Smak ciszy

fot.MAGICBOIRO/pixabay.com

fot.MAGICBOIRO/pixabay.com

Godzina trzecia nad ranem. Dzwon z wieży ponad 150-letniego opactwa Gethsemani obwieszcza początek nowego dnia. Tak, nowego dnia, choć dla wielu to dopiero środek, albo nawet początek nocnego snu. Do kościoła schodzą się zakonnicy i goście, którzy kilka dni postanowili spędzić w tym niezwykłym miejscu. Wszędzie jeszcze ciemno, z lekka doskwiera też chłód jesiennej nocy. Ojciec opat daje sygnał, uderzając palcem w drewniane oparcie ławki i zaczyna się powolny śpiew: „Panie, otwórz wargi moje. A usta moje będą głosić Twoją chwałę…”. Ponad trzydziestu mężczyzn, pośród których najstarszy ma ponad 90 lat, a najmłodsi zaledwie dwadzieścia kilka, podejmują śpiew biblijnych psalmów. Tak będzie jeszcze sześć razy, o różnych porach tego dnia. A wieczorem, o godzinie 8, dzwon zapowie rozpoczęcie czasu „Wielkiej Ciszy”, która zakończy się nad ranem kolejnego dnia.

Kiedyś już pisałem o mnichach i klasztorach. Ostatnie dni września spędziłem w klasztorze trapistów Gethsemani, w pobliżu Louisville w Kentucky. Zaplanowałem tam swoje tegoroczne rekolekcje. Nie spodziewałem się, że w tym samym czasie dom gości wypełniony będzie ludźmi, którzy z różnych stanów przyjeżdżają tutaj, żeby przez kilka dni pobyć w ciszy. Tak jest tutaj przez cały okrągły rok. Cisza jest charakterystyką klasztorów trapistów, zakonu będącego reformą cystersów, pod nazwą: „cystersi ściślejszej obserwancji”. Zakonnicy, a właściwie mnisi – od słowa „monos”, czyli „sam” – to ludzie, dla których samotność jest miejscem spotkania z Bogiem. I chociaż żyją pod jednym dachem, większość czasu milczą, modląc się, pracując, spożywając posiłki. Jest coś niezwykłego w milczeniu i ciszy. Przekonałem się o tym już wielokrotnie, że cisza jest przestrzenią budowania relacji z samym sobą, drugim człowiekiem i Bogiem, a milczenie otwiera na więzi. Może się to wydawać absurdalne, a jednak jest to prawda. Okazuje się, że nie słowa, ale milczenie zbliża ludzi do siebie. Przypominają mi się takie obrazki z życia, kiedy widziałem zakochanych, jak siedzą przytuleni albo trzymają się za ręce i milczą.

Modlitwa, nie tylko ta nocna, jest czymś, co stawia człowieka w obecności Boga. Nigdy nie zrozumiałbym sensu śpiewania czy recytowania biblijnych psalmów, głębi ich treści i tego, jak bardzo wyrażają ludzkie uczucia, emocje, potrzeby, radości i żale, gdybym któregoś dnia w życiu nie spróbował odmawiać ich razem z innymi. Spokojnie, rytmicznie, bez pośpiechu. Surowy, pusty kościół, bez żadnych obrazów, figur, dekoracji, na pozór tylko wydaje się zimnym miejscem. Tam czuć modlitwę, odmawianą od dziesiątek lat, nieprzerwanie każdego dnia. Dotarło też do mnie, że ci ludzie tam i w innych podobnych miejscach modlą się za mnie, śpiącego lub przeżywającego swoją codzienność.

