Jak świętować, to świętować

fot.BreakingTheWalls/pixabay.com

fot.BreakingTheWalls/pixabay.com

Wraz z przyjaciółmi wziąłem ostatnio udział w koncercie Golec Uorkiestry. Fajna sprawa, koncert przedni, dobra i przyjazna atmosfera. Pomyślałem wtedy, jak to dobrze, że są urodziny. Kilka dni później kalendarz imienin wskazał dzień mojego patrona, niespodziewanie wiele osób przesyłało życzenia i miłe słowa pamięci. Pomyślałem wtedy, jak to dobrze, że są imieniny.

Słyszałem, jak ktoś mi ostatnio narzekał, że ciągle jakieś święta i rocznice, a czym się tutaj cieszyć. Odpowiedziałem, że nie wyobrażam sobie, żeby miało być inaczej, wszak życie budują takie okazje i świętować trzeba, żeby nie ulec smutkowi i rozżaleniom, a w efekcie stać się człowiekiem zgorzkniałym, narzekającą na wszystko marudą. Jako chrześcijanin też mogę powiedzieć, co zresztą często robię, że nasza religia jest religią święta, wszak wszystko koncentruje się na radości Zmartwychwstania, na zwycięstwie, królowaniu dobra, miłości, sprawiedliwości i pokoju.

Pytanie o to, czy umiem świętować, zaliczam do kategorii ważnych pytań życiowych. W odpowiedzi nie chodzi jednak tylko o to, czy to lubię, ale przede wszystkim o to, jak to robię. Pochodzę z tej części Polski, gdzie obchodzi się urodziny. Żyjąc wiele lat zagranicą, nie miałem zatem problemu z tym, że urodziny są ważną, na czerwono zaznaczoną kartką w kalendarzu. I nie tylko moje urodziny, choć te przeżywam zawsze bardzo osobiście. Nie dołuje mnie fakt, że kolejne urodziny to rok więcej życia. Nie czuję też tego, żebym się starzał. Wręcz przeciwnie. Akceptacja liczby moich lat pozwala mi na przeżywanie czasu intensywnie i twórczo. Staram się, mimo że wcale to nie jest zawsze takie proste, cieszyć się każdym dniem i dobrze, w pełni go wykorzystać.

Każde urodziny to dla mnie przede wszystkim dzień wdzięczności, mój prywatny Thanksgiving, dziękczynienie za to, że żyję i za to kim, i jaki jestem. Dziękuję tego dnia za moich rodziców, rodzinny dom i rodzeństwo. Za wszystko, co było dobre i za to, co było trudne, a nawet za życiowe przegrane i upadki, bo one też kształtują to, kim jestem i są częścią życia. Dziękuję Bogu, dlatego tego dnia mam swój bardzo osobisty czas w kościele, a wdzięczność wyrażam mszą świętą. Następnym ważnym akcentem jest rozmowa z rodzicami, przyjmowanie życzeń, co dzisiaj jest wzmożone dzięki elektronice. Umiejętność przyjmowania życzeń i prezentów jest sztuką, której także warto się w życiu nauczyć. Przyjmować, by dawać, dawać, by otrzymywać. Tu także jest miejsce na wdzięczność i budowanie relacji. W końcu ten szczególny dzień lubię spędzić z najbliższymi, przy urodzinowym stole. Moje urodziny są moje. Wiążą mnie z rodziną, także poprzez nazwisko, które noszę. Urodziny to święto moich korzeni.

O imieninach dowiedziałem się dopiero, kiedy wstępowałem do zgromadzenia zakonnego. Ktoś powiedział, że to taka polska tradycja. Niekoniecznie, skoro Amerykanie znają pojęcie „namesday”, a na przykład Włosi wspominają „onomastico”, czyli imieniny. Moje imię to moja pierwsza identyfikacja. Słysząc, jak ktoś gdzieś w tłumie lub za plecami wypowiada moje imię, naturalnie się rozglądam, czy aby nie idzie o mnie. Moje imię wyraża mnie, identyfikuje mnie z grupą. Chociaż nie miałem wpływu na wybór mojego imienia, bardzo je lubię. Dzień imienin wiąże się, zwłaszcza w chrześcijańskim kalendarzu, z przypadającym wtedy dniem świętego patrona. Odkrywając bardziej świadomie swoje imię, zaprzyjaźniłem się także z moim patronem i bez wątpienia należy on do grona postaci, które mnie w życiu inspirują i w których mam duchowe wsparcie. Imieniny to święto mojego „ja”.

Są też różne rocznice, te okrągłe i mniej, te bardziej intymne, rodzinne i społeczne. Wszystko jest po to, by się cieszyć oraz żeby – jak mówił św. Jan Paweł II – „z wdzięcznością wspominać przeszłość, całym sercem przeżywać teraźniejszość i ufnie otwierać się na przyszłość”. W przeszłości nie trzeba grzebać się w nieskończoność, wspominając i żyjąc tym, co było trudne i nieszczęśliwe. Niestety często tak właśnie jest. Ludzie żyją ciemnymi stronami swojej przeszłości, co blokuje ich na teraźniejszość, a przyszłość jawi się niepewnie. Tu tkwi poważny błąd. Każde świętowanie rocznic, urodzin i temu podobnych ma otwierać na przyszłość z nadzieją i optymizmem. Zawsze może być lepiej!

Co w hierarchii ważności jest pierwsze, które świętowanie? Uważam, że każde, bo każda okazja jest dobra do tego, by ją wspomnieć i uczcić. Oczywiście „uczcić” nie znaczy „przejeść’ czy „zalać”. Świętować to przede wszystkim móc się spotkać, podziękować sobie, cieszyć się i patrzeć w przyszłość. Świętować to być razem, bez telefonu, bez opcji on-line w przestrzeni wirtualnej, bez telewizora. Po prostu zwyczajnie być z tymi, których się kocha i którzy kochają, albo są w jakikolwiek sposób blisko. Czy to takie trudne? Być może coraz trudniejsze, co nie znaczy, że niemożliwe. Koncert Golców był okazją, żeby, odpowiadając na zaproszenie przyjaciół, w ich gronie spędzić miło czas. Naprawdę tak niewiele potrzeba, żeby było pięknie!

ks. Łukasz Kleczka

Categories: Kleczka

Write a Comment

Your e-mail address will not be published.
Required fields are marked*