Na oddziale

Na oddziale

Znalazłem się niedawno na szpitalnym oddziale neurochirurgii dziecięcej. Poszedłem odwiedzić ośmioletniego Pawełka, u którego zdiagnozowano glejaka mózgu. Chłopczyk w ciągu dwóch tygodni przeszedł aż cztery operacje. Jest dzieckiem parafian, wśród których pracowałem, kiedy się urodził. Jego rodzice nie odstępują go ani na krok. Czuwają przy chłopcu, który płacze, kiedy go boli, nie rozumiejąc sytuacji, w której się znalazł. Trudno zresztą komukolwiek zrozumieć tę sytuację. Cierpienie, które nagle spada, nie jest sprawą do rozumienia. Tutaj brakuje słów. Sam poczułem, że nie mam nic do powiedzenia, to po prostu przerosło i mnie. Obecność w klinice, w której na każdym oddziale leżą mali pacjenci, nie tylko wzrusza do głębi i przejmuje, ale jest czymś, co każe zatrzymać się i w milczeniu uklęknąć wobec tej dziwnej tajemnicy cierpienia. Na dramatyczne pytanie „dlaczego?” nie znajduję odpowiedzi. Sam byłem pacjentem kardiochirurgii dziecięcej, w 1976 roku w Łodzi, gdy miałem trzy latka. Pamiętam do dzisiaj chwilę, gdy moja mama musiała opuścić salę, a ja w zakratowanym łóżku płakałem i krzyczałem, bo nie rozumiałem, czemu mama odchodzi. Wtedy nie było innego wyjścia. Tak musiało być. Zostałem ja i mój pluszowy miś. On stał się wtedy moim całym światem. Jest jeszcze kilka scen, które pamiętam z tamtego czasu, mimo, że miałem tylko trzy lata. I pamiętam, że mama przemykała się jakoś potajemnie, żeby być ze mną. To mnie leczyło najbardziej. Obecność mamy. Świadomość, że nie jestem sam.
Pawełek też nie jest sam. Cierpi, a z nim cały jego świat. I jeśli trudno mi w ostatnim czasie zapłakać, to tam, na tym oddziale dziecięcym zapłakałem. Może dlatego, że wróciły w jednej chwili wspomnienia z mojego dzieciństwa. A przecież to nie był dla mnie jedyny kontakt ze szpitalem. Było ich więcej. Świat dziecka w szpitalu jest zupełnie inny niż ten dorosłych. U dziecka w jednej chwili załamuje się wszystko. Może dlatego zostaje taka wrażliwość, która mocno odzywa się, kiedy widzę cierpienie dzieci. Nic wtedy nie jest ważne, tylko to, by odpowiedzieć na to cierpienie. By jakoś mu zapobiec, jakoś uśmierzyć.
Z Pawełkiem są rodzice, dziadkowie, bliscy. Wiele rodzin i ludzi modli się za niego codziennie. On jednak cierpi, skazany na walkę z czymś, czego nikt nie planował ani sobie nie wyobrażał. Musi walczyć i być w tej walce mocny, siłą tych, którzy go kochają i są z nim. To nie jest łatwe, ale możliwe. W tej walce liczą się też drobiazgi, jak choćby ksiądz franciszkanin, który przynosząc dzieciom komunię świętą, wyjmuje z kaptura jakiś cukierek na osłodzenie dnia. To taki mały gest. Dla dzieci to jednak znak szczególnej bliskości i przyjaźni. Bo najważniejsze jest, by na twarzy chorego dziecka pojawił się uśmiech. Poznałem ostatnio młodego człowieka, Mateusza, który zakłada czerwony nos i idzie do szpitala czytać dzieciakom bajki i rozmawiać z nimi. I to jest to! Zrobić coś, co pozwoli małemu pacjentowi zapomnieć o tym, gdzie jest i że coś boli. I co przywróci na jego twarzy uśmiech.
I jest w końcu wiara, że ten mały człowiek stanie na nogi. To jest wiara połączona z nadzieją. Jednej i drugiej nie może zabraknąć. Wiara w to, że będzie dobrze i nadzieja to są klucze. Tu jest siła. A jeśli będzie inaczej? Pozostaje nadzieja, że skoro tak musiało być, to taki to miało sens. Kiedyś 24-letni Kuba z Krakowa, chory na mukowiscydozę, dwa dni przed swoją śmiercią powiedział: „Dla tych 24 lat, warto się było urodzić i żyć”. On dał mi lekcję życia i umierania, przechodzenia na drugą stronę. Kulminacją tej lekcji była prośba, żebym powiedział kazanie na jego pogrzebie i poprosił, by uczestnicy ceremonii nie płakali, bo tego Kubą bał się najbardziej. Wszystko stało się tak, jak prosił. Wierzyłem, że on na to zasłużył. Był dzielnym bohaterem. Odchodząc, wygrał.
Dlaczego? Nie znajduję odpowiedzi. Fakt, że ja sam żyję, pomimo licznych zdrowotnych perturbacji, tłumaczę tym, że jeszcze wtedy nie byłem gotowy. Miałem jeszcze coś do zrobienia na tej ziemi. Dostałem czas na to, żeby wypełnić moje zadania. Tylko aniołowie odchodzą wcześniej. Ja, jak się okazuje, aniołem nie jestem. Wizyta u Pawełka, w dziecięcym szpitalu, wzbudziła we mnie na nowo wiele osobistych emocji i przemyśleń. Cierpienie i choroby są wpisane w życie każdego człowieka, który staje się niczym biblijny Hiob, dotknięty cierpieniem, który jednak nie dał się złamać, ale trwał dzielnie do końca i w ten sposób doszedł do zwycięstwa. Cierpiące dzieci i ich najbliżsi, którzy im towarzyszą, są zawsze obrazem, który powoduje, że pęka czyjeś kochające serce. Myślę jednak, że nie można zapominać o nadziei i tę nadzieję dawać. Ona nie pozwala się poddać. Pomaga nie tylko trwać, ale i zwyciężać. Ja także myślę o Pawełku z nadzieją. I jestem wdzięczny, że mogłem spotkać go wraz z jego rodzicami. A w tym spotkaniu mogłem zobaczyć i dotknąć prawdziwej miłości, która jest siłą życia.

ks. Łukasz Kleczka

kleczka
Salwatorianin, ksiądz od 1999 roku. Ukończył studia w Bagnie koło Wrocławia, Krakowie i Rzymie. Pracował jako kierownik duchowy i rekolekcjonista w Centrum Formacji Duchowej w Krakowie, duszpasterz i katecheta. W latach 2011-2018 przełożony i kustosz Sanktuarium Matki Bożej Częstochowskiej w Merrillville w stanie Indiana. Od lipca 2018 r. wikariusz w parafii św. Jana Pawła II w Bayonne, w New Jersey.

 

fot.Pexel.com

Categories: Kleczka

Write a Comment

Your e-mail address will not be published.
Required fields are marked*