Remanent

Remanent

Dokładnie siedem lat temu wylądowałem na lotnisku O’Hare z dwiema walizkami w rękach. To był cały mój dobytek. Rozpoczynała się moja „amerykańska przygoda”, nieplanowana i zupełnie nieoczekiwana. Zwyczajnie, jak to bywa w zakonach: telefon od przełożonego z informacją, że planowana jest zmiana, a po wyrażeniu zgody, omawia się szczegóły wyjazdu. Niełatwo było się zdecydować, wszak to spora odległość, niepewność, co mnie tam w ogóle czeka, jacy ludzie, jaka sytuacja, wszystko nowe. Nie opuszczała mnie wtedy ufność w to, że moje życie jest z założenia „życiem na walizkach”, w drodze. I co jakiś czas trzeba te walizki spakować, robiąc uprzednio remanent posiadanych rzeczy, pozałatwiać sprawy, i… ruszyć w dalszą drogę.

Właśnie kończę kolejny taki życiowy remanent. Z niepokojem stwierdzam, że uzbierało się dobytku, zwłaszcza książek i różnych drobiazgów. To już nie są dwie walizki, ale sporo kartonów, szczelnie dopakowanych. Pocieszam się, że na nowym miejscu doczytam książki, ocenię dalszy sens ich posiadania i rozdam, żeby ograniczyć się do najpotrzebniejszych. Zakładam, że takiego rodzaju zmiany w życiu są potrzebne, bo jest szansa, żeby czegoś się pozbyć i zrobić jakieś nowe założenia, postanowienia. A nowe miejsce może temu sprzyjać.

Jednak remanent w życiu oznacza nie tylko pakowanie i uporządkowanie mienia. To coś znacznie więcej. Chodzi o dokonanie pewnego koniecznego podsumowania i bilansu lat, które stworzyły kolejny etap w życiu. Chodzi o spojrzenie w prawdzie na to, jak został wykorzystany czas, ile w nim było sytuacji, relacji z ludźmi, wykonanych rzeczy i spraw naprawdę dobrych, a co się nie udało. To jest taki bilans, w którym trzeba wiele razy wypowiedzieć słowa „dziękuję” i „przepraszam”. Nie da się zawrócić czasu. Trzeba go podsumować i wyciągnąć konieczne wnioski. Nie można uciec, tak po prostu. Trzeba odejść z honorem i godnością, spokojnie zamykając za sobą drzwi, w poczuciu, że nie zostawia się po sobie bałaganu i zawsze można wrócić. Z takim poczuciem chciałbym wracać mając pewność, że nikt mi niczego nie wypomni.

Najważniejsze są relacje. Każde miejsce, w którym mogłem dotąd żyć, traktuję jako dar, przygodę, która mnie spotkała. W tej przygodzie zawsze najbardziej cenię sobie spotkania z ludźmi. Możliwość poznawania ich życia z radościami i problemami, nawiązywania relacji koleżeńskich, przyjacielskich, czasami tylko służbowych, a bardziej serdecznych, to jest coś dla mnie najpiękniejszego w życiu. I choć zdaję sobie sprawę, że różnego rodzaju napięcia, niezrozumienia, różnice zdań i poglądów powodują nie raz zatargi, tworzą relacje trudne, zadają ból, a może nawet ranią. Takie jest życie. Wszyscy jesteśmy tylko słabymi ludźmi. Ufam jednak, że czas leczy rany, a słowo „przepraszam”, wraz z prawdziwym pragnieniem przebaczenia i prośbą o wybaczenie sprawią, że nie pozostawię za sobą urazów i wrogości. Wierzę w moc przebaczenia! Wiele relacji jest pięknych, serdecznych i bliskich. I te dają siłę i poczucie, że tam, gdzie są przyjaciele, tam można wracać, a także samemu być prawdziwym domem dla przyjaciół. Dlatego słowo: „żegnaj”, nie jest słowem adekwatnym. Dużo lepiej jest mówić: „do widzenia” i „do zobaczenia”. Czyż świat nie jest globalną wioską?

Czas podsumować teraz to, co się udało, lub czego nie udało się w życiu dokonać. Osiągnięte cele i poniesione straty. To także jest ważne. To też trzeba ocenić, wziąć odpowiedzialność za swoją pracę i wykonane zadania. Nie po to jednak, by się chlubić i stawiać samemu sobie pomniki. Uważam, że trzeba w życiu umieć się cieszyć tak samo, jak i żałować tego, co nie wyszło, albo wprost przyniosło porażkę. „Słudzy nieużyteczni jesteśmy; wykonaliśmy to, co powinniśmy wykonać” (Łk 17,10), to bardzo dobre stwierdzenie, ale trzeba się z niego rozliczyć. Odpowiedzialność za swoje czyny jest miarą dojrzałości.

Mimo wszystko, najmniej ważne są rzeczy materialne. Owszem, wszystko może się przydać i nie ma potrzeby wydawania pieniędzy na to samo w innym miejscu. Jednak to są tylko rzeczy, koheletowa „marność nad marnościami”, w którą wikła się człowiek.

Wielu moich rodaków wraca z emigracji do Polski, wielu migruje do innych miejsc, poszukując lepszych warunków życia, pracy, mniejszych opłat za życie. Są tacy, którzy idą dalej pełnić swoją misję. Nie ma chyba człowieka, który nie stałby raz po raz wobec konieczności uczynienia remanentów. Dlatego – dziękuję, przepraszam i proszę. To są zawsze najlepsze słowa na ten czas. I potrzeba takiego życia, którego nie musimy się wstydzić.

ks. Łukasz Kleczka

kleczka
Salwatorianin, ksiądz od 1999 roku. Ukończył studia w Bagnie koło Wrocławia, Krakowie i Rzymie. Pracował jako kierownik duchowy i rekolekcjonista w Centrum Formacji Duchowej w Krakowie, duszpasterz i katecheta. Od 2011 roku przełożony i kustosz Sanktuarium Matki Bożej Częstochowskiej w Merrillville w stanie Indiana.

fot.Kamil Krzaczyński/EPA

Categories: Kleczka

Write a Comment

Your e-mail address will not be published.
Required fields are marked*