Więcej ciepła, mniej oceniania

Więcej ciepła, mniej oceniania

Taki mamy klimat, a nie inny. W lecie narzekamy, że jest nam za duszno i za gorąco, w zimie, że zimno, ponuro i ślisko. Doprawdy, trudno nam dogodzić. Szukamy schronienia, tak przed nadmierną duchotą i palącymi promieniami słońca, jak i przed mrozem i śniegiem. Dobrze jest, kiedy mamy bezpieczne schronienie, klimatyzowane i ogrzewane mieszkania. Dobrze jest, jeśli potrafimy bez problemu znaleźć się w każdym cywilizowanym miejscu, gdzie nikt na nas nie zwróci uwagi. Gorzej by było, gdybyśmy tego nie mieli, albo też czuli się nieproszonymi, podejrzanymi gośćmi w tak zwanym kulturalnym świecie. Co wtedy? Jak żyć będąc „drugą” kategorią społeczeństwa?

Tak się składa, że w miejscu, gdzie aktualnie pracuję, są niemal przez cały dzień otwarte katolickie kościoły. Wiele osób przychodzi w ciągu dnia się pomodlić. Bądź to spontanicznie, przechodząc, wstępują na chwilę, bądź też mając zaplanowane odwiedzenie świątyni. Kościół jest klimatyzowany i ogrzewany, a więc niezależnie od pory roku, można się w nim czuć komfortowo. Taka jest Ameryka Północna, która dba o komfort ludzi tutaj żyjących. Pośród odwiedzających świątynię są też tacy, którzy przychodzą tutaj tylko po to, żeby się ogrzać bądź ochłodzić, w zależności od pory roku, wyspać i załatwić swoje fizjologiczne potrzeby w ogólnodostępnych ubikacjach. Takich osób też jest sporo.

Czasami mogą irytować. Bynajmniej nie pretensjonalnym zachowaniem, gdyż to zdarza się stosunkowo rzadko. Bezdomność, bieda, brak miłości i zainteresowania, a także leżący u podstaw brak akceptacji siebie i swojego życia, czasem nawet nienawiść do siebie samych, wyciskają na twarzach i sposobie życia tych ludzi swoiste piętno. Wyraża się ono na zewnątrz ogólnym zaniedbaniem, odrażającym czasami zapachem, wulgarnym słownictwem i nieumiejętnością komunikacji. Ta ostatnia zresztą wynika z trudnego do przyjęcia faktu – z kim mogą tak naprawdę się komunikować? Z ludźmi, którzy nie tylko są wobec nich obojętni, ale wręcz wrogo i obcesowo nastawieni? Niestety i mnie czasem włącza się takie nastawienie. Bo skoro ci ludzie nie przychodzą się do kościoła modlić, a jeszcze nabrudzą i nie myślą, żeby posprzątać, to z jakiej racji ja mam to robić za nich? Niektórzy są młodsi ode mnie. I ja mam sprzątać po nich? Niestety nie myślę w takich chwilach, że potrzebują edukacji, a przede wszystkim pomocy w sposobie patrzenia na samych siebie, uzdrowienia ran, które zepchnęły ich na margines. A z tym trudniej.

Pamiętam, mieszkając w Rzymie, jak do kościołów, w których odbywała się całodobowa adoracja Najświętszego Sakramentu, przychodziło wielu bezdomnych, zwłaszcza w okresie zimowym. Widziałem, jak gromadzili się najbliżej piecyka, który ogrzewał świątynię. Myślałem wtedy – dobrze, że są. To dobre miejsce dla nich. Tu jest Pan Jezus, a On da im dużo więcej niż tylko tę odrobinę ciepła. Bo tak naprawdę ci ludzie czuli się tam bezpiecznie. I wiedzieli, że będzie ciepło, do samego rana. Dzisiaj często mówi się w Kościele o wyczuleniu na biedę, o zwyczajnych gestach miłosierdzia. Gorzej z tym w praktyce. Myślę, że ci ludzie, których widzę każdego dnia, od rana krzątających się wokół kościołów, zasługują na większą uwagę. Nie znam tak naprawdę historii ich życia. Nie wiem, co zepchnęło ich do punktu, w którym się znaleźli. Być może są to bardzo trudne i zawiłe historie. Może trzeba wpierw ich wysłuchać? Stosunkowo łatwo jest dać komuś jakąś sumę pieniędzy, materialną pomoc. Zdecydowanie trudniej jest poświęcić czas, nielimitowany, bezinteresowny, by wsłuchać się w cierpienie.

Przychodzi mi na myśl św. Brat Albert Chmielowski. Malarz, człowiek salonów, poszukujący Boga. Któregoś dnia znalazł się zupełnie przypadkowo w ogrzewalni dla biednych na krakowskim Kazimierzu. To tam spotkał żywego Chrystusa. W najuboższych, w odorze, w bólu bezdomności i odrzucenia, zobaczył w każdym z nich człowieka. Myślę też o dopiero co zmarłym bracie zakonnym, Andrzeju, dominikaninie z Krakowa. Miał tylko 55 lat, gdy po cichu zmarł na raka. Z czego pozostanie znanym? Z wierności Kościołowi i byciu dla biednych. Oni, krakowscy biedni i bezdomni, przyszli na jego pogrzeb. Bo to był ich brat. Być może wielu z nich spotkał, kiedy spali i ogrzewali się w dominikańskich świątyniach.

Kiedy jest nam zimno lub za gorąco, a mamy gdzie się schronić, może trzeba jednak wpierw pomyśleć o tych, którym z różnych względów nie jest tak prosto znaleźć schronienie. Będzie to jak zimno-gorący bicz wodny dla każdego, taka chwila ocknięcia się i przebudzenia, by popatrzeć szerzej, otworzyć swoje serce i zrozumieć, co kryje się w biedzie drugiego człowieka. Po to, by ogrzewając go bezinteresowną dobrocią, odkryć w nim siostrę i brata.

ks. Łukasz Kleczka

kleczka
Salwatorianin, ksiądz od 1999 roku. Ukończył studia w Bagnie koło Wrocławia, Krakowie i Rzymie. Pracował jako kierownik duchowy i rekolekcjonista w Centrum Formacji Duchowej w Krakowie, duszpasterz i katecheta. W latach 2011-2018 przełożony i kustosz Sanktuarium Matki Bożej Częstochowskiej w Merrillville w stanie Indiana. Od lipca 2018 r. wikariusz w parafii św. Jana Pawła II w Bayonne, w New Jersey.

 

fot.pxhere.com

Categories: Kleczka

Write a Comment

Your e-mail address will not be published.
Required fields are marked*