Ojciec Tomasz z Beczki

Ojciec Tomasz z Beczki

Nie poznałem go nigdy osobiście. Nie należałem nawet do żadnego z duszpasterstw założonych, czy prowadzonych przez niego. Tym niemniej należał do osób, które inspirują moje życie. W Rzeszowie zmarł dominikanin Tomasz Pawłowski, człowiek legenda, rocznik 1927, założyciel krakowskiej Beczki.

Byłem chyba w siódmej klasie podstawówki, kiedy ksiądz katecheta posiłkował się jego niewielką książeczką pt. „Przewodnik dla zniechęconych spowiedzią i mszą świętą”. Wtedy po raz pierwszy „spotkałem” ojca Pawłowskiego. Dorastając na obszarze gminy, studiując na wsi (bo Seminarium Duchowne Salwatorianów znajduje się w Bagnie za Wrocławiem), jako młody człowiek nie miałem szczęścia, by móc uczestniczyć w ciągle modnych w Polsce dominikańskich duszpasterstwach młodzieżowych i akademickich. I tak jestem wdzięczny, że w mojej rodzinnej parafii była oaza, że chodziliśmy na pielgrzymki do Częstochowy i że mogłem jeździć na rekolekcje powołaniowe. Krakowską Beczkę poznałem dopiero jako młody ksiądz. Moja siostra uczęszczała do niej regularnie, a ja nabierałem takiego podziwu do dominikańskiego stylu, że w pewnym momencie chciałem się nawet do tego zakonu przenieść. Kluczem był (i jest) dla mnie ten niepowtarzalny styl. I to bynajmniej nie tylko dlatego, że dzieją się tam jakieś emocjonalnie wyśrubowane rzeczy. Przeciwnie. Jest mądrze, kościelnie i na czasie. Jasno określone centrum, jakim jest Eucharystia i wszystko, co w wielkiej prostocie się wokół niej dzieje i z niej wypływa. Kolejnym kluczem jest właśnie prostota. Mądra prostota. Poszanowanie tradycji i wprowadzenie jej we współczesność. Mój zachwyt był tak silny, że z nieukrywaną zazdrością patrzyłem, jak krużganki klasztorne stają się drugim domem dla młodych ludzi.

Właśnie słucham jednego z ostatnich wywiadów z o. Pawłowskim. Sędziwy zakonnik opowiada: „Zaczęło się od Ducha Świętego, że miał jakieś światło, że zamarzył jako główny duszpasterz akademicki Krakowa, żeby sprowadzić dominikanów, no, konkretnie mnie”. Absolutnie fantastyczne! „Główny duszpasterz akademicki”, Duch Święty, który spełnia swoje marzenie i sprowadza oryginalnego zakonnika do miasta, gdzie trzeba wstrząsnąć dosłownie wszystkim i klasztorem z jego zakonnikami, i młodymi ludźmi i Kościołem. Taka burza, która napotyka na bariery, blokady, ustalone schematy. Był klimat Soboru Watykańskiego II, a w Krakowie arcybiskupem był wtedy młody kard. Wojtyła. On też czuł konieczność tego duchowego i myślowego wstrząsu, uproszczenia wszystkiego, budowania środkami ubogimi. Udało się! Przy całej swojej niechęci do grodu Kraka, poznaniak z urodzenia, ojciec Pawłowski, łamiąc bariery i przeciwności, adaptuje jedną z sal klasztornych, która swoim brudnym sklepieniem i zaniedbaniem przypominała beczkę, na Beczkę, jedno z najbardziej znanych krakowskich duszpasterstw akademickich. W ciszę i spokój wprowadza ferment, młodość, którego brakowało tam od XVI wieku! Jest jeszcze coś fascynującego dla mnie w postawie o. Tomasza. To jego otwieranie Kościoła dla każdego człowieka. Jednym z jego pomysłów było zorganizowanie rekolekcji dla niewierzących, obok tych dla wierzących.

Człowiek, który mówił o sobie, że najczęściej wszystko w jego życiu było odwrotnie. „Wśród ateistów byłem człowiekiem głęboko wierzącym. Pośród zagorzałych katolików reprezentowałem radykalny sceptycyzm. W PRL byłem wrogiem klasowym. Na emigracji zajadle broniłem ludowej ojczyzny”. Zapalał. Wszędzie, gdzie był. Zapalał Ewangelią, z której wychodzi prawdziwe chrześcijaństwo, gdzie właściwa droga jest drogą pod prąd. W centrum stawiał Jezusa Chrystusa. I to było kluczem wszelkiego powodzenia. Kiedy znalazł się w Rzeszowie, założył tam kolejne duszpasterstwo, tym razem Szopkę.

Ojciec Tomasz jest dla mnie przedstawicielem chrześcijaństwa, które kocham i z którym od zawsze się identyfikuję. Kościoła katolickiego, który jest otwarty na każdego, jest odważny i silny, bo ma jasno ustawiony cel i środki do niego prowadzące. Kimś, kto słuchając tchnienia Ducha Świętego, potrafi uaktualniać wszystko i wprowadzać w życie współczesne, bez nostalgii i rozdrabniania się. To jest model, który ma swoją siłę przebicia, jest przewodnikiem dla zniechęconych i znudzonych, nie boi się prowokacji i kontrowersji. Widzi w każdym człowieka, może nawet bardzo pogubionego, który szuka swojej drogi do Boga.

ks. Łukasz Kleczka

fot. Nico Trinkhaus/Flickr.com

 

Categories: Kleczka

Write a Comment

Your e-mail address will not be published.
Required fields are marked*