Miedzy nami jaskiniowcami

Miedzy nami jaskiniowcami

W ostatnich dniach, dzięki obecności kolegi z Polski, zwiedziłem Jaskinię Mamucią, w stanie Kentucky. Ta najdłuższa jaskinia świata, licząca blisko 671 kilometrów, jest rzeczywiście obrazem prawdziwego cudu stworzenia. Od zawsze kontakt z przyrodą bardzo dobrze na mnie działał. Zieleń, cisza, góry, jeziora i morza, wszystko to daje mi poczucie radości, spokoju i wolności. Nie mogę nadziwić się ludziom, którzy zamykają swoje życie w zgiełku świata, ograniczając się do działania we wszechobecnym hałasie. Jaskinia Mamucia, jak sama nazwa mówi, jest ogromna nie tylko ze względu na imponującą długość i głębokość, ona daje wrażenie, że się jest kimś prawdziwie małym, słabym i kruchym. Wielkość i piękno stworzenia prowadzi mnie zawsze do podziwu dla jego Stwórcy i pobudza do modlitwy uwielbienia, która wypowiadana w ciszy, jest jak najpiękniejszy śpiew płynący z głębi serca.

Wychodząc z jaskini przypomniałem sobie animowany film, który był prawdziwym szlagierem w czasach mojego dzieciństwa – „Między nami jaskiniowcami”. Popatrzyłem na kolegę, zagadując do niego: „I jak, jaskiniowcu?”. Obaj roześmialiśmy się. Bo coś w tym jest. Odkryliśmy, że tak naprawdę, od czasu do czasu, lubimy być takimi jaskiniowcami, ludźmi wolnymi, żyjącymi bez obciążenia sprawami, rzeczami i problemami. Ludźmi zdanymi na to, co życie przyniesie danego dnia, bez specjalnego wybiegania wprzód. Te codzienne troski zabierają dużo energii, powodują stresy i niezdrowy tryb życia. A przecież mogłoby być prościej.

Często ostatnio dociera do mnie słowo „minimalizm”. Dotychczas kojarzyło mi się ono z nurtem w sztuce nowoczesnej. Dzisiaj ma szersze znaczenie, gdyż obejmuje wiele sfer życia. Jest pewnym stylem życia. Są tacy, którzy mówią wprost, że minimalizm stał się odpowiedzią na bezmyślną konsumpcję. Uwalnia od przymusu konsumowania, pokazuje, że żeby być szczęśliwym, wcale nie potrzeba dużo mieć, w sensie posiadania. Uczy bycia praktycznym i ograniczania się do praktycznych rzeczy. Podpowiada, by minimalista gromadził bardziej doświadczenia i wspomnienia, a nie rzeczy, by poznawał nowe miejsca i ludzi oraz poświęcał czas pasjom. Ktoś powie, że to sielanka dobra dla bogatych. Myślę inaczej. Kiedy mój brat w kapłaństwie odpowiadając mi na pytanie, jak to się stało, że zrzucił sporo wagi i czuje się doskonale, powiedział mi, że od roku, po przeżyciu w Polsce rekolekcji z tak zwanym „postem Daniela”, pozostał wierny zasadom, których się tam nauczył. Ów „post Daniela”, w nawiązaniu do proroka Daniela, ogranicza się do jedzenia warzyw i owoców, według przepisu dostosowanego przez lekarza. Stał się bardzo popularny w naszej ojczyźnie. A mój współbrat w odniesieniu do kuchni zacytował mi dodatkowo sam początek Księgi Rodzaju, który mówi: „I rzekł Bóg: oto wam daję wszelką roślinę przynoszącą ziarno po całej ziemi i wszelkie drzewo, którego owoc ma w sobie nasienie: dla was będą one pokarmem” (Rdz 1,29). Nie miałem więcej pytań. To jest jakiś przejaw minimalizmu. Dla jednych filozofia, dla innych moda, a dla mnie obraz życia zdecydowanie prostszego.

Nie chodzi bynajmniej tylko o kuchnię i odżywianie, ale posiadanie w ogóle. Bycie kimś manipulowanym przez reklamę i komercję średnio mi się uśmiecha. Zabiera poczucie szczęścia i po czasie obciąża wielością, koncentruje nadmiernie na sobie, ogranicza wolność. Kiedy św. Dominik zmienił swoje życie na lepsze, postanowił przestawić absolutnie wszystko. Ograniczył się do skromnego ubrania, rozdał wszystkie książki oraz to, co posiadał i tylko z Ewangelią w ręku poszedł nawracać świat. Stał się założycielem potężnego zakonu i świętym. Podobnie św. Franciszek z Asyżu i inni. Wielu z nich na drodze swojego nowego życia zatrzymywało się w odludnych miejscach, grotach i jaskiniach, a żyjąc ubogo, minimalnie, stali się najbardziej znanymi ludźmi w historii, mając wielkie liczby naśladowców.

Pan Jezus odpowiadając na pytanie młodego człowieka o to, jak być szczęśliwym i osiągnąć życie wieczne, mówi mu, żeby żył zachowując przykazania, ale także sprzedał wszystko, co posiada i rozdał ubogim (Mk 10,21). Okazuje się jednak, że zachowanie przykazań było dla tego człowieka łatwiejsze niż pozbycie się tego, co miał. Dlatego odszedł smutny.

Czy bycie „jaskiniowcem” jest takie złe? Nie sądzę. Jest zupełnie innym stylem życia, ograniczającym się do tego, co naprawdę konieczne, jest próbą życia bardziej ubogiego, skromnego. Być może będzie okazją do tego, żeby poświecić więcej czasu Panu Bogu i drugiemu człowiekowi, a także samemu sobie? Z tymi pytaniami opuściłem Jaskinię Mamucią i życzę Wam, by czas wakacji dał choć chwilę na podobne refleksje i decyzje.

ks. Łukasz Kleczka

kleczka
Salwatorianin, ksiądz od 1999 roku. Ukończył studia w Bagnie koło Wrocławia, Krakowie i Rzymie. Pracował jako kierownik duchowy i rekolekcjonista w Centrum Formacji Duchowej w Krakowie, duszpasterz i katecheta. Od 2011 roku przełożony i kustosz Sanktuarium Matki Bożej Częstochowskiej w Merrillville w stanie Indiana.

fot.pxhere.com

Categories: Kleczka

Write a Comment

Your e-mail address will not be published.
Required fields are marked*