O ósmej rano rozpoczyna się praca. Pola obsadzone kukurydzą, której zbiórka właśnie trwała, wyrób serów, czekolady, pieczenie ciast i chleba – to są codzienne prace mnichów z Kentucky. Ludzie nie tylko doceniają tę pracę, kupując klasztorne produkty, ale też wiedzą, że to, za co płacą, jest naprawdę dobre i smaczne. W każdym wyrobie czuć też smak ciszy i modlitwy. Rytm dnia wyznacza bicie dzwonu wzywającego na modlitwę oraz zegara na wieży, wybijającego co piętnaście minut czas. Przypomina o przemijających godzinach, dniach, miesiącach i latach życia. Dla mnie, odprawiającego rekolekcje, przedpołudnie było idealne do tego, by w milczeniu przejść klasztorne posiadłości, które obejmują kilka pagórkowatych szczytów. To kolejny element niezwykłości takich miejsc. Obcowanie z przyrodą. Słuchanie koncertu ptaków i intensywnych uderzeń dzięcioła. Odnajdywanie śladów przechodzącego lisa, cieszenie się życiem i pięknem stworzenia. Nie na darmo papież Franciszek napisał encyklikę „Laudato si” („Pochwalony bądź”), poświęconą trosce o wspólny dom, jakim jest ziemia. Apeluje w niej, żeby postawić na inny styl życia niż ten, który prowadzimy. Wzywa do „nawrócenia ekologicznego”, w którym pojawi się pasja troski o świat i siebie, żyjącego w nim człowieka. To wszystko docierało do mnie, gdy stawiałem kolejne kroki przez las. Poczułem, że to jest to, czego tak naprawdę raz po raz potrzebuję. Dla zdrowia fizycznego, psychicznego i duchowego. Co pozwala mi zatrzymać się i popatrzeć z dystansem na życie, na innych i przede wszystkim na samego siebie. Komuś, kto mi w takiej chwili mówi: „zazdroszczę ci”, odpowiadam: „nie zazdrość, zrób to samo!”. To znaczy daj sobie czas, nie oszukuj się, że wszystko zależy od ciebie, że bez ciebie świat się zawali, że nie poradzą sobie. Znajdź swoje miejsca, w których odnajdziesz nie tylko pokój, ale dosłownie spokój. Właśnie ktoś mi powiedział, że przechodząc terapię wychodzenia z nałogu, jednym z ćwiczeń było wydychanie powietrza z siebie tak długo, aż miał tego szczerze dość. Trzeba wyrzucać z siebie wszelkie trucizny, negatywne uczucia i emocje, wszystko, co powoduje, że przypominamy napięte do granic struny, albo strutych, zmęczonych ludzi.

I jeszcze jedno. W Kentucky kolejny raz się przekonałem, że Amerykanie są bardzo religijnymi i autentycznie duchowymi ludźmi. Moi niemi towarzysze rekolekcyjnego czasu, zakonnicy i świeccy goście budowali mnie swoją postawą i skupieniem, ciszą i modlitwą, poszukiwaniem i tworzeniem zdrowych więzi z samym sobą, innymi i Bogiem. Tych kilka dni może być prawdziwym zwrotem w stylu życia. Początkiem odmiany. Właściwy rytm życia jest czymś, w co naprawdę warto zainwestować.

ks. Łukasz Kleczka

Categories: Kleczka

Comments

  1. Normals
    Normals 22 października, 2016, 02:42

    Jestem pod wielkim wrażeniem talentu pisarskiego i wrażliwości ks.Łukasza.Czytając ten tekst poczułem klimat z powieści Marcela Prousta -„W poszukiwaniu straconego czasu ” z domieszką innej książki autorstwa teologa i mnicha Anthony De Mello -„Przebudzenie”.Kudos .

    Reply this comment
  2. Normals
    Normals 25 października, 2016, 02:45

    Cytat z książki na jaką ostatnio natrafiłem :

