Średnia klasa świętości

Średnia klasa świętości

Papież prowokuje, kolejny zresztą raz. No bo jak można zaliczyć siebie samego do klasy średniej, skoro raczej każdy wolałby być w klasie wyższej, lepszej. To nic dziwnego, wszak dobrze jest mieć w życiu ambicje i aspiracje do wielkich rzeczy. One motywują do tego, by więcej od siebie wymagać, podnosić poprzeczkę i zdobywać pierwsze miejsca. Cóż jednak, kiedy prawda o sobie, o ludzkiej kondycji, pokazuje częściej, że nie wszyscy bywamy orłami i trzeba się raczej pogodzić z własną średniością. Ale jest w tym pewien paradoks. Z chrześcijańskiego punktu widzenia zgoda na drugie miejsce może i jest często najlepszym punktem wyjścia do osiągnięcia wyżyn. Pisze o tym papież Franciszek w swoim najnowszym liście pt. „Cieszcie się i radujcie!” („Gaudete te Exsultate”). Jestem właśnie w trakcie lektury tego bardzo osobistego tekstu, który mówi o świętości w świecie współczesnym, a dokładniej o powołaniu do świętości. Powszechnym powołaniu.

Temat może się dla wielu wydawać nudny, niepotrzebny i przestarzały, gdyż jest wiele innych ważniejszych kwestii w życiu, a chrześcijańska świętość jest i tak, jak się powszechnie przyjęło, tylko dla wybranych. Czasami mam wrażenie, że podobnie jak w wielu innych sprawach związanych z wiarą, zbyt szybko wkrada się obojętność, stąd odkłada się te tematy zupełnie na bok. Jeśli jednak popatrzy się na świętość z innego punktu widzenia, to jest ona w pewnym sensie synonimem doskonałości, spełnienia, osiągnięcia szczęścia. Tyle, że świętość jest czymś jeszcze bardziej specjalnym, jest formą bardzo szczególnej intymnej relacji, bliskości, w której człowiek przeżywa z Kimś tajemnice swojego życia. Tym Kimś jest sam Bóg.

Wystarczy spojrzeć na swoje życie i codzienność, żeby dotknąć czegoś, co dźwięczy gdzieś w nas głęboko. Jest to jakaś nienazwana potrzeba, czasami bardzo intensywna i głodna – potrzeba szczęścia. Nie zaspokoi jej ani żadna impreza, wyjazd do atrakcyjnych miejsc na świecie, dobre zakupy, a nawet środki antydepresyjne. Jest to bowiem potrzeba relacji doskonałej, wolnej od ranienia się, bezwarunkowej i prawdziwej. Skąd się ona bierze? Z tej prostej przyczyny, że Bóg każdego stworzonego przez siebie człowieka bardzo indywidualnie wezwał do świętości. To jest horyzont i perspektywa. Doskonała, najlepsza, będąca spełnieniem najgłębszej potrzeby człowieka.

Franciszek przypomina o tym w czasach niespokojnych, w których człowiek jest coraz bardziej zakręcony i uwikłany w dziwne układy i zależności. Papież przypomina, że każdy na swojej drodze może stać się świętym. Nie trzeba zmieniać drogi, tylko pilnować, żeby mieć przed sobą cel i nie zagubić go. Świętość to nie są jakieś szczególne wyczyny, ona wzrasta przez małe gesty. I to jest naprawdę fantastyczna wiadomość! Małe gesty, zwyczajne, proste, niezauważalne. Przecież one kształtują codzienność. Życie chwilą obecną tak, żeby napełniać ją miłością, żeby nie była pusta i zmarnowana. Jest przecież każdego dnia nieskończenie wiele okazji do tego, żeby czynić dobro w wymiarze małych gestów, które w ostatecznym rozrachunku okażą się prawdziwą potęgą. Ziarnko do ziarnka, jak mówi przysłowie.

Życie jest misją, jest zadaniem do zrealizowania. Odkrywając swoje szczególne powołanie, człowiek zaczyna wypełniać je, na miarę swoich zdolności, sił i możliwości, także pośród swych błędów i złych chwil, pod warunkiem, że nie porzuci drogi miłości. Osobiście taka wizja kreślona przez papieża dodaje mi skrzydeł, bo nie każe mi być doskonałym już teraz, ale raczej udoskonalać się przez całe życie na wspomnianej drodze miłości.

Franciszek pokazuje świętych z sąsiedztwa: „rodziców, którzy z wielką miłością pomagają dorastać swoim dzieciom”, mężczyzn i kobiety „pracujących, by zarobić na chleb”, chorych i starszych. Ludzi, których charakteryzuje wytrwałość, żeby iść naprzód, dzień po dniu. To jest „klasa średnia świętości”, nie nadzwyczajna, ale jak najbardziej zwyczajna. Ta wytrwałość prowadzi ich wyżej, aż do celu. I daje radość nawet wtedy, gdy dokoła jest ciemno i smutno. Oni prowokują i zachęcają, żeby nie lękając się, iść.

ks. Łukasz Kleczka

kleczka
Salwatorianin, ksiądz od 1999 roku. Ukończył studia w Bagnie koło Wrocławia, Krakowie i Rzymie. Pracował jako kierownik duchowy i rekolekcjonista w Centrum Formacji Duchowej w Krakowie, duszpasterz i katecheta. Od 2011 roku przełożony i kustosz Sanktuarium Matki Bożej Częstochowskiej w Merrillville w stanie Indiana.

 

fot.OSSERVATORE ROMANO HANDOUT/EPA-EFE/REX/Shutterstock

Categories: Kleczka

Write a Comment

Your e-mail address will not be published.
Required fields are marked*