Stało się w Krakowie

fot.Daniel Dal Zennaro/EPA

fot.Daniel Dal Zennaro/EPA

Stało się. Światowe Dni Młodzieży w Krakowie za nami. Z pełnym zaangażowaniem uczestniczyłem dzięki telewizji polskiej w wydarzeniach, które działy się w Krakowie, Częstochowie i Oświęcimiu. Nie kryję wzruszenia i wielu łez, które płynęły z oczu. Jestem dumny z Polski i Polaków, wszystkich, którzy pełną parą tworzyli i prowadzili te niezwykłe dni. Mam świadomość tego, że jeśli ja, z perspektywy tysięcy kilometrów tak mocno przeżywałem ten czas, to każdy, kto bezpośrednio brał w nim udział, przeżywał go jeszcze mocniej. I nie chodzi tylko o emocje. To coś więcej, uczta duchowa, w której można było zasmakować w pełni. Począwszy od przygotowanej na najwyższym poziomie liturgii, śpiewów i modlitw, po pełne głębi słowa papieża Franciszka, którego ktoś nazwał „Bratem Miłosierdzia”.

Nie sprawdziły się na szczęście tragiczne wizje, które miały na celu przyćmienie radości tych dni w Krakowie, przestraszenie młodych i ich rodzin, a tym samym odstraszenie od udziału w ŚDM. Przeciwnie, wszystko przebiegało spokojnie, z wielkim entuzjazmem i radością. Sprawdziły się słowa św. Jana Bosko, że „diabeł boi się ludzi radosnych”. Te dni były radosnym świętowaniem wiary w Jezusa Chrystusa, podążaniem za Dobrym Pasterzem, szkołą miłosierdzia, w której nauczycielem był Miłosierny Jezus, a doskonałymi przykładami „absolwenci” tej szkoły w osobach św. Faustyny Kowalskiej i św. Jana Pawła II oraz innych, mniej znanych, ze wszystkich kontynentów. Iskra miłosierdzia zapalona w Krakowie poszła na cały świat, by zapalać, bo jak mówił Pan Jezus: „Przyszedłem rzucić ogień na ziemię i jakże bardzo pragnę, żeby on już zapłonął” (Łk 12,49). Nie ogień wojny i zniszczenia, ale ogień bezinteresownej miłości.

Na bieżąco czytałem na portalach społecznościowych wpisy tych, którzy byli wtedy w Krakowie: młodych Polaków, ale także amerykańskiego biskupa mojej diecezji i wielu innych. Dzięki nim mogłem czuć atmosferę ŚDM. Słowa „Jezu, ufam Tobie!” śpiewane i recytowane jak refren, jeszcze bardziej zapisały się we mnie. I tak od dawna są one jedną z moich ulubionych modlitw, która podnosi, daje nadzieję i siłę, pozwala uśmiechnąć się na nowo. A dodatkowo jeszcze te momenty, jak msza w Częstochowie; upadek papieża, który „zapatrzył się w Matkę Bożą”, jak to sam później opowiedział; milczenie i cisza Oświęcimia; odwiedziny u umierającego kardynała Macharskiego i dzieci w szpitalu w Prokocimiu; msza dla polskich księży i zakonników, papieskie podróżowanie tramwajem i jego „nauczanie z okna”, dzięki któremu świat dowiedział się między innymi kim był Maciek Cieśla. Przede wszystkim – bogactwo i głębia papieskich przemówień.

Franciszek. Człowiek, który komunikuje się nie tylko słowami, ale także gestami. Może dlatego, że jest z Argentyny, a ma w sobie włoską krew. Mieszkając wiele lat w Rzymie nauczyłem się, że „narody słońca” komunikują się także niewerbalnie. Chcę wyznać, że pokochałem tego papieża! Po trzech latach przekonał mnie do siebie, tak zwyczajnie. Zauważyłem błąd, który popełniałem, a którym było ocenianie papieża na podstawie opinii, niesłusznych i bardzo krzywdzących, których celem było utwierdzanie przekonania, że to lewak i zagrożenie dla Kościoła. Niczego głupszego i bezsensownego nie można było wymyślić. Słuchając słów i gestów Franciszka miałem przed sobą metalową kopię krzyża, który nosi na piersi. Na pierwszym planie Dobry Pasterz, dźwigający zagubioną owieczkę. Jest jakby samotny, a za Nim stado owiec, jak liczne? Nieważne. Ważne, że jest, nawet jeśli to tylko garstka. A nad całością Duch Święty.

Słusznie nazywany jest Franciszek prorokiem. Dziś dodam, że w pełnym tego słowa znaczeniu. Prorok to ktoś samotny, często nielubiany za bezpośredniość przekazywanych Bożych słów, wzywających do zmiany i nawrócenia, do podniesienia się z uśpienia i do działania. To w końcu ktoś, kogo próbuje się zabić, nawet jeśli tylko za pomocą pomówień. Taki jest dla mnie Franciszek. Ma wielkie serce i wielkiego ducha, z którego płynie dobroć rozumiejąca ludzi z marginesu, poranionych przez życie, osamotnionych, biednych, bez prawa do życia w swojej ojczyźnie, wykorzystywanych i zabijanych. Odważnie stoi po ich stronie. Może dlatego, że ma świadomość, że jest grzesznikiem, jak każdy, że nie raz w życiu upadał i upada. Ta świadomość, że niczym się nie różnię od leżących gdzieś przy drodze bezdomnych i poranionych, że nie jestem lepszy, zwłaszcza przez to, że mam wszystko, co mi jest do życia potrzebne, daje wielki realizm. „Dla Jezusa jesteś ważny. Ty jesteś ważny (…) Panie, spraw, żebym zakochał się w swoim życiu”. Te słowa Franciszka są dla mnie kwintesencją tego, co działo się w Polsce. Niby takie oczywiste, a jednak chyba raczej nie, skoro tyle w nas i między nami cierpienia i biedy. Na głębszą refleksję papieskich słów przyjdzie jeszcze czas. Póki co tyle, jeszcze na fali dobrych emocji, przy rozpalonym w Krakowie duchowym ogniu.

ks. Łukasz Kleczka

Categories: Kleczka

Write a Comment

Your e-mail address will not be published.
Required fields are marked*