    „Wszechświat nie jest maszynerią działającą na ślepo, ale szatą noszoną przez najrozmaitsze, inteligentne istoty. I dobrze jest zacząć pragnąć, jeśli do tej pory nie nauczyliśmy się tego, kiedy głęboka rozpacz po ciężkim ciosie zadanym przez los stwarza melancholijne poczucie przemijania i bezsensu ludzkiej egzystencji.
    Bez względu na to, czy człowiek ma skłonności religijne, czy pragnie poznać intelektualną prawdę czy też nie, istnieje trzecia forma emocjonalnego rozwoju, której należy spróbować. Leży ona częściowo w wyczuleniu na estetyczne wrażenia, zarówno w naturze jak i sztuce, a częściowo w wyższych etycznych uczuciach i unikaniu emocji niższych.
    Rozkoszujemy się krajobrazem naturalnej urody, której nie widzimy na ulicach miast.
    Kogóż nie ujęły piękne krajobrazy, do których opisania trzeba lotnego języka poezji? Któż nie przeżył momentów uniesień, zagubiony w sobie, w otoczeniu wspaniałości wymuszających na nim całkowitą kontemplację? Więcej osób niż się spodziewamy na trywialnym Zachodzie choćby raz doznało emocji, kiedy to ich życie choćby na chwilę nabrało całkowicie innego aspektu. Odnosi się to do tych przebłysków ekstatycznego olśnienia, rzeczywistości otaczającej materialny wszechświat, które pojawiają się niespodziewanie i pozostawiają radosną i spokojną egzaltację.
    Takie momenty mogą nadejść, kiedy jesteśmy sami na pokładzie statku w nocy otoczeni bezmiarem oceanu albo kiedy obserwujemy różowy wschód słońca ponad szczytem górskim; mogą też pojawić się nagle i niespodziewanie wśród zgiełku targowiska. Przychodzą, kiedy wpuszczamy Naturę do serca.
    Kiedy patrzmy na krajobraz oczami poety i kiedy dochodzimy do wniosku, że niebo może zaczyna się w kępie trawy przed domem.
    Jednak gdy przychodzą, człowiek czuje, że zapomina o codziennych troskach i niepokojach i wznosi się ku bezosobowemu patrzeniu na świat, co przedtem nigdy nie było możliwe. Czas zdaje się stać, poczucie wieczności życia przepełnia cały umysł, fizyczne otoczenie traci nieco namacalność, rzeczywistość zmienia się w pewnym stopniu w sen. Duchowy spokój, dotąd nie znany, wypełnia serce razem z wielką wdzięcznością, której nie mogłoby wywołać żadne ziemskie pragnienie. Pojawia się też jaśniejsze rozumowanie, życie staje się prostsze, a człowiek raczej czuje niż widzi racjonalny cel w samym sercu rzeczy. Przerażenie, chaos i wojna, które są nierozerwalnie związane ze światem ludzi i zwierząt znikają na chwilę z naszej rzeczywistości, ponieważ w tej boskie atmosferze, w którą weszliśmy, trudna pamięć o nich istnieć nie może. Piękna prawda, tak nieuchwytna i niewypowiedziana, dotarła do naszego serca. Wiemy… a jednak doświadczenie znika, chociaż pamięć o nim trwa zawsze. O tym nie można zapominać, nawet gdybyśmy bardzo chcieli; to będzie trwało i nigdy nie ulegnie zatarciu jak inne doczesne wspomnienia. Ciągle będzie nas nawiedzać a my będziemy chcieli odtworzyć te boskie chwile. Cóż znaczy wspomnienie tych rzadkich momentów? Czy można je zebrać na nowo tak jak zbiera się pachnące kwiecie z żyznej ziemi?
    Odpowiedź na pierwsze pytanie jest taka, że poza ego, o którym każdy z nas wie, leży inne, którego normalnie nie jesteśmy świadomi, a jest ono tym tajemniczym i ulotnym czymś zwanym duszą lub duchem. To Ponad-ego jest najbardziej sekretną częścią ludzkiej natury, a zarazem jej częścią najbardziej fundamentalną. Bezosobowa radość, z której dane nam są jedynie okruchy jest częścią tego drugiego ego.
    Odpowiedź na drugie pytanie brzmi: tak! Te piękne uczucia, te wspaniałe momenty można na nowo osiągnąć, jeżeli się zechce, i można je zatrzymać na dowolny czas, jeśli zrozumiemy i dostatecznie opanujemy całą metodę samodzielnej nauki opisaną w tej książce.

