je, niejednokrotnie ocierałem łzy wzruszenia, gdyż były takie szczere i konkretne. Te intencje zawierają w sobie jakiś cel. Nie tylko prośbę za kogoś i coś, ale prośbę o to, żeby to w moim życiu coś uległo zmianie. Na lepsze. To jest możliwe, jeśli szczerze o to zabiegam i proszę, i jeśli wierzę, że Ktoś mi w tym może pomóc. Tym „Kimś” jest sam Bóg, który jest i który powinien być choćby najmniejszą motywacją pielgrzymowania. Dlatego dobrze jest na początek popatrzeć na siebie szczerze – jaki jestem dzisiaj, jakie jest moje życie. Dodam jeszcze – jaka jest moja miłość, do siebie samego i do drugiego człowieka. Jaka jest moja wiara, o ile w ogóle jest? To wszystko jest ważne, to są punkty wyjścia. Ważne jest, żeby stanąć w prawdzie. Nie iść na pokaz, bo i co tu pokazywać na pielgrzymim szlaku. Tutaj w końcu każdy staje się prawdziwy. Zatem trzeba stanąć w prawdzie, jakim się jest teraz, dzisiaj. Każdy etap, wolna chwila, bez koncentracji na niedogodnościach, jest okazją do tego, żeby zrobić sobie życiowy rachunek sumienia. Po co? Żeby stwierdzić, że potrzebuję zmiany na lepsze. Zawsze na lepsze! Odrzucenia egoizmu, odgruzowania własnego serca i umysłu, większego otwarcia się na drugiego człowieka, obecnego w moim życiu. Tak sobie myślę, jakie to jest ważne! I jak często zupełnie pomijane, gdyż w centrum stoję „ja” i moje dobre, wygodne życie.

Tak wielu ludzi idzie na pielgrzymkę. To dobrze, to pięknie! Co dalej? Jak bardzo świat, także ten nasz, mały – polonijny, mógłby się zmienić na lepsze, gdybyśmy chcieli być bardziej otwarci na siebie. Nie oceniali jeden drugiego tak, jak nie da się oceniać nikogo na pielgrzymim szlaku, gdzie każdy jest sobą. Odkrycie swojego człowieczeństwa i jego ograniczoności, słabości i ułomności, to piękny moment na pielgrzymkowym szlaku. On może tak wiele zmienić, bo z pielgrzymki można wrócić innym. Bardziej ludzkim. Można wrócić dosłownie, będąc CZŁOWIEKIEM! Choć słabym, a w swej słabości cudownie zależnym od Boga i Jego miłości, ale człowiekiem, tak bardzo przez Boga kochanym! I pozostać takim nie do następnego zrywu, ale do samego końca.

ks. Łukasz Kleczka

kleczka
Salwatorianin, ksiądz od 1999 roku. Ukończył studia w Bagnie koło Wrocławia, Krakowie i Rzymie. Pracował jako kierownik duchowy i rekolekcjonista w Centrum Formacji Duchowej w Krakowie, duszpasterz i katecheta. W latach 2011-2018 przełożony i kustosz Sanktuarium Matki Bożej Częstochowskiej w Merrillville w stanie Indiana. Od lipca 2018 r. wikariusz w parafii św. Jana Pawła II w Bayonne, w New Jersey.

 

fot.Artur Partyka

Categories: Kleczka

Write a Comment

Your e-mail address will not be published.
Required fields are marked*