Dwadzieścia pięć lat później

Dwadzieścia pięć lat później

Dokładnie 25 lat temu złożyłem zakonne śluby, a mam wrażenie, jakby wszystko odbyło się wczoraj. W niewielkiej wiosce nieopodal Wrocławia, o wyjątkowej nazwie Bagno, do którego jedzie się przez Oborniki Śląskie i Wielką Lipę. Niezwykłe to jednak Bagno, gdyż na przestrzeni kilkudziesięciu lat wyszło z niego wielu księży, dobrze wykształconych i uformowanych, którzy pracują na wszystkich kontynentach kuli ziemskiej. Kiedy jednak patrzę na to moje dwudziestopięciolecie, muszę stwierdzić, co nie będzie wcale odkryciem Ameryki, że świat się bardzo zmienił, ludzie są inni, i ja także się zmieniłem. Czy na lepsze? Trudno powiedzieć. Faktem jest, że jest inaczej i to bardzo.

Kiedy zdawałem maturę, Polska była zaledwie trzy lata po przełomie roku ’89. Moje pokolenie rozpoczynało zatem dorosłe życie w nowej Polsce. Wielu z nas udało się ukończyć studia, wybić się w życiu społecznym i zawodowym, osiągnąć sukces. Było w nas jakieś parcie na to, żeby się zaangażować w tworzenie tej nowej ojczyzny. Czuliśmy wewnętrzna siłę i motywację. Ufaliśmy solidarnościowym autorytetom władzy. Także Kościół zajmował w naszym życiu ważne miejsce. Dopiero później coś się zaczęło dziać niedobrego, jakby galopujący obłędnie świat wkręcał nas w swój szalony rytm, zwalniając z myślenia, uwalniając od potrzeby posiadania duchowych i moralnych autorytetów, wprowadzając kult indywidualizmu i myślenia wyłącznie o sobie. Zaczęliśmy relatywizować prawdę, dostosowując ją do swoich potrzeb. Sami ustalaliśmy hierarchię wartości, kontestując autorytety. Kościoły zaczęły pustoszeć. Z czasem poczuliśmy się oszukani, nie tylko przez polityków, ale także przez samych siebie.

Kiedy wyjeżdżałem z domu, nie myślałem jeszcze o tym, że wybieram sposób życia, który szybko przestanie być popularnym, a wręcz stanie się celem wrogich uderzeń, kpin, wyśmiewania i niezrozumienia. I chociaż szybko dowiedziałem się o tym, czytając Biblię i odkrywając, że częścią składową tego życia jest samotność, to jednak wtedy jeszcze „pójście na księdza” było czymś wyjątkowym i powszechnie szanowanym. Cieszę się i jestem wdzięczny Bogu i ludziom, że od samego początku trafiłem na dobrych i mądrych, a także bardzo prawdziwych formatorów. Nikt nas nie trzymał na uwięzi, nie wbijał w świat fikcji i utopii. Często mówiono nam, że poprzeczkę trzeba samemu sobie ustawić wysoko i robić wszystko, by pod każdym względem ją przeskakiwać. Może dlatego nigdy nie czułem się zakompleksiony. Czytałem zarówno św. Augustyna i św. Tomasza z Akwinu, jak i Turowicza, Tischnera i innych współczesnych myślicieli. Słuchałem Jana Pawła II i z jego nauczania wiele czerpałem dla siebie. Kiedyś jeden mądry jezuita poradził mi, żebym czytał dla siebie, nie dla innych. Była pokusa, żeby studiować, bo trzeba innym dawać. Ale to nie tak, trzeba samemu zdobywać i mieć, żeby mieć z czego brać i dawać innym. Tak duchowo, jak i intelektualnie oraz kulturalnie. Nie bałem się myśleć i analizować. Jeszcze wtedy nie dzieliło się religijnych lektur na ortodoksyjne i liberalne. Kiedyś, idąc przez krakowski Rynek, mijało mnie dwóch elegancko ubranych panów, zapewne pracowników naukowych uniwersytetu, z których rozmowy dotarły do mnie słowa: „… problem zaczyna się, kiedy owieczki w kościele słuchają i zadają pytania, a księża nie potrafią odpowiedzieć”. Uderzyło mnie to tak mocno, że stało się dodatkową motywacją do studiowania i myślenia, odważnego myślenia.

Zdaję sobie sprawę, że takie myślenie oraz jego głośne wyrażanie na forum, nie zawsze jest wygodne. Niestety. W opinii wielu lepiej jednak jest, żeby to myślenie było bardziej politycznie poprawne, niż ewangeliczne. I tak wystarczy upublicznić, że czyta się Iksińskiego, albo że prowadzi się dialog z Igrekiem, żeby oberwać po głowie. No bo albo oni z innej opcji politycznej, albo prawie publiczni grzesznicy. Dlatego nawet sam papież dzisiaj może być krytykowany czy piętnowany, kiedy tylko powie coś, co akurat jest politycznie niepoprawne. A ja mam być dla wszystkich, zarówno tych z prawej, jak i z lewej strony.

Inna sprawa, że coraz częściej ksiądz jest dziś postrzegany jako moralnie wątpliwa osobowość, co odbiera mu jakikolwiek autorytet, spychając niejako do getta, bez możliwości wyrażania jakichkolwiek opinii. Oczywiście na taki wizerunek i traktowanie zapracowaliśmy sobie niejednokrotnie sami.

Odwiedziłem ostatnio Niepokalanów, dzieło św. Maksymiliana Kolbego. Ongiś prawdziwy geniusz na mapie Kościoła, nie tylko w Polsce. Z czego ten geniusz wyrastał? Z bezgranicznego oddania się Bogu, zakochania w Niepokalanej Maryi, umiejętności odważnego myślenia i planowania, a także wyjścia w kierunku odpowiedzi na potrzeby religijne ludzi. Była w tym wszystkim harmonia i prostota. 25 lat temu wszedłem w bardzo podobny świat. Dziś widzę, jak sam włączam się w jego komplikowanie. I znajduję odpowiedź na to, że może być lepiej, kiedy będzie prościej, zwyczajniej i odważniej. Nie trzeba się lękać chowający głowę w piasek. Czy wybrałbym dziś tak samo? Oczywiście, że tak!

ks. Łukasz Kleczka

kleczka
Salwatorianin, ksiądz od 1999 roku. Ukończył studia w Bagnie koło Wrocławia, Krakowie i Rzymie. Pracował jako kierownik duchowy i rekolekcjonista w Centrum Formacji Duchowej w Krakowie, duszpasterz i katecheta. W latach 2011-2018 przełożony i kustosz Sanktuarium Matki Bożej Częstochowskiej w Merrillville w stanie Indiana. Od lipca 2018 r. wikariusz w parafii św. Jana Pawła II w Bayonne, w New Jersey.

 

Na zdjęciu:

Pałac w Bagnie. Obecnie mieści się w nim nowicjat oo. salwatorianów.

fot.Sławomir Milejski/Wikipedia

Categories: Kleczka

Comments

  1. Yaroon
    Yaroon 15 września, 2018, 13:54

    W zasadzie jest to mowa o niczym skierowana do…nikogo. Słowa, słowa, słowa…

    Reply this comment

Write a Comment

Your e-mail address will not be published.
Required fields are marked*