    *
    Należy nauczyć się obserwować i kultywować pewne subtelne nastroje serca. Pojawiają się one w naszym życiu o różnych porach, często przypadkowo i niespodziewanie, lecz przede wszystkim na bardzo krótki czas. Jeśli ich nie kultywujemy, zostają odrzucone, a ich wartość w znacznym stopniu utracona. Te nastroje zostają najczęściej wywołane podświadomie poprzez estetyczne przyjemności, takie jak słuchanie ekstatycznie pięknej muzyki, czytanie zainspirowanej poezji, oddawanie się wrażeniom wywartym na naszych zmysłach i umyśle przez niezapomniane i wspaniałe widoki: o wiele rzadziej występuje wartościowy stan całkowitego uwielbienia i głębokiej czci, wywołany osobistym spotkaniem z tym, który w pewnym stopniu połączył się z Ponad-ego.
    Kiedy tylko doświadczymy takiego stanu potężnego zauroczenia, przestrachu czy całkowitego spokoju, należy skupić na nim cały umysł, rozpoznać w nim ważny zwiastun i wsłuchać się w jego przesłanie.
    Powinniśmy długo i dogłębnie rozmyślać nad tą wiadomością i szukać drogi ku jej źródłu; należy spróbować wpleść te efekty w materiał własnego charakteru. Ponieważ takie nastroje nie przychodzą do nas opatrzone nazwą kraju ich mistycznego pochodzenia, mamy skłonność nie doceniać ich wartości. Z zasady są one chwilowe i należy rozpoznać ich prawdziwą wartość i wewnętrzną esencję, bowiem z tych momentów możemy wiele wynieść.
    Wszystko, co pomaga kochać prawdziwe piękno, co naprowadza nas na szlachetniejsze tory, ku czystej świadomości życia, powinno zostać przyjęte i pielęgnowane; wzmoże to wewnętrzne wyczulenie i pomoże zjednać siły, których potrzeba na tej drodze.
    Natura, Wielka Artystka, może wzbudzić w czułych duszach nastroje tak wzniosłe i dogłębne jak te wywołane przez dzieła śmiertelników. Możemy oddać się w jej czułe ramiona w każdej chwili, a da nam ulgę i pomoc w ziemskiej niedoli. Jest pięknem z ziemi, spokoju i kamienia.
    Kiedy na przykład trafimy w leśne ostępy i zagłębimy się w ich pulsującej ciszy i ogromie, powinniśmy skupić uwagę na pierwszych emocjach i wznieść je, aż zamienią się w coś o prawdziwej duchowej wartości.
    Należy więc zacząć od czujności na najmniejsze ślady uroku i spokoju. Wtedy trzeba przedłużać je w sen na jawie i rozkoszować się nimi niby świętym znakiem. Musimy rozsmakować się w tych uczuciach z narastającą radością. I tak, nawet kiedy spacerujemy po ziemi pokrytej uschniętymi liśćmi, może pojawić się stan koncentracji, który będzie pogłębiał się stopniowo, aż – jeśli dopisze nam szczęście – pojawi się wieczny spokój Ponad-ego, który kryje się we wszelkich nastrojach i przeżyjemy niezapomniane wrażenia.
    Dokładnie w ten sam sposób, możemy wędrować brzegiem morza i wsłuchiwać się w szum fal. A potem usiądziemy na chwilę na głazie albo na suchym piasku i zapatrzymy się w bezmiar błękitnego morza i ametyst nieba. Wówczas powinniśmy otworzyć się na wszystko, co Natura ma nam do powiedzenia. Rytmiczny plusk fal i ogrom morza niosą dla człowieka przesłanie.
    Musimy pozwolić tej wiadomości wejść całej w naszą osobę, a nie starać się rozumieć ją intelektualnie. Siedząc w bezruchu i koncentrując serce i wzrok, z otwartą i wyczekującą duszą, musimy pozwolić zmysłom wzroku i słuchu stać się mediatorami wyższego stanu.
    Kiedy ten nowy nastrój zapanuje zdecydowanie, powinniśmy całkowicie się mu poddać i pozwolić żyć w nas, nie czyniąc jednak z niego przedmiotu intelektualnej analizy. Rzeczywiście, w przywoływaniu i kultywowaniu tych wyższych nastrojów emocjonalnych ważnym jest, aby nie skupić na nich wszystkich zmysłów, nie próbować rozkładać ich na czynniki pierwsze, zanim całkowicie nie znikną lecz raczej starać się samemu łagodnie w nie wtopić. Gdybyśmy chcieli w nie interweniować, ryzykowalibyśmy utratę drogocennego, duchowego doświadczenia.
    Istnieje pewien subtelny, psychologiczny, powód dla którego naturalna sceneria, szerokie równiny, wielkie pustynie, odległe pasma górskie, bezkresne oceany, posiadają szczególną siłę wznoszenia naszej osoby na uduchowione poziomy. Kiedy nasze oczy po raz pierwszy ujrzą taki widok, a my skierujemy wzrok na najbardziej odległy punkt, umysł – ten element w nas który faktycznie widzi, a organy wzroku wykorzystuje jedynie jako narzędzia – i mknie w przestrzeń, aż dotrze do granicy.
    Cała operacja trwa zaledwie ułamek sekundy, bowiem umysł podróżuje z zadziwiającą prędkością. W wyniku tego, umysł chwyta się odległego przedmiotu, jednocześnie nie tracąc kontaktu z podstawą, to znaczy, fizycznym mózgiem.
    W pierwszym momencie, wzrok skupiony tak daleko unosi świadomość częściowo poza fizyczne ciało i uwalnia umysł od typowego dla niego egocentrycznego nastawienia. Wbrew sobie porzucamy wszystko, co jest czysto osobiste na rzecz bezosobowego, zaprzestajemy ciągłych rozmyślań i całą uwagę poświęcamy obserwacji, a następnie wracamy ponownie do zwykłego stanu. Jednak ten mistyczny interwał wystarcza, by stworzyć poziom Ponad-ego.
    Gdybyśmy mogli precyzyjnie wychwytywać takie boskie momenty, a nie pozwalać mu ulatniać się bez śladu; gdybyśmy potrafili je wzmacniać, rozsmakowywać się w ich uduchowieniu, wówczas pewnego dnia moglibyśmy przesunąć świadomość całkowicie do Ponad-ego i pozostać tam przez chwilę. Tego dnia nigdy nie zapomnimy, bowiem naszej ekstazy nie da się z niczym porównać.”

    Reply this comment
  3. Yankes
    Yankes 25 października, 2016, 08:50

    ” Smak ciszy” kurde – mialem nadzieje Normals……..

    Reply this comment

Write a Comment

Your e-mail address will not be published.
Required fields are marked*