Pielgrzymkowy bakcyl

fot.Dariusz Lachowski

fot.Dariusz Lachowski

To jest tak, że albo się go złapie, albo nie. Wystarczy jeden raz i zostaje na całe życie. Skończyłem siódmą klasę szkoły podstawowej, kiedy poszedłem na pierwszą pieszą pielgrzymkę do Częstochowy. Nie trwała długo, zaledwie trzy dni, jednak zostawiła we mnie coś na zawsze. Tym czymś stała się chęć pielgrzymowania. Przez kilka lat były to piesze „trzydniówki”, zanim odważyłem się na 10-dniowe wędrowanie z Warszawy. Po latach przerwy wróciłem na pielgrzymi szlak, zupełnie inny niż wcześniejsze, z Chicago do Merrillville. Duch pielgrzymkowy jest tym czymś, co tworzy moją osobistą duchowość. Każda pielgrzymka była i jest inna, wyjątkowa, nawet jeśli pokonuje się tę samą trasę, w towarzystwie tych samych ludzi. Pielgrzymka zawiera w sobie pewną tajemnicę, którą może odkryć tylko ten, kto zdecyduje się na nią pójść i idzie do końca.

Te dwa punkty: początek i koniec, który jest celem pielgrzymkowej drogi, są dla mnie zawsze obrazem drogi życia. I tak, jak początek wiąże się z entuzjazmem, ale też jakimś uczuciem lęku i niepewności, tak koniec oznacza spełnienie, uczucie szczęścia, pomimo wielkiego zmęczenia. Pomiędzy tymi dwoma punktami jest droga, jest życie. Nie wszystko da się tak dobrze przewidzieć i zaplanować. To prawda, że na podstawie prognoz pogody, można przewidzieć czy będzie padać, czy będzie słońce. Tylko czy to ma jakieś znaczenie? Jeżeli wszystko w życiu miałoby być podporządkowane pogodzie i jej zmienności, to czy w ogóle warto żyć? Dlatego tak ważna jest decyzja, którą trzeba podjąć. Decyzja i wybór. Z tym bywają problemy. Kiedy brakuje człowiekowi zdolności podjęcia decyzji, nie potrafi też dokonać wyboru. Człowiek pogubiony jest kimś, kogo doskonale znam. Być może jest częścią mnie samego. Nieraz ktoś czeka na wyraźny znak, najlepiej cudowne objawienie. Ze zdenerwowaniem czeka na moment, kiedy ktoś popchnie go do przodu. Zamyka oczy, czeka, i… nic! A przecież taki moment może nigdy nie nadejść. Trzeba się odważyć i zdecydować. Uwierzyć w to, że można, zaufać i… wyruszyć w drogę.

Przypominam sobie moje pielgrzymkowe wędrowanie, kiedy po przejściu iluś etapów miałem serdecznie dość. Narastało zmęczenie, irytacja na przejeżdżające samochody, na innych, na siebie, na Boga. W czasie postojów, kiedy przychodziły momenty poderwania do dalszej drogi, odzywała się pokusa, żeby jeszcze chwilę poleżeć. Starzy pielgrzymi mówili zdecydowanie, że nie, bo się już nie podniosę. Wiedzieli, co mówią. Trzeba odpocząć, ale nie wolno usiąść na dobre. Znów życie. Zatrzymać się w martwym punkcie i tkwić w nim – oznacza początek wielu nieszczęść, nadchodzących stanów depresyjnych, zrezygnowania i zgorzknienia. To jak zamknąć się na entuzjazm życia. Stanąć i przestać się rozwijać. A przecież każdy kolejny etap oznacza coraz większe doświadczenie i rozwój. Dlatego zawsze w chwilach kryzysów myślałem i myślę, że nie mogę się zniechęcić. Czasem muszę poprosić kogoś o pomoc. I wcale się tego nie wstydzę. Wiem, że umiejąc prosić, będę potrafił także dawać tę pomoc innym. Podnosząc się mówiłem sobie, że jeszcze ten jeden etap, dzień, a później dokładałem kolejny i tak już do samego końca. Szczęśliwego końca. Dziś wiem, że im więcej to szczęście kosztuje, tym bardziej smakuje.

Nie zapomnę też ekstremalnych warunków pielgrzymowania. Noclegów na sianie w wiejskich stodołach, mycia się w wiaderku zimnej wody, pobudki o czwartej nad ranem i zdanie się na zjedzenie tego, czym podzielą się ze mną inni. I muszę wyznać, że nigdy nie czułem się bardziej wolny niż wtedy. Całkowita wolność od zabezpieczeń, wpisane w nią ryzyko, podejmowanie wszystkich możliwych niedogodności i umiejętność życia pomimo… Świetna terapia i lekcja osobistego rozwoju, którą polecam każdemu. Być może dlatego coraz modniejszymi stają się tak zwane „ekstremalne drogi krzyżowe”, organizowane przez duszpasterstwa, kiedy to całą noc idzie się w ciemności, modląc się i rozważając stacje krzyżowej drogi.

W końcu następuje moment dojścia do celu, a właściwie już ten moment, kiedy po raz pierwszy widać, w oddali jeszcze, cel. Nagły wzrost energii, przypływ siły. Jest na tym etapie jeszcze jeden szczególny moment. W Polsce nazywał się „przeprośną górką”. Wtedy jeden podchodzi do drugiego, żeby powiedzieć jedno słowo: przepraszam. Podanie ręki, serdeczny uścisk zamykają nagle otwarta ranę. Z oczu płyną łzy. Poczucie wolności, dzięki niemu dojście do celu łączy się z tym samym pragnieniem, które wypowiedzieli Apostołowie na Górze Przemienienia: „Dobrze nam tu być! Postawimy namioty!”. Chce się wtedy powiedzieć: chwilo, trwaj!

Pielgrzymka to obraz życia. Dlatego tak bardzo kocham pielgrzymować. Zarażać tym bakcylem innych, bo można dzięki niemu lepiej żyć, pokochać zwyczajność. Zatem – do zobaczenia na pielgrzymce!

ks. Łukasz Kleczka

Categories: Kleczka

Write a Comment

Your e-mail address will not be published.
Required fields are marked*