Keep calm and ora et labora!

fot.blog.tyniec.com.pl

fot.blog.tyniec.com.pl

Poranną kawę wypijam z biało-zielonego kubka z napisem „Keep Calm and Ora et Labora”. Ten produkt benedyktyńskiego opactwa w Tyńcu łączy w sobie zachętę do zachowania spokoju oraz słynną maksymę św. Benedykta: „módl się i pracuj”. Obie myśli stanowią doskonałą zachętę na początek dnia. W ostatnich tygodniach sporo miejsca w moich osobistych rozmyślaniach zajmuje pytanie, jak osiągnąć ów spokój, a także jak dobrze wykorzystać czas, który mam, by żyć i przeżyć swoje życie jak najlepiej i twórczo. Myśli te łączą się z podjętą przeze mnie próbą pracy nad sobą, nad swoim lepszym samopoczuciem, wyglądem i przede wszystkim zdrowiem, które poprawia się na skutek wprowadzenia istotnych zmian w stylu życia. Inaczej tego nie potrafię nazwać. Żadna dieta nie będzie cudem, jeśli nie będzie wiązała się z radykalnymi decyzjami. Przyzwyczajenia bywają prawdziwym przekleństwem, zwłaszcza, gdy prowadzą do uzależnienia. Praca nad sobą domaga się wprowadzenie ładu i porządku do swojego życia. Potrzeba zatem najpierw posprzątać tak, aby usunąć przeszkody, które utrudniają realizację postawionego celu.

Święty Ireneusz, biskup i męczennik pisał, że „gdzie ład, tam i harmonia; gdzie zaś harmonia, tam odpowiedni na wszystko czas; gdzie zaś odpowiedni czas, tam pożytek”. Nic dodać, nic ująć. Strzał w dziesiątkę. Czyż harmonia nie oznacza stanu szczęścia? Czyż nie ma w sobie piękna pokoju i czyż nie jest źródłem radości i siły? A propos, słowa te przeczytałem dziś rano w brewiarzu, mając w głowie to, co właśnie wstukuję w komputer. Patrząc na swoje dotychczasowe życie, a także uczestnicząc w cierpieniach tych, którzy polegną zabijani nałogami, uzależnieniami, które są silniejsze od ich woli, widzę doskonale, że żadna z używek szczęścia i harmonii nie daje. Zamiast ładu prowadzi do destrukcji. Żadnego pożytku, raczej same szkody. Łatwo jest powiedzieć: „zostaw to!”. Zdecydowanie trudniej wykonać.

Pytam samego siebie, czy stać mnie na to, żeby na przykład podjąć decyzję i zobowiązać się do całkowitej abstynencji? Myśl o tym, choć coraz silniejsza, spotyka się z lękiem. I być może właśnie w tym miejscu przegrywa. Dlaczego? Bo utarło się, że żeby być normalnym, to trzeba używać. Nic takiego! Używanie nie jest absolutnie miarą normalności. Jest zatem lęk. Lęk przed odrzuceniem, przed byciem wykluczonym z niektórych grup, pozbawionym tak zwanych „przyjaciół”. Tak zwanych, gdyż przyjaciele od kieliszka, imprezowania, czy hazardu, tak naprawdę przyjaciółmi nie są. Relacja kończy się szybko i często boleśnie, zostawiając po sobie mniejsze lub większe rany. Dalej, jest to lęk przed czasem. Co zrobić z godzinami wolnego czasu, który dotąd był wypełniony przyjemnym używaniem? Jak zorganizować się na nowo? Strach ten dotyka także nudy, która jest doskonałym środowiskiem wylęgania się nałogów. I kolejny lęk przed utratą przyjemności. Czym je zastąpić? Gdzie znaleźć nowe źródło przyjemnych chwil, które przecież człowiekowi się należą? Nie jest to wszystko takie łatwe. Trzeba najpierw pokonać lęk.

Jestem zbyt słaby, żeby samemu to zrobić. Jest to raczej niemożliwe. Jednak jako człowiek wierzący w Boga i Jego nadprzyrodzone działanie wiem, że to jest kierunek właściwy, wiem gdzie pomocy szukać. Święty Paweł pisał: „Ku wolności wyswobodził nas Chrystus!” (Ga 5,1). Chrześcijaństwo jest religią wyzwolenia, które dokonało się przez śmierć i zmartwychwstanie Jezusa Chrystusa. Najpierw śmierć. To jest ten moment, w którym nie tylko muszę powiedzieć: stop. Ale raczej: koniec. Koniec dotychczasowemu stylowi życia, koniec imprezowaniu z zawieszeniem władz rozumu. Koniec z niezdrowym stylem życia. Koniec z nałogami. Koniec. Bez żadnych dyskusji i usprawiedliwień. I to jest początek zmartwychwstawania. Nowe życie, nowy ja, nowy świat wokół mnie. Promienie słońca budzące radość. Wolność i wyzwolenie. Oto cel i kierunek drogi. Dlatego nie wyobrażam sobie drogi do wolności bez intensywnego życia duchowego, bez modlitwy, medytacji, dyscypliny. Bo wszystko we mnie będzie wołać, żeby zawrócić, dać sobie spokój, nie robić z siebie wariata. Stary człowiek we mnie nie chce umierać, wszak miał się dobrze. I jest jeszcze coś, bez czego nie widzę możliwości wychodzenia na prostą. To potrzeba wsparcia. Odnalezienie ludzi podobnych do mnie, którzy kiedyś podjęli tę samą decyzję. Ja potrzebuję ich, a oni mnie. Potrzeba wsparcia częstego, regularnego, dojrzałego. Potrzeba komunikowania o wszystkim co dzieje się we mnie, by nowy człowiek mógł żyć i rozwijać się. I w końcu cel – nowy świat, nowa kultura, nowy styl życia. Życie!

Do tematu wrócę, gdyż mnie bardzo absorbuje. Czy mnie stać? Mimo lęku wiem, że tak!

ks. Łukasz Kleczka

Categories: Kleczka

Write a Comment

Your e-mail address will not be published.
Required fields are marked*