Memento Mori

Memento Mori

W parafii, w której pracuję, mamy bardzo dużo pogrzebów. Liczba umierających ludzi jest tak wysoka, gdyż parafia w swoim obecnym kształcie powstała z połączenia czterech innych, spośród których trzy zostały zamknięte, a także ponieważ wielu starszych ludzi, migrując do innych miejsc i Stanów, zażyczyło sobie mieć ostatnie pożegnanie w mieście i parafii, z którymi łączyło ich pochodzenie lub większość przeżytych lat. Tak się składa, że obsługuję większość ceremonii pogrzebowych. Cenię sobie możliwość towarzyszenia osobom w przeżywaniu ich trudnych chwil. Ot, stał się ze mnie taki trochę „pogrzebowy” albo „żałobny ksiądz”. I choć w Ameryce pogrzeb jest nazywany „celebracją życia”, nie zmienia to faktu głębokiej powagi chwili. Każde pożegnanie zmarłej osoby jest inne, bardzo szczególne i osobiste. Bo tak różni jesteśmy jako ludzie. Jesteśmy osobami jedynymi i niepowtarzalnymi. Różny jest kontekst naszego życia, pochodzenie, język i kultura. Wielu osób, które żegnam, nie miałem okazji poznać osobiście za ich życia, kiedy więc przychodzę do domu pogrzebowego na modlitwę, staram się dowiedzieć jakiegoś szczegółu z ich życia, dzięki któremu będę mógł stworzyć jakiś profil zmarłego, za którego życie Panu Bogu dziękuję.
Na półce nad moim biurkiem gromadzą się zalaminowane obrazki-pamiątki z imionami i nazwiskami zmarłych oraz datami ich urodzin i śmierci. Gromadzę je, a czasem nawet przeglądam, przypominając sobie ich profile. Wierzę, że jeśli już dotarli do królestwa niebieskiego, to może też duchowo wesprą kogoś, kto się za nich modli. Jako katolik wierzę „w świętych obcowanie i w życie wieczne”. Codziennie modlę się za zmarłych, zwłaszcza za dusze w czyśćcu. Czasem mam takie poczucie, że wciąż za mało, staram się jednak o nich pamiętać. Lubię też nawiedzać cmentarze. Nie tylko na początku listopada lub gdy prowadzę ceremonię pochówku, ale zawsze, kiedy mam tylko taką możliwość. Wyciągam wtedy różaniec i ruszam cmentarnymi alejkami, zatrzymując się przy grobach i czytając wypisane na nich imiona, nazwiska, daty i słowa. To jest niezwykła medytacja! Kiedyś bałem się cmentarza, sytuacji, w której mógłbym znaleźć się na nim sam. Koszmarne opowieści żyły w mojej głowie. Dziś to przeszło. Jest taka świadomość, że przecież kiedyś także moje ciało znajdzie na którymś cmentarzu w miejscu swego spoczynku. Mam taką nadzieję, bo przecież różnie bywa. Spacerując kiedyś między mogiłami zmarłych zakonników, których chowają bez trumien, zakopując po prostu ich ciała w ziemi, przyszło mi na myśl, że to są te ewangeliczne ziarna, wrzucone w ziemię. Ich życie i misja ma wydać owoce, paradoksalnie, po śmierci.
Rozmawiałem ostatnio z około siedemdziesięcioletnim mężczyzną, Szwajcarem. Mówił mi, że choć był ochrzczony i wychowany w Kościele katolickim, dziś uważa się za ateistę, szanującego wiarę innych. Jechaliśmy karawanem na cmentarz, za nami trumna z ciałem zmarłego. W pewnym momencie mówi mi, że przecież dla tego ciała, które wieziemy, nie ma najmniejszego znaczenia, w jakiej i za ile trumnie leży, ile kwiatów kupiono na jego pogrzeb, ile musiano zapłacić za wynajem limuzyny i obiad w restauracji. „Wszystko to dla żyjących, dla rodziny, nie dla zmarłego”. I mówi, że on chce być po swojej śmierci bez żadnych ceremonii skremowany i zostawiony gdziekolwiek. To przecież nie będzie miało dla niego żadnego znaczenia. Lepiej żeby pieniądze przeznaczyć na jakiś dom dziecka, albo pomoc charytatywną. Trudno się nie zgodzić z takim tokiem myślenia. Wiele racji ma ten człowiek. Nie można jednak pominąć, z perspektywy wiary, dobra modlitwy za zmarłych, których dusze oczyszczają się w czyśćcu, a także pamięci o człowieku, z którego wprawdzie „dusza uleciała”, ale którego ciało było świątynią Ducha Świętego. Stąd należny mu jest szacunek, także po śmierci. Bo jeśli na przykład wielu ludzi smuci i angażuje fakt rozbiórek budynków kościelnych, to jak może być im obojętny los ludzkiego ciała, będącego prawdziwą świątynią? Spalić i rozsypać gdziekolwiek? Na to, na szczęście, Kościół katolicki się nie zgadza. Z szacunku dla ludzkiego ciała, w czasie ceremonii pogrzebowej używa się też kadzidła, które choć umarłemu potrzebne nie jest, to jest wyrazem czci dla ciała, ulepionego przez Boga i będącego świątynią Ducha Świętego.
Jest listopad, jest jesień, jest czas zadumy. W moim brewiarzu mam taki stary obrazek z praktyką „przygotowania na śmierć”. To medytacja nad tym, co zrobiłbym dzisiaj, gdybym wiedział, że to ostatni dzień mojego życia. Komu i za co chciałbym podziękować, przeprosić, coś jeszcze przekazać? Dobra praktyka. Kiedyś mnisi mieli na stoliku w pokoju trupią czaszkę. Ona miała im przypominać, że kiedyś umrą, „memento mori”. To nie po to, by się bać, ale by być realistą i nie zapominać o rzeczach w życiu najważniejszych. Do nich należy też pamięć o tych, którzy odeszli.

ks. Łukasz Kleczka

kleczka
Salwatorianin, ksiądz od 1999 roku. Ukończył studia w Bagnie koło Wrocławia, Krakowie i Rzymie. Pracował jako kierownik duchowy i rekolekcjonista w Centrum Formacji Duchowej w Krakowie, duszpasterz i katecheta. W latach 2011-2018 przełożony i kustosz Sanktuarium Matki Bożej Częstochowskiej w Merrillville w stanie Indiana. Od lipca 2018 r. wikariusz w parafii św. Jana Pawła II w Bayonne, w New Jersey.

 

fot. RADEK PIETRUSZKA/EPA-EFE/Shutterstock

Categories: Kleczka

Write a Comment

Your e-mail address will not be published.
Required fields are marked*