Przystanek: pielgrzymka

fot.Dariusz Lachowski

Sierpień to od kilku lat bardzo szczególny dla mnie miesiąc. W drugi weekend sierpnia współorganizując pieszą pielgrzymkę z Chicago do Merrillville w Indianie, mogę za każdym razem na nowo doświadczyć wielkości dobrych pragnień tysięcy ludzi, którzy chcą iść, po prostu iść w pielgrzymce. Sam zaliczam się do pokolenia pielgrzymkowego, od lat licealnych chodziłem w Polsce na pielgrzymki. To były wyjątkowe dni, zupełnie inna okazja do modlitwy, refleksji, połączonej z fizycznym zmaganiem i akceptacją niedogodności, a także nawiązywanie relacji z ludźmi, nierzadko zupełnie przypadkowymi, relacji, które mogą trwać przez całe życie.

Jestem przekonany o tym, że takie wydarzenia w życiu duchowym człowieka są bardzo potrzebne i pomocne. Dla wielu osób pielgrzymka jest czasem odkrywania żywej wiary, z czym na co dzień mają trudności. Pomaga w odkrywaniu i poznawaniu duchowej sfery samego siebie, która przecież kształtuje człowieka. Pielgrzymka jest przygodą. Marzy mi się, by wyruszyć kiedyś w jedną z najstarszych tras pielgrzymkowych do Santiago de Compostella w Hiszpanii. Iść w ciszy z innymi, a jednak w pewnym oddaleniu, samotnie. Iść, akceptując swoje limity i ograniczenia. Wyłączyć myślenie o codziennych problemach i trudnościach. Idąc tak, porządkować swoje życie, relacje, próbować przebaczyć, przyjąć to, z czym nie jest łatwo. To wszystko jest konieczne do tego, żeby zacząć zupełnie inaczej żyć. Oddychać głębiej i cieszyć się życiem takim, jakie jest. Dlatego dobrze, kiedy przed czy w czasie pielgrzymki mogę iść do spowiedzi. A jeśli nie mogę tego uczynić, to żeby porozmawiać z kimś, wygadać się, znaleźć nadzieję. W ogóle odkrywanie w sobie życia duchowego jest pasjonującym zadaniem. Wypełnienie wewnętrznej pustki duchowością jest jak nawodnienie popękanej od suszy ziemi, ożywienie jej i powodowanie, że z czasem będą jakieś konkretne owoce. Człowiek patrzy na siebie, innych i otaczający go świat, zupełnie w nowej optyce i perspektywie.

Okazuje się, że ludzie lubią różne marsze, manifestacje, zgromadzenia. Pielgrzymka jest w pewnym sensie formą manifestacji, jaką jest wiara i wspólnota wierzących. Jednak przede wszystkim jest czasem bardzo osobistym. Jest formą przystanku. W Polsce, obok organizowanego od lat Przystanku Woodstock, popularnego dla wielu młodych ludzi czasu, powstał także inny przystanek: Przystanek Jezus. Wielu skrytykowało oczywiście tę katolicką inicjatywę, która miała i ma charakter czysto ewangelizacyjny. Jednak wzięła się ona z konieczności odpowiedzi na duchowy głód i potrzeby wielu młodych. Ten głód, zaspokajany niejednokrotnie alkoholem i narkotykami, prowadzi ich do śmierci, poprzedzonej doświadczeniem wielkiej pustki i osamotnienia. Celem Przystanku Jezus jest spotkanie. Najpierw z samym sobą i swoim życiem, a później spotkanie z Jezusem Chrystusem Zmartwychwstałym, który żyje i działa także dzisiaj. A wszystko to we wspólnocie, czyli w grupie ludzi tak samo poszukujących i głodnych. Chrześcijanie, katolicy, nie mogą nie ewangelizować. To jest podstawowym i najważniejszym zadaniem Kościoła, wynikającym z nakazu samego Jezusa Chrystusa. Dla jednych wydaje się to czymś zbędnym i wręcz śmiesznym, inni odnajdują nową jakość życia, o czym chętnie mówią i czym żyją. Tylko ktoś, kto tego posmakuje wie, o czym mowa.

Pielgrzymka jest takim przystankiem. Każdy, kto takie wyzwanie podejmuje, wraca do niego rok w rok, wiedząc, że to dobry przystanek.

Czymś fascynującym i prawdziwym fenomenem jest to, że wbrew temu, że „czasy inne”, „ludzie wygodni”, co roku w naszej pielgrzymce bierze udział coraz więcej ludzi. Wielu z nich to ludzie młodzi. Złapali pielgrzymkowego bakcyla, chcą iść, chętnie angażują się w wolontariat i pomoc. Żyją pielgrzymką przez cały rok. Wiele małżeństw poznało się właśnie na pielgrzymce, zaczęli chodzić ze sobą i tak idą przez całe życie. To samo przekazują swoim dzieciom i wnukom. Historie pielgrzymów stanowią niezwykle bogatą, osobistą księgę życia. Idąc w pielgrzymce warto odkryć swoje życie na nowo. Odzyskać nadzieję, powstać z upadku, a z mielizny wypłynąć na nowo na szerokie i głębokie wody codzienności. To jest naprawdę możliwe, trzeba tylko chcieć.

ks. Łukasz Kleczka

kleczka
Salwatorianin, ksiądz od 1999 roku. Ukończył studia w Bagnie koło Wrocławia, Krakowie i Rzymie. Pracował jako kierownik duchowy i rekolekcjonista w Centrum Formacji Duchowej w Krakowie, duszpasterz i katecheta. Od 2011 roku przełożony i kustosz Sanktuarium Matki Bożej Częstochowskiej w Merrillville w stanie Indiana.

Categories: Kleczka

Comments

  1. Igor
    Igor 7 sierpnia, 2017, 09:44

    Bardzo szanuję ks. Łukasza i wkrótce wyruszam kolejny raz na pielgrzymkowy szlak, tym razem ostatni raz. Pielgrzymka do Indiany według mnie to tylko pierwszy dzień, wspaniałe duchowe przeżycie z doskonałym akcentem na koniec w postaci przepięknej mszy w Munster. Drugi dzień wszystko psuje, msza z kazaniem „gościa” z Polski, który nie za bardzo przygotowany plecie 3 po 3 o polityce, atakach na Dudę itd. jak to było rok temu. Bo polscy katolicy to oczywiście wierzą w zamach, Kaczyńskiego i Rydzyka, nienawidzą uchodźców i obcych, innych, zdaniem księży nie ma. A ja, pewnie jestem już stary i głupi, wierzę że Jezus nakazał nam szanować WSZYSTKICH, uchodźców, nielegalnych imigrantów, nawet czarnych, muzułmanów i Romów, którzy idą z nami w pielgrzymce, a są traktowani jak powietrze. Czy nasz polski Kościół kiedykolwiek zająknął się w ich obronie? Czy przeciwstawił się nagonce na ludzi, którzy szukają bezpiecznego miejsca na ziemi dla siebie i rodziny? Oczywiście nie, bo polski Kościół wierzy w innego Jezusa i uznaje innego papieża, takich, którzy nakazują nienawidzieć inaczej myślących czy o innym kolorze skóry czy religii. To instytucja, która porzuciła prawdę i sprawiedliwość społeczną na rzecz chorego układu z rządzącymi, dającego ogromne dotacje. To już nie jest mój Kościół…

    Reply this comment

Write a Comment

Your e-mail address will not be published.
Required fields are marked*