O wakacjach „wypasionych inaczej”

O wakacjach „wypasionych inaczej”

Ilekroć w polskim sklepie dostrzegam konserwy z napisem „Paprykarz”, przychodzą mi na myśl wspomnienia z wakacji, spędzanych oczywiście w Polsce lata temu, kiedy byłem dorastającym młodzieńcem. Paprykarz i pasztet konserwowy były głównymi dodatkami do chleba w czasie wakacyjnych obozów. Wszystkie te zgrupowania: oazy, pielgrzymki, obozy wędrowne czy kolonie, miały jedną wspólną cechę, a była nią wielka prostota. I to nie tylko dlatego, że czasy były inne a w Polsce żyło się raczej skromnie. Ogólnie wszystko wydawało się być mniej skomplikowane, przynajmniej z punktu widzenia młodego człowieka. Nigdy nie zapomnę, jak mając zaledwie 16 lat, podróżowałem z kolegą z klasy na rekolekcje wakacyjne dla młodzieży, które odbywały się na wyspie Wolin. W zatłoczonym pociągu, gniotąc się w wąskim korytarzu, spaliśmy oparci o ciężkie plecaki, a zarazem czuwaliśmy, by nie zostać okradzionym przez jakiegoś kieszonkowca. Przemierzaliśmy wzdłuż całą Polskę. Dzisiaj na samą myśl, że nie było wtedy telefonów komórkowych ani internetu, a rodzice nie wiedzieli, czy ich dzieci dojechały szczęśliwie na miejsce, można dostać zawrotu głowy. Jak to było możliwe? Kartki i listy z wakacji docierały dopiero po kilku dniach od wrzucenia ich do skrzynki pocztowej. Dziś, po latach, tamte wspomnienia wracają, jakby były żywym obrazem chwil, które wydarzyły się zaledwie wczoraj. To bardzo szczęśliwe wspomnienia, które zostają w człowieku do końca życia.

Dzisiaj jest inaczej. Wakacyjny i urlopowy standard jest dużo wyższy. Oferta znacznie ciekawsza i bardziej egzotyczna. Kto tylko może, wybiera się na zasłużony urlop, na który musi zaoszczędzić i odłożyć niemałą sumę pieniędzy. Dzieci i młodzi czas spędzają pod okiem rodziców. Wielu spędza go „spokojnie”, jak każdego innego dnia – z telefonem w ręku, on-line 24/24.

Jakiś czas temu pisałem o tym, że wakacje są dobrym czasem na budowanie relacji i więzi. Bardzo ich potrzeba. Myślę jednak, że nie tylko między ludźmi. W moich wakacyjnych wspomnieniach jest zawsze jakaś przestrzeń. Góry, las, morze, jeziora, rzeki, pielgrzymi szlak. Jest przyroda, świat tak pięknie urządzony przez swojego Stwórcę. I nie jest on tylko tłem. Jest rzeczywistością, z którą nawiązuję osobliwą relację. W tę relację angażuję wszystkie moje zmysły. Wzrok, który podziwia, wyłapuje detale, pozwala cieszyć się niepowtarzalnymi widokami. Powonienie pozwala czuć niepowtarzalny zapach ziemi, roślinności i wody. Słuch wychwytuje niezwykłe dźwięki natury, prawdziwą orkiestrę, która gra w najróżniejszy sposób. Całe to piękno można dotykać i smakować, a to daje uczucie radości, pokoju, harmonii i relaksu. Pozwala odpocząć. Podczas pewnych rekolekcji uczyliśmy się „modlitwy z zastosowaniem zmysłów”. Dla wielu uczestników było naprawdę wielkim odkryciem, czym są zmysły, którymi każdy jest obdarowany. I co to znaczy, przeżywać życie zmysłami. Latynoski laureat literackiej nagrody Nobla, Octavio Paz, pisał o potrzebie „kształtowania swego umysłu i zmysłów i nauczenia się czuć, mówić a niekiedy – milczeć”. Nie jest to zadanie dla romantyków, ale dla każdego, gdyż każdy człowiek jest bytem rozumnym i zmysłowym, duchowym i cielesnym. Przykładami ludzi, którzy mieli bardzo szczególną relację ze światem przyrody jest choćby św. Jan Paweł II, który swój wolny czas uwielbiał spędzać na łonie natury.

Z tej przestrzeni zaś blisko do innej, jeszcze bardzo szczególnej. Biblia mówi, że „z wielkości i piękna stworzeń poznaje się przez podobieństwo ich Stwórcę” (Mdr 13,5). Przebywając w przestrzeni piękna stworzenia człowiek znajduje się niczym w świątyni samego Stwórcy. Kiedy uszanuje ciszę, kiedy potrafi zamilknąć, zaczyna słyszeć, widzieć i czuć znacznie więcej. Kiedy w tej ciszy otworzy Pismo Święte lub zacznie się modlić, doświadczy bliskości Boga, który jest obecny w każdym miejscu swojego dzieła. Osobiście tak wspominam moje wakacyjne dni. Te najpiękniejsze i najbardziej udane. Cały ekwipunek był niezwykle prosty. Plecak, miejsce, by się przespać i umyć. Często bardzo proste, spartańskie warunki. Był to jednak czas naprawdę głębokiego odpoczynku. Kiedy ks. Franciszek Blachnicki tworzył oazy, to były one logistycznie tak proste, że dziś wielu by odstraszyły. Za bardzo przyzwyczailiśmy się do wszelkich wygód. Podobnie pielgrzymki i obozy. Minimum wygód, ale program zawsze był konkretnie nastawiony na osiągnięcie celu. Nawet kosztem fizycznego zmęczenia. Efektem był nie tylko wypoczynek, mnóstwo wspomnień, ale także niepowtarzalne relacje z ludźmi, przyjaźnie i stworzenie prawdziwej wspólnoty międzyludzkiej.

To wszystko ciągle jest możliwe do zrealizowania, także dzisiaj. Wystarczy tylko odważnie zdecydować się na tę zwyczajną, prostą, nieskomplikowaną formę wakacji, „wypasionych inaczej”. Wystarczy chcieć przeżyć coś, co okaże się nadzwyczajne dzięki swojej niecodziennej zwyczajności.

ks. Łukasz Kleczka

kleczka
Salwatorianin, ksiądz od 1999 roku. Ukończył studia w Bagnie koło Wrocławia, Krakowie i Rzymie. Pracował jako kierownik duchowy i rekolekcjonista w Centrum Formacji Duchowej w Krakowie, duszpasterz i katecheta. W latach 2011-2018 przełożony i kustosz Sanktuarium Matki Bożej Częstochowskiej w Merrillville w stanie Indiana. Od lipca 2018 r. wikariusz w parafii św. Jana Pawła II w Bayonne, w New Jersey.

fot.Wikipedia

Categories: Kleczka

Write a Comment

Your e-mail address will not be published.
Required fields are marked*