Ojciec Józef z organkami

Ojciec Józef z organkami

Kiedy w 1966 roku w Polsce obchodzono milenium przyjęcia chrztu, przyjmował święcenia kapłańskie z rąk młodego arcybiskupa krakowskiego Karola Wojtyły. Trzy lata później, kiedy „jedną nogą” i sercem był już na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim, gdzie chciał studiować etykę, przełożeni zakonni skierowali go do pracy w USA, konkretnie do Merrillville w stanie Indiana. Do Ameryki przypłynął Stefanem Batorym, bo na pokład mógł wziąć do 100 kilogramów bagażu, a trzeba było zabrać ze sobą walizki z ludowymi strojami krakowskimi i góralskimi dla polonijnego zespołu. Z Montrealu do Chicago pociągiem, na Union Station. I został. W tym roku minie 50 lat pracy kapłańskiej ojca Józefa Zuziaka, salwatorianina.

Ci, którzy go znają, kojarzą go z mocnym głosem, którym śpiewa religijne, patriotyczne i ludowe pieśni i piosenki. Jednak chyba najbardziej jest ojciec Józef znany z organek, na których przy każdej możliwej okazji wygrywa przeróżne melodie. Z organkami prawie się nie rozstaje. Ma ich wiele, różnych firm, bo one od dziecięcych lat, kiedy uczył się grania na polanach Beskidu Śląskiego i Żywieckiego, stały się elementem jego życia. Kiedy wygrywa swoje melodie, szczególnie sympatycznymi słuchaczami są dzieci. Przyglądają się wielkimi oczami, dyrygują w rytm melodii, a na koniec minikoncertu biją dziecięce brawa. Organek ojca Józefa lubią też słuchać młodzi, dorośli i starsi. Ta gra wprowadza zawsze dobrą i serdeczną atmosferę zwyczajności. Ojciec gra w kościołach, na placach, w parkach, na piknikach i w placówkach konsularnych. Wszędzie, gdzie tylko nadarzy się okazja. Za największe przeżycie uznaje jednak te dni, kiedy mógł zagrać i zaśpiewać Ojcu Świętemu Janowi Pawłowi II. Papież był znany ze swojego umiłowania śpiewu i muzyki ludowej. Odwiedzany prywatnie przez przyjaciół, zwłaszcza ks. prof. Tadeusza Stycznia, też salwatorianina, śpiewał z nimi wiele, nie potrzebując śpiewnika.

Od kilku lat przyglądam się życiu ojca Józefa, w którym nigdy nie dostrzegłem jeszcze śladów zgorzknienia. To taka cecha, która czasem ludzi dopada i nie puszcza. Nie znaczy to, że życie takiego człowieka wolne jest od powszednich trudności i trosk. Bynajmniej. One są jego częścią składową. Człowiek taki, zwyczajnie wolny od goryczy, to ktoś, kto zaakceptował życie w każdym jego wymiarze. To, że żyje tu i teraz, że ma taką, a nie inną pracę, że pomimo upływającego czasu nie poddaje mu się, pozostaje aktywny i twórczy. To jest prawdziwa sztuka życia! Możliwa dla każdego, bo nie zależy od tego, czy człowiek ma więcej czy mniej, takie czy inne możliwości. To zależy od tego kim się jest.

Jakieś piętnaście lat temu sam z trudem przerabiałem temat poznawania i akceptacji siebie, mając świadomość, że brak tych cech jest przyczyną cierpienia i niedojrzałości wielu, często dorosłych już ludzi. To one rodzą konflikty, wewnętrzne i zewnętrzne, z którymi można borykać się przez całe życie. One też są częstą przyczyną rozbicia związków międzyludzkich i ucieczki w nałogi. To zarzewie zgorzkniałości.

Człowiek, akceptujący swoje życie i siebie, potrafi żyć w pełni. I potrafi cieszyć się pomimo trudności. Słuchając historii ojca Józefa odkrywam jedną z wielu historii ludzkich, w których pełno było niepewności, lęków, jak choćby te z czasów II wojny światowej i okresu późniejszego, były zawody, niespełnione plany, konflikty z innymi. A jednak najważniejsze jest to, by nie poddawać się. W miarę możliwości wsiąść na rower, wybrać się w góry, popływać w jeziorze, albo… zagrać na organkach! Jednym słowem znaleźć w codzienności chwilę na to, by odpocząć, dając sobie do tego prawo. U ojca Józefa jest jeszcze coś. Jego osobista więź z Panem Bogiem i Matką Bożą. Więź, która jest czymś więcej niż pasją. Jest prawdziwą miłością. Stąd pielgrzymka piesza i rowerowa, inicjatywy kościelne, obecność i słuchanie ludzi w ich bólach i trudnościach, zwłaszcza chorych i zostawionych w domu opieki. I są też takie dwa zwroty, które u ojca Józefa brzmią jak refren. Jeden to taki neologizm nieżyjącego już sąsiada: „Dziękażci Bogu!”, a drugie, znane skądinąd to: „Alleluja! I do przodu!”. Tak, do przodu, Ojcze Józefie, do przodu i Ty Czytelniku i ja! To jest dobry kierunek! Każdy przecież ma swoje „organki”.

ks. Łukasz Kleczka

fot.Dariusz Piłka

 

Categories: Kleczka

Write a Comment

Your e-mail address will not be published.
Required fields are marked*