U Braci na Bronksie

U Braci na Bronksie

Nowojorski Bronx. To właściwe ponadmilionowe miasto, część Nowego Jorku. Jeszcze do niedawna bywało nazywane „najgorszą dzielnicą świata”, „siedliskiem wszelkiego zła”, gdzie na porządku dziennym mordowano, gwałcono, a w ciemnych zaułkach sprzedawano wszelkiego rodzaju narkotyki. Odstraszające, rozpadające się kamienice, płonące samochody i wałęsające się typy spod ciemnej gwiazdy. Taki obraz tego miasta sprzed trzydziestu lat opisuje mi jeden z zakonników chodzących w szarych, kapucyńskich habitach. W 1987 roku ośmiu franciszkanów-kapucynów zdecydowało się odejść od regularnego życia w swojej wspólnocie, by pójść tam, do przedsionka piekła i założyć nową wspólnotę. Dzisiaj, po trzydziestu latach, tworzą zakon franciszkanów odnowy, zwanych „szarymi aniołami”. Niedawno zostali oficjalnie zatwierdzeni przez papieża Franciszka. Wspólnota liczy ponad 120 zakonników, pracujących w kilku krajach świata. Każdego roku wstępują w ich szeregi nowi, odważni kandydaci. Jest wśród nich także kilku Polaków. Powstała również żeńska gałąź zakonu. Ich klasztory mieszczą się w opuszczonych plebaniach lub przykościelnych szkołach, przeznaczonych jeszcze niedawno do rozbiórki. Miejscem ich pracy jest ulica, życie wśród „marginesu społecznego”, który jednak tworzą konkretni ludzie: biedni, zranieni, bezdomni, narkomani, alkoholicy…
Kiedy przyszli na Bronx, znaleźli dla siebie miejsce możliwe zamieszkania. Plebanię, połączoną z zamkniętym siedem lat wcześniej kościołem pod wezwaniem św. Wojciecha. Wchodzę tam i jestem w prawdziwym szoku! To bodaj najstarszy kościół wybudowany w nowojorskiej aglomeracji przez Polonię, w 1900 roku. W głównym ołtarzu obraz Matki Boskiej Częstochowskiej z podpisem w języku polskim: „Pod Twoją obronę uciekamy się”. Witraże, droga krzyżowa i malowidła także polskie, z wypisanymi grupami ofiarodawców. Ten niezwykle przytulny kościół, w którym czuje się zapach wznoszonej od ponad stu lat modlitwy i wiary, niczym oaza na pustyni, ostał się w sercu tej strasznej dzielnicy, która wcześniej była świetnie prosperującą częścią „stolicy świata”. Nie zdążono go wyburzyć. Obawiano się być może rozpoczynania w tym miejscu jakichkolwiek prac. Dzięki temu przeczekał, by na nowo stać się prawdziwym centrum miłosiernej pomocy.
Przed kilkoma laty przeczytałem książkę o „Braciach z Bronksu”. Jej autor, Luc Adrian, napisał ją w formie tak zwanych „kwiatków”, czyli krótkich historii pisanych przez życie. We wstępie napisał: „Nadzieja budzi się wraz ze świtem. Siły życia i źródła miłości są ukryte pod ziemią. Nawadniają świat. W niektórych opustoszałych miejscach łatwiej dostrzec ich szmer”. Ta książka stała się jedną z bardzo szczególnych dla mnie lektur. Czytając o życiu i służbie tych ludzi, prawdziwie zafascynowanych misją, która ich wzywa, pomaga i mnie w różnych chwilach. Teraz zaś lepiej rozumiem, gdyż mogłem dotknąć tego, co wcześniej znałem tylko z książki i niedawno nakręconego filmu dokumentalnego „Outcasts. Szare Anioły”. Nie ukrywam, jestem zafascynowany takim Kościołem, takim życiem i misją! Czy nie zastanawia fakt, że choć z jednej strony Kościół katolicki zraniony ujawnianymi przestępstwami, niszczony medialnie na wszelkie sposoby, to jednak w wymiarze prostoty, ubóstwa, zwyczajności oraz prawdziwej odwagi, by tak, a nie inaczej żyć w sercu skomercjalizowanego świata, idąc do najuboższych ludzi – jest Kościołem atrakcyjnym, przyciągającym młodych ludzi? By być zakonnikami, idąc totalnie pod prąd. No tak, „z prądem płyną tylko zdechłe ryby”, ktoś słusznie powiedział. Bardzo podziwiam tę odwagę, radość i wewnętrzną wolność, którą spotkałem na Bronksie.
Słuchając historii młodego, wyświęconego na kapłana kilka miesięcy temu Marka, zrozumiałem, jak niewiele trzeba, żeby być szczęśliwym i nie dać się zwariować wszechobecnym reklamom „cool życia”. Tuż za zakrętem, w dawnej szkole św. Wojciecha, znajduje się kolejna wspólnota Braci. A na kilkupiętrowej ścianie, ogromny mural z Matką Bożą z Guadalupe, patronującą tej zakonnej wspólnocie. Wewnątrz zaś dom pomocy najbiedniejszym.
Idąc do kolejki pomyślałem o tym, co pisał autor „Braci z Bronksu”: „Chrystus żyje na Bronksie. Spotkałem Go w ciągu tych dni, dzieląc życie tych apostołów, którzy ‘ubogim niosą dobrą nowinę, niewidomym przejrzenie, więźniom głoszą wolność…’. Tu czy gdzie indziej życie nie zawsze jest różowe i nie wszystkie kwiaty są błękitne. Ale czasami wyrastają w piekle, z łaski Boga i na Jego większą chwałę”. Jestem przekonany, że tacy ludzie, współcześni naśladowcy św. Franciszka z Asyżu, są w stanie odbudować Kościół. I zrobią to! Czy się to komu podoba, czy nie!

ks. Łukasz Kleczka

kleczka
Salwatorianin, ksiądz od 1999 roku. Ukończył studia w Bagnie koło Wrocławia, Krakowie i Rzymie. Pracował jako kierownik duchowy i rekolekcjonista w Centrum Formacji Duchowej w Krakowie, duszpasterz i katecheta. W latach 2011-2018 przełożony i kustosz Sanktuarium Matki Bożej Częstochowskiej w Merrillville w stanie Indiana. Od lipca 2018 r. wikariusz w parafii św. Jana Pawła II w Bayonne, w New Jersey.

fot.pxhere

Categories: Kleczka

Write a Comment

Your e-mail address will not be published.
Required fields are marked*